Żółwie Sri Lanki – biznes czy dobre serce?

Żółwie Sri Lanki – biznes czy dobre serce?

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 0

Trzymanie w ręku małego, świeżo wyklutego żółwia to, dla dorosłego dzieciaka, który spędzał kiedyś godziny oglądając ‚Wojownicze Żółwie Ninja’ i bawiąc się w Leonardo i Rafaela, nie lada gratka. Nawet jeżeli jest pewien strach, a może raczej niepewność wobec dotykania tak egzotycznego stworzenia. Także ze względów higienicznych. A ogólnie, sytuacja z żółwiami na Sri Lance to taki mikrokosmos wszystkiego, co dzieje się na wyspie. Tak w kwestii turystycznej, jak i wewnętrznej. Sytuacja nie jest prosta, miałem okazję porozmawiać z obiema stronami i tutaj przedstawię to, czego się dowiedziałem. A także kilka innych faktów o tych sympatycznych zwierzątkach.

Żółw to takie specyficzne stworzenie dla człowieka. Jako drapieżniki, większość zwierząt oceniamy albo przez pryzmat pożywienia, albo przez pryzmat czasoumilacza. Żółw nie kwalifikuje się za bardzo do żadnego z tych kryteriów. Owszem, można go zjeść. W wielu kulturach, w szczególności na Dalekim Wschodzie, jest niemal przysmakiem, ale tam je się prawie wszystko ;) W jakimś filmie czy książce, ktoś nosił nawet żywe żółwie przyczepione do plecaka, jako formę zupy błyskawicznej na moment  krytyczny. Na Sri Lance żółwie morskie są pod całkowitą ochroną, ale nawet zanim to się stało, nie stanowiły ważnej części kuchni lankijskiej. Może zatem sympatię wzbudzają wartości towarzyskie żółwia? Raczej nie, są znikome. Nie pobawisz się z nim, nie przyniesie ci piłki, nie ogrzeje nóg, nie obroni przed złodziejem. Już nawet z kotem, który nasra ci do butów, jest większa interakcja.

Spośród siedmiu pozostałych na świecie gatunków żółwi morskich, w wodach dookoła Sri Lanki żyje pięć gatunków: żółw skórzasty, karetta, żółw oliwkowy, żółw szylkretowy oraz żółw zielony/jadalny. Różnią się przede wszystkim rozmiarami – największy żółw skórzasty osiąga do dwóch metrów długości i potrafi ważyć nawet ćwierć tony. Mają oczywiście diametralnie inne ubarwienie ciała oraz skorupy, a także dietę i dostosowane do niej cechy – żółwie wszystkożerne mają na przykład mocno zakrzywione i bardzo silne „dzioby”, z braku innego określenia, które bez problemu potrafiłyby odgryźć palec człowieka.

Inne cechy wspólne? Samica wychodzi na brzeg do trzech razy w roku, tylko w celu złożenia jaj i jest to zazwyczaj jedyny moment, poza wykluciem, w którym żółwie morskie są poza morzem. I teraz krótkie wyjaśnienie – dane podawane przeze mnie tutaj są zaczerpnięte od pracownika centrum opieki na żółwiami (żółwiarium?) z lekką weryfikacją na wikipedii (polskiej i angielskiej). Czyli dwóch źródłach, których wiarygodność jest mocno wątpliwa, stąd nie przyjmujcie niczego podanego tutaj za pewnik. Jako że jaja żółwi nie są w żaden sposób chronione przez matkę – trudno zresztą sobie wyobrazić jak matka miałaby chronić gniazdo – zarówno jaja, jak i wykluwające się żółwie padają częstym łupem rozmaitych drapieżników. Ptaki, bezdomne psy czy inne czworonogi, w zależności od strefy klimatycznej, a także kraby. Jajka przypominają do złudzenia piłeczki do ping-ponga, chociaż w dotyku są raczej miękkie i skórzaste – można je lekko nagnieść, co ułatwia proces wykopywania i przenoszenia/ratowania. Podobno tylko z 25% jaj wykluwają się żółwie, chociaż nie znalazłem potwierdzenia tej informacji na wiki. Z kolei z tych 25%, tylko 10% to samice. W związku z tym, że samice są tak rzadkie, nie trafiają od razu do wody, a są raczej odchowane przez jakiś czas i dopiero potem wypuszczane. Jednak wikipedia mówi nam, że płeć młodych żółwi zależy od temperatury, w której wykluwają się jaja. W sztucznych warunkach, w tropikach, stworzenie odpowiedniej temperatury nie powinno stanowić problemu, ale…

Właśnie – tutaj wychodzi cały problem Sri Lanki. Tak jak pisałem we wstępie, to co dzieje się przy żółwiach jest doskonałym odbiciem wszystkiego, co dzieje się na Sri Lance. Kompletna amatorka, w brudzie i komicznych warunkach, w wykonaniu ludzi, nie mających o przedmiocie swojego zainteresowania zbyt dużej wiedzy, zerowe przygotowanie techniczne i merytoryczne. Czy w ogóle trafiłem do właściwego obiektu? Nie mam pojęcia. Jakiekolwiek oznakowanie leży i kwiczy. Jeżeli nie masz włączonego GPSa i dokładnych koordynatów – masz problem. Wysoce prawdopodobne, że trafisz do jakiegoś produktu zastępczego. Po prostu powiedziałem kierowcy tuk tuka, że chcę do Kosgoda Turtle Hatchery i mnie gdzieś zawiózł. Najpierw do jednej, potem do drugiej, w końcu zatrzymał się przy trzeciej. Bilet (papierowy zamiast na gębę!) kosztował 1000 Rupii (niecałe 7€, dla przybliżenia stosowałem sobie przelicznik 1000 LKR = 25 zł i będę się tego trzymał przy kolejnych wpisach) i był niemal dwukrotnie droższy niż w pozostałych budach. Kiedy jednak przejrzycie zdjęcia z tripadvisora czy innego, swojego ulubionego serwisu, zobaczycie że zdjęcia z teoretycznie tego samego miejsca, się nie zgadzają. Za cenę biletu dostajesz anglojęzycznego przewodnika (mówiącego zaskakująco dobrym angielskim), który pokaże ci cały obiekt, opowie o żółwiach i o koncepcji ich ratowania.

Najpierw pokazywane są sztuczne gniazda, z jajami, które przynoszą Lankijczycy. Fermy płacą za jaja 25 rupii za sztukę, czyli przeciętny rybak, gdy znajdzie gniazdo może zarobić całkiem niezłą sumę. Oczywiście tak się akurat złożyło, że właśnie tego dnia wylęgły się żółwie, więc mogliśmy je własnoręcznie przenieść do basenu. Ciężko mi stwierdzić czy rzeczywiście żółwie wykluły się tego dnia, czy po prostu młode żółwie są zasypane piaskiem dla uciechy turysty, ale jest dość przyjemnym uczuciem potrzymać w ręku taką małą istotkę, która ma niewielkie szanse na przeżycie. Niewielkie, bo żółwie zostają w „rezerwacie” tylko przez 2-3 dni, potem są wynoszone bezpośrednio do morza, by jak najbardziej zwiększyć ich szanse na przeżycie. A nawet wówczas pierwsze urodziny obchodził będzie tylko co dziesiąty żółwik. Natomiast bez względu na to czy wyklucie żółwików jest zaaranżowane czy nie, możliwość potrzymania takiej małej istotki, która macha łapkami w poszukiwaniu wody, jest nie do opisania.

„Akwaria”, w których trzymane są żółwie nie zachwycają. Są to betonowe zbiorniki, o pojemności rzędu 4m sześciennych (2x2x1m), częściowo wykafelkowane, obowiązkowo wypełnione codziennie zmienianą morską wodą. O ile wrzucenie ponad setki małych żółwików do takiego basenu nie powinno ich jakoś zaboleć, tak trzymanie większej liczby większych żółwi… Ufff… A tak jest, bo poza najmniejszymi zwierzątkami, na terenie obiektu trzymane są także żółwie, które prawdopodobnie, a może nawet na pewno, nie przeżyłyby na wolności. Ślepe, które na pewno sobie na wolności nie poradzą lub w różny sposób kalekie, a przeważnie jest tak, że żółw bez płetw ginie. A jak żółw traci płetwy? Wpada w sieci rybackie, próbuje się wyrwać, szamoce się, raniąc, a czasem kompletnie tracąc płetwy. Bez nich, żółw staje się dryfującą wyspą, skazaną na śmierć głodową. Okoliczni rybacy przynoszą takie żółwie do lokalnych rezerwatów, gdzie są karmione i będą tu przeżywać aż do śmierci, czyli nawet kilkanaście lat… Smutne.

Poza szpitalem i wylęgarnią, możemy oczywiście też dotknąć i zobaczyć dorosłe żółwie. Wziąć na rękę, sprawdzić jak wygląda żółwia skorupa od góry i od dołu, jak mięciutką ma szyję i głowę. Jest to jedyne miejsce, gdzie żółwie można legalnie pogłaskać, bo są pod ciągłą opieką medyczną, stąd opiekunowie są w stanie zareagować na zbyt silne środki chemiczne, których może używać dotykający ich człowiek. Ja byłem w szoku, gdy dowiedziałem się że żółwie mają ośrodki czuciowe na skorupie, a najbardziej podobał mi się kilkuletni żółwik, który na najmniejszy dotyk reagował niemal histerycznie, jakby ktoś go łaskotał pod pachami ;) Niestety, okazało się że ten pacjent także jest chory – zbytnie unerwienie skorupy spowoduje, że na wolności nawet przy lekkim dotyku ryby czy glona, będzie miał wrażenie że ociera się o wielki obiekt.

Ale żółwie, jak to żółwie, nie żyją tylko w niewoli. Plusem Sri Lanki, jako turystycznego zadupia, jest możliwość odkrycia prawdziwej przyrody. We Wrocławiu żeby zobaczyć jakiekolwiek dzikie zwierzę poza kaczkami/łabędziami czy szczurami, trzeba się przespacerować nocą po obrzeżach miasta. Czasem usłyszysz sowę, możesz spotkać stado dzików. Na Sri Lance wystarczy pójść nad morze. Codziennie o wschodzie i zachodzie słońca, żółwie przypływają na karmienie. Oczywiście lokalni żule (proszę wybaczyć terminologię, ale stan uzębienia, zarostu oraz ogólna aparycja jednoznacznie kwalifikowała ich do tej kategorii) sprzedają wówczas glony turystom, by ci mogli karmić dzikie żółwie i robić sobie z nimi zdjęcia. „Czy to jakaś zorganizowana akcja?” – pytam. I już zawiązuje się rozmowa, z której wynika że właściciele rezerwatów z żółwiami to samolubni bandyci, którzy tylko wykorzystują zwierzęta żeby zarobić.

Jasne, argumenty są jak najbardziej logiczne, kiedy się nad nimi bardziej zastanowi. Przykład? Nie ma żadnego powodu, by świeżo wyklute żółwie były trzymane przez kilka dni w basenie. Przez te dni ani nie nauczą się niczego, ani nie urosną, jest to kompletnie irracjonalne. No, jest jeden zasadniczy powód – uciecha turystów. Podobnież, nie ma powodu by trzymać w niewoli na przykład dorosłego żółwia albinosa – z przyczyn naturalnych ten żółw i tak będzie żył co najwyżej kilkadziesiąt lat (gdy normalny zdrowy żółw może bez problemu osiągnąć setkę). Znowu jest tylko jedna przyczyna – kuszenie odwiedzających czymś unikatowym. I nawet jeżeli usłyszałem to wszystko z ust ludzi, którzy sprzedawali glony do karmienia żółwi, więc również z nich żyją, to nie mam powodu by im nie wierzyć. Wszystkie ich argumenty jak najbardziej mają sens i są logiczne.

Z tym że nie bardzo mnie przekonują. Jeżeli ktoś odwala kawał dobrej roboty dla środowiska, a umówmy się, że jeżeli nawet dwukrotnie więcej żółwików trafi do oceanu dzięki wylęgowi w kontrolowanych warunkach, to jest to znacznie lepsza robota niż zbiórka podpisów przez półdebili z greenpeace pod jakąkolwiek petycją. I ja jestem gotów zapłacić za coś takiego i jeżeli jeden przedstawiciel gatunku będzie cierpiał dla polepszenia bytu reszty, można to chyba zaakceptować. Oczywiście to poważny problem moralny, ale znacznie mniejszy w przypadku zwierząt niż ludzi. Natomiast typowo lankijskim zachowaniem jest wybielanie ;) siebie, a oczernianie innych. Każdy jest w swoich oczach bez grzechu i jako jedyny robi dobrą robotę, a wszyscy inni to oszuści. Zawsze trafisz na najlepszego kierowcę tuktuka, bo inni oszukują i jeżdżą naokoło, najlepszego gospodarza domu, bo inni żyją z prowizji od taksiarzy, najlepszego kucharza, bo inni mają nieświeże ryby itd.

Obecność żółwi na, bądź co bądź, publicznych plażach Sri Lanki jest świadectwem pewnej dziewiczości tego miejsca. O Łzie Indii popełnię jeszcze kilka wpisów i będą filmiki, zatem przekonacie się sami, ale w 2016 naprawdę trudno o takie obcowanie z przyrodą w warunkach naturalnych. Jasne, zawsze ktoś może wywieźć cię gdzieś za miasto czy do sztucznego oceanarium, gdzie pogłaszczesz sobie płaszczki. Tutaj mające dziesiątki lat, zagrożone wyginięciem morskie kolosy wychodzą do ciebie same z oceanu. Jest to doprawdy niepowtarzalne przeżycie, które na długo pozostaje w pamięci.

Zostaw Komentarz