Wrocławski Festiwal Konsumpcji Piwa

Wrocławski Festiwal Konsumpcji Piwa

zamieszczone w: Polska | 0

Wśród rzeczy najlepiej serwowanych na gorąco na pewno należy wymienić żurek oraz wrażenia i emocje. Pyszny, domowy żurek był wczoraj, stąd przejdę do mojej oceny Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa. I żeby zarysować profil tekstu, od razu zaznaczę, że dla mnie nazwa jest nieco od czapy, a na pewno jest mocno niesprecyzowana i złośliwi mówiący Wrocławski Festiwal Drogiego Piwa mają sporo racji. Będzie o moich oczekiwaniach wobec imprezy tego typu, o regresie w stosunku do poprzednich lat, o niewątpliwych plusach, równie subiektywnych minusach, jak i minusach obiektywnych, jak również, uprzedzając nieco zakończenie – dlaczego był to mój ostatni festiwal.

Od razu zaznaczę, że nie należę do elitystycznej części społeczeństwa, która rozpleniła się po internetach i opowiada bzdury jak to „prawdziwy festiwal to był, Panie, tylko na zamku w Leśnicy, a teraz przy stadionie to nie ma ani atmosfery ani ducha i w ogóle kiedyś to nawet mleko było słodsze„. Zmieniając lokalizację i otwierając się szerzej na konsumentów, przy pędzącej jak alpejska lawina, piwnej rewolucji, festiwal musiał ewoluować. A że ja w Leśnicy nigdy nie byłem, stąd porównania mogę dokonać co najwyżej wobec poprzednich edycji odbywających się już na stadionie. Teren wokół esplanady stadionu otworzył mnóstwo możliwości – więcej stoisk, więcej toalet, więcej ławek, lepsza komunikacja. Owszem, odbyło się to kosztem pewnej pseudoelitarności festiwalu, którą ja kwalifikuję terminem elitystyczność. Zupełnie niezasłużonym przypisywaniem sobie elitarności, tylko dlatego, że o czymś się wie, coś się robiło, gdzieś się bywa, coś się nosi. I niestety – otwierając się szerzej na publikę, siłą rzeczy trafia się na stereotypowych Januszy od Żubrzyka, którzy w piwie widzą tylko kolejny sposób na najebkę. Ale tacy ludzie to mniejszość, bo jednak cena piwa (mniej czy bardziej) rzemieślniczego odstrasza tych archetypicznych żulików. Pozostaje zatem pytanie – dla kogo jest to festiwal?

No właśnie – dla kogo? Ja już wiem, że nie dla mnie i zaraz postaram się wyłożyć dlaczego. Dla mnie, jako wielkiego fana piwa i alkoholi, a chyba nawet birofila, festiwal tego typu powinien być właśnie możliwością wydania pieniędzy na rozmaite gałęzie swojej pasji, a także uświadomienia ludziom, że piwo to coś więcej niż napój z puszki za 2,50 zł w lokalnej stonce. No i poza innymi aspektami – szeroko pojętej piwnej edukacji. Chciałbym też zobaczyć piwa przygotowane tylko i wyłącznie na festiwal (i to naprawdę dobre piwa), promocyjne ceny czy mnóstwo gadżetów. Nie dostałem z tej, wprawdzie niedługiej, listy niemal niczego. I tutaj właśnie zaczyna się clue całego problemu – piwni rewolucjoniści, którzy tak chętnie nieśli amerykańskie chmiele na sztandarach, zamienili chmielowe szyszki w oczach na prawdziwie komiksowy znaczek $. Nie, nie będę tutaj po raz kolejny nawiązywał do Najbardziej Znanego Polskiego Blogera, który jest już niemal wszędzie, niczym Anna Lewandowska, aż strach otworzyć lodówkę, i który dla mnie jest synonimem nierzetelności w Internecie. W moich oczach, polski światek piwny zaczął przypominać trochę polską politykę, gdzie te same mordy klepią się po plecach od lat, a jak kolega zrobi słabe piwko, to lepiej przemilczeć sprawę, bo to kolega. Oczywiście ta cała śmietanka zbiera się na festiwalu, jak co roku, bo przecież im za to płacą, prowadząc te same prelekcje, co co roku, bo przecież co nowego można powiedzieć o piwie? I w zasadzie powielając informacje bez trudu dostępne na necie, bo nie mamy już 2010 roku, gdzie browarnictwo domowe było niemal sztuką tajemną.

I właśnie mam wrażenie, że głównym targetem tego festiwalu są ludzie, którym imponują wyżej wymienione autorytety. Którzy nie czują się jeszcze na tyle pewnie, by samemu kupić piwo w sklepie i potrzebują pewnego guru, który powie im ‚piwo X jest dobre, piwo Y jest niedobre, piwo Z jest dobre, jak poczeka pół roku’. Tak, kiedyś należałem do tej grupy! Ale już mam na tyle rozwiniętą świadomość piwną, że nie potrzebuję by ktoś mnie głaskał po główce i mówił, czy piję dobre piwo, czy nie. A potrzeby zrobienia sobie selfie z kimś, kto nagrywa filmiki na youtuba nigdy nie czułem i śmieszą się mnie tacy ludzie (ale, by posłużyć się kanonem polskiego hiphopu podpisać jakiejś sztuni na cyckach się mogę. I tak nie wiem po co, ale z chęcią to zrobię). Najlepszą wizualizacją całej historii niech będzie scena pod jednym ze stoisk – bodajże pod Twiggiem. Kolejka na jakieś dziesięć osób, a obok przy nalewaku stoi pan, który kolejki nie ma w ogóle. Okazało się, że pan mi owszem, piwo naleje, ale już opowiedzieć to nie opowie, bo się nie zna. I wtedy słyszę, że klientce obok, zajmującej już miejsce przy ladzie przed dobre 3-4 minuty, trzeba tłumaczyć, że to jest piwo gorzkie, to ciemne, to gorzkie ciemne, to jasne ciemne. A kolejka rośnie.

Wiem, wiem, wiem. Teraz ja śmierdzę tą elitystycznością. Chodzi mi o coś innego – jeżeli kogoś, kto do tej pory pił Korneliusa bananowego lub okazjonalnego Reddsa, nagle wrzuci się na głęboką wodę IPA, FESów, BW, RISów itd., to w tej wodzie się po prostu utopi. Nawet jeżeli ta woda jest piwem. Dajmy na to we wspominanym Twiggu – nie widziałem ani jednego piwa dla osoby zaczynającej przygodę z piwną rewolucją. Może APA, ewentualnie milk stout (bo słodki). Dostanie soura, dry stouta czy IIPA i będzie to koniec przygody, bo Żubrzyk może smaku nie ma, ale chociaż ryja nie wykrzywia. I tutaj olbrzymi ukłon w stronę Profesji, której festiwalowe piwo – Piwowar – hefeweizen z dodatkiem mango jest po prostu wyśmienite. Zresztą Profesja potwierdza, że jak im się chce, to umie zrobić dobre piwo – nie jest to pierwszy taki przypadek. Szkoda tylko, że zazwyczaj im się nie chce i tak często sprzedają lipę (Zielarka i Żniwiarz lipne, pomijając oszukiwanie na ilości, Cyrulik też bez szału). Jednak raz jeszcze – ten hefeweizen to naprawdę najwyższa światowa półka – gęsty, aromatyczny, dostatecznie słodki, świetne ukrycie alkoholu. Bomba.

Gdzieś tutaj przewinęło się kilka pochwał, zatem przechodzę do wad, których jest znacznie, znacznie więcej. Zacznijmy od tego, że na Festiwalu PIWA nie ma zbyt wielu rzeczy dla miłośników piwa. Poza piwem naturalnie. Ktoś powie ‚haha, gościu – a co byś chciał?’. A gdzie mam zacząć? Etykiety, podkładki, kapsle, wpinki, otwieracze… cokolwiek. W zasadzie były dostępne tylko koszulki, a gdy gdzieś już ktoś miał etykiety, to wyraźnie chciał klienta złupić (jak Browar Trzech Kumpli). Jak najbardziej rozumiem koncepcję zarobku, sęk w tym, że dla mnie przebitka rzędu 300% to już nie chęć zarobku, a po prostu złupienie klienta, który inaczej takiego towaru dostać nie może. Nie wierzę bowiem, że etykieta kosztuje więcej niż 50gr za sztukę, czyli zamiast robić z siebie dziada za 1,50zł zysku, może lepiej by sprzedawać po symboilcznego 1zł? Albo zrobić zestaw etykiet w promocyjnej cenie po kosztach. Tak, wiem, 2zł to nie majątek. Chodzi o zasadę. A na przykład na stoisku browaru PERUN za marne 15zł dostałem komplet kapsli, kilkanaście etykiet i dwie podkładki. Można? Można! Tylko trzeba chcieć i mieć odrobinę wyobraźni. Tak samo muszę pochwalić Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht, który wprawdzie nie miał gadżetów w ofercie, ale kiedy spytałem o etykiety, dostałem małe co nieco z boku namiotu. I znów – MOŻNA. Wiem, gdyby każdy chciał, nie starczyłoby, stąd taką koncepcję rozdawnictwa jak najbardziej również rozumiem. Za to nie potrafię ogarnąć tych wszystkich Januszy marketingu, którzy nadal nie rozumieją, że promowanie kultury piwa nie ogranicza się tylko do picia piwa tudzież sprzedania chujowej (lub nie) koszulki z nadrukiem, na której zrobi się sporą przebitkę i znów można zarobić. Jednak, by przytoczyć Herberta, w gruncie rzeczy jest to sprawa smaku. Tak, smaku.

Czyli gadżetów się na festiwalu nie doczekałem. Nikt nie wpadł na pomysł festiwalowych edycji swoich najlepszych piw w ręcznie zdobionych butelkach, które mogły być nagrodami w konkursach lub po prostu sprzedawane. Albo zrobienia książeczki festiwalowej, w którą wbijane by były pieczątki z logo browaru, kiedy kupisz piwo na danym stoisku. Za to ktoś wpadł na pomysł podkładki festiwalowej, połączonej oczywiście z tandetną Europejską Stolicą Kultury 2016 i równie tandetnym logo tegoż wydarzenia. Mam wrażenie, że projektująca podstawkę osoba jakoś nigdy nie piła piwa, ale to akurat standard wydawania publicznych pieniędzy we Wrocławiu. Zabierają się za to osoby, które zazwyczaj mają o danej dziedzinie marne pojęcie.

No właśnie – dobrnęliśmy do kwestii cen. Zacznijmy od scenki rodzajowej – wchodzę na festiwal – pierwsze lepsze stoisko żeby się ładnie zapoznać i przywitać biorę porter bałtycki (tak, wiem, nie powinno się zaczynać od takiego piwa). Kolejkę jestem w stanie tolerować, chociaż dość szybko nauczyłem się, że kultura w tym miejscu nie należy do cnót. Proszę o 0.2l portera, podając swoje szkło. 20zł. !?!?!?!?!??!??!?!?!?!!!! Nie sprawdziłem wcześniej cen, moja wina, ale 20 zł za 0.2l? Ekstrapolując, wychodzi 33 zł za buteleczkę 0.33l. No… za tyle to ja nawet nie widziałem Brewdoga czy Nogne O, a browar Dukla pokazuje, że można. Myślę sobie – w tej cenie to zaraz dostanę buziaka od uroczej sprzedawczyni. Albo szkło. Albo chociaż kawałek czekolady. Nie. Nie dostałem nic. Pani zabrała 20 zł i koniec. Do widzenia. Nic. Zero.

To tak się promuje picie piwa? Nie jest standardem, że ceny są wyższe niż butelkowe, ale na palcach obu rąk można policzyć browary, które rzeczywiście miały zachęcające ceny. I właśnie w tym miejscu rodzi się pytanie – czy festiwal jest na tyle atrakcyjną imprezą, a stadion tak fantastyczną lokalizacją, bym płacił niemalże ceny z multitapów? W zasadzie za to samo piwo, które dostanę bez problemu w sklepie. Bo premier na festiwalu była bardzo ograniczona ilość, a większość – jeżeli nie wszystkie – trafi prędzej czy później do sklepów.  O! Można kupić pojemność 0.2l. Że niby do testów. Tylko jest jeden problem – taniej niż 5zł za 0.2l nie dostaniemy chyba niczego. Może gdzieś tam pseudorewolucyjny Amber by się trafił, bo mieli 0.5l za 5zł, ale z kolei ten Amber to jest po 4zł w sklepie za butelkę. Ach! Właśnie do Ambera była jedna z największych kolejek, co poniekąd świadczy o fiasku całej koncepcji festiwalu. To miał być Festiwal Dobrego Piwa, tymczasem ludzie nadal patrzą przede wszystkim na cenę zamiast jakości. Czyli znów – festiwal nie dla mnie – mieszkam w dużym mieście, wsiadam na rower i jadę po piwko rzemieślnicze przebierając jak w ulęgałkach, bo Piwnica ma fantastyczne zaopatrzenie. A jak mam ochotę, to jadę do multitapu. Albo nawet do browaru, bo te też mamy we Wrocławiu.

Festiwal nie wykorzystał jeszcze jednego, największego atutu. Stadionu. W przeciwieństwie do poprzednich lat, stadion jest zamknięty na cztery spusty. Nie można kupić sobie pół litra piwka, usiąść na trybunach i spokojnie sącząc piwo, rozkoszować się widokiem. W zasadzie jedynym interesującym widokiem w pobliżu, bo nawet pusta murawa i trybuny wygląda lepiej niż betonowa pustynia wokół, bądź jedyna w Europie przystadionowa dziura, zwana także Samonapędzającym się Mechanizmem Finansującym Śląsk Wrocław. Festiwalowicze są zatem skazani na wędrówki dookoła szarej membrany (to znaczy białej, niebrudzącej się i niezniszczalnej membrany, która tylko wygląda na szarą), gdzie ciągle brakuje miejsc siedzących, podczas gdy kilkadziesiąt metrów dalej mamy ponad czterdzieści tysięcy miejsc siedzących, wybudowanych za publiczne pieniądze i zamkniętych dla ludzi. Europejska Stolica Kultury, w której nadal traktuje się mieszkańców jak bydło, przed którym trzeba wszystko pozamykać.

Pozamykana jest też część, excuse my French, kibli. Mamy stadion, jak już wcześniej zauważyłem, nie będący prywatnym przedsięwzięciem, w którym udostępnionych jest tylko kilka toalet. Robią się więc kolejki, robi się tłok wewnątrz, na zewnątrz. Jeszcze rok temu tego nie było, bo otwarte było więcej toalet, ale widać kogoś bolało, że społeczeństwo ma zbyt luksusowo. To teraz bydło zostało spędzone do dwóch toalet i niech się kisi i zbiera przed nimi. Jesteś na końcu festiwalu i chcesz siku? Teoretycznie najbliższa toaleta jest 50m od Ciebie. Ale jest zamknięta. Bo tak. I musisz przecisnąć się przez cały festiwal (sic!), coby dojść do tej pary otwartych drzwi i ulżyć zasmuconemu i zapełnionemu pęcherzowi. Oczywiście o towarach z drugiego obszaru płatniczego, takich jak mydło przy umywalce można tylko pomarzyć. Europejska Stolica Kultury.

Podsumowanie? Regres. Straszliwy regres, stawiający pod znakiem zapytania moją obecność na kolejnych edycjach. Ktoś gdzieś zapomniał o tym, że to ma być Festiwal Dobrego Piwa, a nie Festiwal Drogiego Piwa czy Festiwal Chlania Piwa. Mało gadżetów, zamknięte trybuny stadionu, tylko kilka czynnych toalet, ceny znacznie wyższe niż w sklepach z bardzo licznymi wyjątkami in minus oraz nielicznymi promocjami. Dlaczego tak jest – podejrzewam, że do organizacji Festiwalu dorwało się Piwne Towarzystwo Wzajemnej Adoracji, które ma kupę własnych celów do realizacji, włączając autopromocję, więc na drugi tor spuszczono klienta. Kiedyś klient przestanie przychodzić, ale w Polsce rzadko się myśli o ‚kiedyś’ – o przyszłość niech się martwią przyszli organizatorzy. TKM!

Zostaw Komentarz