Alicante – Źródło światła

zamieszczone w: Europa, Hiszpania 0

Świetnie skomunikowane z Polską Alicante ma także doskonale położone i tanie w transporcie lotnisko, co powinno czynić je atrakcyjnym kierunkiem dla Polaków. Ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu, w samolocie Ryanair z Wrocławia do Alicante, podział miejsc na pasażerów hiszpańsko- i polskojęzycznych był niemal 50/50. Oczywiście to zdziwienie jest wynikiem mojego braku zaufania do atrakcyjności Polski, jako kierunku turystycznego. Czasem po prostu nie mieści mi się w głowie, że dla kogoś, kto ma do dyspozycji wielki Półwysep Iberyjski ze swoją różnorodnością kulturalną oraz brak bariery językowej w prawie całej Ameryce Południowej, Polska może być dobrym kierunkiem zwiedzania. Z drugiej strony – moi znajomi tak samo dziwili się, gdy byłem w Gruzji. Albo na Ukrainie.

Lotnisko w Alicante jest świetnie skomunikowane nie tylko z samym miastem, ale także leżącym na Costa Blanca, czysto turystyczno-wypoczynkowym Benidorm oraz ze stosunkowo unikatową Murcią, o której możecie poczytać w innym wpisie (naturalnie jeżeli jest już skończony :)). Dojazd do centrum miasta kosztuje jakieś 3-4€, nie pamiętam w tej chwili ceny, co jak na europejskie standardy nie jest ceną wygórowaną, a autobus kursuje, w szczycie, co dwadzieścia minut i dojazd w obie strony zajmuje jakieś pół godziny. Poza stopem w pobliżu dworca autobusowego, autobus jest normalną linią miejską, więc robi pewne kółeczko wszędzie dookoła miasta. Bilety można kupić w automacie lub od biletera, wałęsającego się w okolicach przystanku na lotnisku. Odnośnie dworca – mała, ale istotna, uwaga dla korzystających z przewodnika Lonely Planet. Niedawno lokalizację dworca przeniesiono, stąd wszystkie starsze edycje LP mają podaną lokalizację znacznie bliżej centrum. W chwili obecnej jest nad morzem, raczej na obrzeżach miasta.

Ja do Alicante nie przyjechałem z lotniska, a z Murcii za, nienajtańsze, 12€ i musiałem drałować przez kawał miasta z powodu nieaktualnej mapy, w dużej mierze posługując się stronami świata, jako wyznacznikiem drogi. Ale nie narzekam, mimo całkiem wysokiej temperatury i ciężkiego plecaka, szło się dość sympatycznie, bo teren, na którym leży Alicante, jest relatywnie płaski. Niestety, jak to na południu Europy, znalezienie otwartego sklepiku ogólnospożywczego w okolicach sjesty graniczy z cudem. A nie zawsze ma się ochotę na tapas. Dużym plusem takiej pielgrzymki z dworca do hotelu było wstępne poznanie miasta. Dzięki temu następnego dnia i tego samego wieczora zaoszczędziłem sobie bardzo dużo czasu.

Jak to w Hiszpanii, w mieście jest mnóstwo parków i promenad. Kazik śpiewał, że ‚Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca’. Wydaje mi się, że nie ma też zieleni, co obserwuję na podstawie zmian w moim ukochanym Wrocławiu, gdzie kolejne drzewa, a nawet całe parki i bulwary, zamienia się w betonowe dżungle. Może Hiszpanie, en masse, są szczęśliwsi, bo do najbliższej zieleni nie muszą zapierdalać (excuse my French) przez pół osiedla? W dodatku, chociaż to już uwarunkowania klimatyczne, zieleń jest autentycznie zielona. Podczas gdy u nas od października do marca mamy w parkach kikuty drzew i zasrane przez pieski alejki. I mówi to osoba, która do jednego z większych parków we Wrocławiu ma dosłownie pół kilometra.

Pierwsze kroki kierujemy w miejsce noclegu, żeby zostawić mandżur. Łażenie po Alicante, jak każdym innym miejscu, w którym odczuwalna temperatura oscyluje w granicach 30 stopni, nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej. Ale drugie kroki można wykonać w kierunku informacji turystycznej znajdującej się zaraz obok Hali Miejskiej. A w zasadzie do samej Hali Miejskiej, bo w informacji nie dowiemy się niczego ciekawego. Alacant jest miejscowością stricte turystyczną i nie posiada wielu okazałych budowli ani miejsc ziejących historią.

Na wejściu do Hali Miejskiej wita nas rzeźba Salwadora Dali. Dalej jest dość sympatycznie i hmmm… przytulnie? :) Nieprzypadkowo użyłem właśnie tych przymiotników, gdyż wnętrza są dość ciasne, a zarazem bogato wyposażone. Na przykład schody są na tyle ciasne, że miałem problem z objęciem całości nawet szerokokątnym obiektywem. W środku znajdziemy między innymi portrety wszystkich radnych (lub burmistrzów, nie pamiętam w tej chwili) w historii miasta oraz salę obrad.

Całe miasto jest zapełnione różnymi formami sztuki ulicznej, nie tylko w formie graffiti. Mam zdecydowanie pozytywne nastawienie do tego typu działalności, pod warunkiem że jest zrobiona gustownie (co nie znaczy, że musi mi się bezapelacyjnie podobać, natomiast musi być utrzymana w pewnych kanonach sztuki, zamiast bohomazów typu ‚Romek jest gupi’). I tutaj jest, bez znaczenia czy to reklama, upamiętnienie jakiegoś wydarzenia czy zwykłe rysunki na ścianach. Trzeba przyznać, że w wielu miejscach dodaje to kolorytu. Poza graffiti mamy inne formy użytecznej sztuki. Promenadę, o której będzie niżej, mnóstwo przeróżnych rzeźb oraz, co spodobało mi się zdecydowanie najbardziej, jedna z ulic jest przepełniona postaciami wielkich grzybów. Kostka brukowa est pomalowana w żółto-zielone plamy, a poza grzybami strojącymi rozmaite miny, na ulicy są huśtawki czy gigantyczne owady.

Nieodłącznymi elementami każdego nadbrzeżnego miasta, w szczególności w ciepłych rejonach są: plaża, port i, tutaj już mniej, promenada. Alicante ma oczywiście wszystkie trzy. Najdłuższa plaża jest w samym centrum miasta i w zasadzie dzieli je na dwie części, między którymi kursuje bardzo nowoczesny tramwaj. Nie wiem jaką długość ma linia brzegowa, ale poza plażami miejskimi, wystarczy wyjechać dosłownie kilka kilometrów za miasto, by raczyć się dużo bardziej intymnym miejscem. W drodze na lotnisko widziałem kilka takich miejsc, na których stał tylko jeden czy dwa samochody. Plaża w Alicante jest piaszczysta, z ratownikiem, ma prysznice, normalnie ekstraklasa.

Porty są dwa, a przynajmniej dwa widziałem, ale są to bardziej mariny dla jachtów niż porty z prawdziwego zdarzenia. Choć szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie by tak wielkie miasto było pozbawione przystani dla statków wycieczkowych. Jachty są strzeżone, co sprawdziłem empirycznie, po tym jak wszedłem na molo celem wykonania fotek. Dobiegł do mnie ochroniarz krzyczący tylko ‚seńor, seńor’ i wygadujący bzdury po hiszpańsku. Międzynarodowe ‚sorry’ załatwiło sprawę, ale fotek nie udało mi się zrobić. Pewnie nie byłoby by problemu żeby się dogadać, nawet na migi, ale nie miałem aż takiego parcia na zdjęcia w tym miejscu, więc odpuściłem, tym bardziej że było już dość późno, a ja musiałem następnego dnia o dziewiątej rano zameldować się na lotnisku.

Promenada jest cudowna i wyłożona różnokolorową kostką tworząca fale. Interesująco wygląda nie tylko w czasie przechadzek po niej, ale także z góry. Jest dość długa, pełna kawiarenek i sklepików. Artystów tworzących karykatury czy pejzaże, muzyków, głównie grających na gitarze, a nawet tańczących do tej muzyki hiszpańskich seniorów. Nie widziałem zbyt wielu żebraków, co mnie nieco zaskoczyło, dużo częściej byłem nagabywany przez dziwki i to raczej, jak na dziwki przystało, dość nachalnie. Mimo kupy sklepików z pamiątkami nie udało mi się kupić snowballa z Alicante. Mam z kupy różnych, często dużo mniejszych miejsc, a z Alacant nie. W ofercie były jedynie, klasyczne dla Morza Śródziemnego, delfinki a mało gustownym napisem ‚Alicante’ na podstawce. A przecież zamek św. Barbary jest tak wdzięcznym tematem na wnętrze kuli śnieżnej.

Skoro mowa o zamku świętej Barbary – jest to bezapelacyjnie największy znak rozpoznawczy Alicante. Znajduje się na leżącym niemal w geograficznym środku miasta wzgórzu Benacantil, na wysokości 166 m. nad poziomem morza. Są trzy sposoby na wejście (i zejście) na szczyt. I, jak to w życiu, bardziej satysfakcjonujący jest znacznie bardziej męczący. Mówię oczywiście o wejściu pieszym za pomocą jednej z kilku tras. Pamiętajcie jednak, że będziecie wchodzić prawdopodobnie w upale, a co za tym idzie, w pełnym słońcu. Widoki oczywiście rekompensują wysiłek, a także na samym szczycie, widoki są równie imponujące, a może nawet jeszcze lepsze. Pozostają więc dwie opcje – wjechać autobusem lub windą. Po Alicante jeździ piętrowy autobus bez dachu tej samej firmy, co wszędzie dookoła Morza Śródziemnego, który za kilkanaście euro (dokładnej ceny biletu nie sprawdziłem) zawiezie nas w kluczowe miejsca. Winda znajduje się od strony plaży i bilet kosztuje jakieś 2 Euro. Po przejściu kilkudziesięciu kilometrów podziemnym tunelem, dochodzimy do wywołującej klaustrofobię windę z wciskającym guziki Hiszpanem przypominającym z wyglądu typowego dziada proszalnego. Dziad ma śmieszne statystyki do wypełniania i zaznacza kreski na kartce papieru za każdego wchodzącego do windy klienta :D Beczka śmiechu, XXI wiek.

Twierdza ma grubo ponad tysiąc lat, zachowana jest w całkiem niezłym stanie, komnaty są utrzymane w stylu muzealnym i przedstawiają historię samej fortecy, jak i całego regionu. Wejście do sal, jak i do całego muzeum, jest darmowe, co bardzo mnie zaskoczyło. Za kilka euro możemy wynająć prywatnego przewodnika, a nawet bardzo śliczne blond dziewczę z przeuroczym akcentem :). Ze szczytu zamku, na którym znajduje się także maszt nadawczy, widać całą zatokę Alicante, całe miasto i okolice. Przy odpowiedniej pogodzie ograniczają nas tylko możliwości naszych oczu oraz panoszące się prawie wszędzie w Hiszpanii góry. Warto tam spędzić trochę czasu, bo widoki zapierają dech w piersiach, a przed nami długa droga w dół.

Jak to w Hiszpanii, arena do corridy jest obowiązkowa. Oczywiście dla lokalnych mieszkańców, bo corrida wydaje się cieszyć estymą niemal równie wielką co piłka nożna. Bo jako turysta nie byłem pod takim wrażeniem, tym bardziej, że wcześniej w tym roku widziałem największą (albo najstarszą, ach ta zawodna pamięć) arenę do corridy w Rondzie. Na samą arenę nie dane był mi wejść, bo była zamknięta, a żaden z pracowników sąsiadującego z areną muzeum (znów darmowego) nie mówił po angielsku. To zresztą norma na półwyspie Iberyjskim, tak naprawdę na południu Europy z ludźmi w wieku 40+ we współczesnym lingua franca się nie porozumiesz. Szkoda. Muzeum jest przyjemne, ale malutkie. Są plakaty, historyczne wyniki, wypchane głowy najlepszych byków – jakkolwiek to barbarzyńsko brzmi, stroje legendarnych matadorów, zdjęcia, rzeźby…

Będzie to z pewnością zaskakujące dla kraju tak gorliwie katolickiego i wystawnie obnoszącego się ze swoją wiarą na przestrzeni historii, ale w Alicante nie ma kościołów godnych odwiedzin. Najbardziej imponująca jest XVII-wieczna konkatedra świętego Mikołaja z Miry. Tak, TEGO świętego Mikołaja. I, jeżeli kiedykolwiek pomyślne wiatry zaniosą was do Alacant, nie dajcie się zwieść bardzo surowej fasadzie tego kościoła. Środek jest ciekawy. Nie na tyle by specjalnie do niego pielgrzymować, ale przegapić jedną z kaplic, uznawaną za piękniejszy przykład baroku w Hiszpanii, byłoby szkoda. Tym bardziej, że kościół znajduje się niewiele ponad pięćdziesiąt metrów od głównych ulic miasta.

Muszę jednak zaznaczyć, że nie udało mi się dotrzeć do najważniejszej w mieście bazyliki św. Marii.

 

Z samego rana sercem miasta jest hala targowa. Wspaniałe miejsce by przesiąknąć trochę lokalną kulturą, nawet jeśli podczas przyglądania i przysłuchiwania się, czasem dostajemy niechętne spojrzenia. To jednak jest relatywnie bogata Europa i ludzie nie są zawszę chętni by znaleźć się w kadrze, a nawet by ktoś obcy wiedział o czym rozmawiają. W liczącej ponad sto lat hali dostaniemy wszystko ze zdecydowaną przewagą rozmaitych artykułów spożywczych. Ryby i owoce morza czuć już poza halą, bo handel nimi odbywa się mniej więcej na poziomie -3/4. Zresztą hala leży na pochyłości, stąd używając różnych wejść, po wyjściu nie będziemy na tej samej wysokości, co po wejściu. Taki paradoks, choć może tylko takie odniosłem wrażenie. Poza olbrzymimi krewetkami, homarami, węgorzami czy mulami, dostaniemy też większe ryby – mieczniki i tuńczyki. I oczywiście wszystko, co potrzebne by podać te specjały. Typowe dla Iberii nieskończone gatunki oliwek, papryki, serów, a także – obowiązkowo – jamon.

 

Biorąc pod uwagę, że lot z Wrocławia (i pewnie kilku innych polskich miast) można znaleźć już za 400zł w obie strony i to specjalnie nie przebierając w ofercie, a sam lot trwa ledwie trzy godziny, które jakoś w ciasnym Ryanairze można przemęczyć, zdecydowanie polecam Alicante. Bez względu na to czy planujemy wypad na kilka dni, czy chcemy udać się na dłuższe wakacje, żeby byczyć się na plaży. Tu jest co robić, a jak już nas złapie nuda i chcemy do wielkiego świata – Walencji – można się dostać pociągiem w niespełna dwie godziny za jakieś 20 Euro. Co zamierzam zresztą wkrótce uczynić ;)