Isle of Skye – Wyspa mgły

Isle of Skye – Wyspa mgły

zamieszczone w: Europa, Szkocja | 0

Nie jest do końca znana etymologia tradycyjnej galickiej nazwy Isle of Skye, czyli An t-Eilean Sgitheanach. Ale nordyckie sagi wspominają o Zamglonej Wyspie lub Wyspie Chmury, a same władze regionu niedawno zmieniło oficjalną galicką nazwę na Eilean a’ Cheò, czyli Wyspę Mgły. W czasie krótkiego pobytu na Skye nie zobaczyłem mgły, a nocowałem nad wodą, bo w zasadzie się nie da inaczej i siedziałem do późna, bo w zasadzie nie da się inaczej. Rano też wstałem wyjątkowo wcześnie, ale mgły ani hu hu.

Na wyspę dotarliśmy trochę przed five o’clock, a głównym celem było Portree, w którym mieliśmy nocować. Malutkie miasteczka portowe mają swój niepowtarzalny urok. Portree jest największym miasteczkiem na Isle of Skye, liczącym prawie 2500 mieszkańców. I pierwszym miejscem, gdzie podróż na spontan bez wcześniejszej rezerwacji miejsc okazała się brzemienna w skutkach (tymczasowo, bo koniec końców była to jedna z lepszych decyzji całej podróży). Okazało się bowiem, że na miejscu nie ma żadnych miejsc noclegowych, wszystkie hostele są obłożone, a w bed&breakfast mają tylko pojedynczy pokój dla pary w kosmicznej cenie 60 funtów za dobę. Dla trzech osobników płci męskiej nie były to satysfakcjonujące warunki noclegowe. Stąd zamiast zwiedzać to małe miasteczko, czas wolny spędziliśmy na siedzeniu na smartfonach i poszukiwaniu miejsc noclegowych w pobliżu. Całe szczęście, że jeden z nas mieszka na stałe na Wyspach Brytyjskich i mogliśmy dzwonić z jego karty, inaczej koszta tej operacji wzrosłyby kolosalnie. Najbliższy hostel znaleziony został dzięki google w odległej o 30 kilometrów 150-osobowej wsi Carbost i musieliśmy natychmiast wyruszyć, nie mając nawet chwili by nacieszyć się pobytem w Portree i łapiąc dwie czy trzy szybkie fotki.

Samo Carbost leży nad Loch Harport, które z kolei jest połączone z Oceanem Atlantyckim, więc po jeziorze pływa mnóstwo mniejszych i większych łodzi. A do jeziora jest dosłownie 10 metrów.  Oczywiście chcieliśmy sprawdzić pokoje, bo gdy przez telefon właścicielka mówiła, że nocleg jest nad pubem, a w tle grała głośna muzyka, nastawiony byliśmy sceptycznie, tym bardziej, że w planie była wczesna pobudka i wizyta w destylarni ‚Talisker’. Z drugiej strony, nie mieliśmy wyboru i to sprawdzenie mogło się zakończyć odmową tylko w przypadku pająków na ścianach i węży w łazience. Tu nastąpił pierwszy szok, bo po akceptacji (6-osobowe pokoje praktycznie puste i w niezłym standradzie), na pytanie o klucze, właścicielka spytała ‚a po co?’. No tak, nie każda nacja ma we krwi kradzież, a północ Szkocji jest na tyle mało atrakcyjnym miejscem dla złodziei, że klucze stanowią zupełne zbędne ograniczenia i stwarzają pozorne bezpieczeństwo.

A potem już totalna jazda – klasyczny galicki pub z muzyką folk/oi, lokalnym browarem (niedobrym) i cydrem (wiadomo, cudownym), domową kuchnią oraz zaskakująco wielonarodowościową klientelą, wliczając dwie urocze francuskie turystki, które popełniły zasadniczy błąd i obgadywały innych, myśląc że nikt nie rozumie ich języka ;). A przede wszystkim lokalni ludzie. Starsi mężczyźni podśpiewujący lecące z głośników piosenki, krzyki, zakłady, bardzo dużo piwa. Rudy facet w stroju drwala, niczym z Monty Pythona, który po wypiciu jednego portera za dużo zaczyna tańczyć, śpiewać i podrywać kelnerkę na tyle nieudolnie, że potyka się o stół i ląduje z orzeszkami na głowie. Przekoloryzowałem? Może trochę, ale to efekt miejsca + alkoholu. Coś niepowtarzalnego i nie do odtworzenia dla ludzi wybierających wycieczki z biurami podróży.

Na kolację, obok wymienionego wyżej alkoholu, wielki talerz muli w sosie własnym za groszowe, jak na brytyjskie warunki, ceny. Rano, co oczywiste, typowo angielskie śniadanie, dające zapas kaloryczny na resztę dnia, którym trzeba było się obowiązkowo podzielić ze szwendającym się po tawernie psem (poprzedniego wieczora muli nie chciał). Pies był chyba ważnym elementem tej miejscówki, ale nigdy nie dowiedziałem się dlaczego miał swój posąg na tarasie karczmy. Z Old Inn do destylarni Talisker było dosłownie 5 minut pieszo, co także jest zaletą lokalizacji.

Jeszcze kilka kółeczek samochodem po Skye, przywitaliśmy się z lokalnymi krowami, prawie spowodowaliśmy wypadek, zapominając że jesteśmy w Wielkiej Brytanii i obowiązuje nas ruch lewostronny (na szczęście kierowca jadący z naprzeciwka tylko się uśmiechnął, a mógł zabić). I trzeba było wracać. Tak naprawdę optymalnym środkiem transportu po Szkocji, co dobitnie mi udowodniła właśnie Isle of Skye, jest camper. Śpisz gdzie chcesz, jeździsz gdzie chcesz, pełen luksus.

Żałuję, że mój pobyt na Skye trwał tylko 24 godziny. Zróżnicowanie wyspy jest tak imponujące, że można tam spędzić znacznie więcej czasu i ciągle odkrywać coś nowego. Jest to jedno z tych miejsc, do których po prostu chce się pewnego dnia wrócić, a największym mankamentem, poza cenami, jest pogoda. Bo kiedy nie siąpi deszcz, a świeci na nas słoneczko, dużo przyjemniej jest zachwycać się pięknymi okolicznościami przyrody. I niepowtarzalnymi.

Zostaw Komentarz