Wilno – Co to, kurwa, jest świerzop?

Wilno – Co to, kurwa, jest świerzop?

zamieszczone w: Europa, Litwa | 0

Wycieczka do Wilna zimą (a sensu stricte wiosną, bo w kwietniu, ale przy obecnych anomaliach pogodowych okazało się, że to zima) nauczyła mnie jednego – nie zwiedzać wschodu zimą. Targanie się w kurtce, czapce, mało oddychających butach i z plecakiem nie jest Everestem moich marzeń. I może przez panujące warunki atmosferyczne, ocena Wilna nie należy do najlepszych, chociaż podczas rozmów ze znajomymi każdy ma raczej skrajne opinie o stolicy Litwy. Stąd przypuszczam, że przy umiarkowanej temperaturze, mniejszej warstwie ciuchów i bardziej dopasowanym obuwiu, byłbym stolicą Litwy zachwycony. Z drugiej strony, gdyby nie pogoda, pewnie nie stałbym sam na Wzgórzu Trzech Krzyży. Transakcja wiązana.

Na Inflanty w ogóle trafiłem, jak prawie wszędzie, przypadkiem. Ładniejsza połowa mojego kolegi miała jakąś mało interesującą konferencję w Rydze i Wilnie, więc potrzebowała ochrony i towarzystwa. Zobaczywszy ceny biletów u przewoźnika Simple Express, bez wahania rozciągnęliśmy trasę na północ do Tallinna, by zaliczyć również stolicę Estonii. Cała podróż, wliczając hotele, autokary oraz lot powrotny na trasie Tallinn – Warszawa wyniosła nas niecałe 1000,00 PLN na głowę, czyli bardzo tanio. Przemoknięte buty, katar i ból kręgosłupa od niewygodnego łóżka dostałem gratis.

Pozornie nie miało znaczenia, że do Warszawy (skąd jechaliśmy Simple Expresem do Wilna) z Wrocławia jechaliśmy przez Bełchatów. Pozornie. Oczywiście z Bełchatowa była szydera. Wiadomo, jadą wielcy państwo z wielkiego Breslau, stolicy Dolnego Śląska, Wenecji Północy itd., a tu taki Bełchatów, na drabinie miejskiej na poziomie krecików z Lubina (w tym zdaniu udało mi się obrazić mieszkańców dwóch miast naraz, dobra robota). W stolicy szybkie piwko i przesiadka do busa, jadącego już od Berlina i wygląda na to, że najbliższe godziny spędzimy głównie w towarzystwie Litwinów. Nad ranem docieramy do Kowna i… SZOK. To drugie pod względem wielkości miasto Litwy, a przy mijanym wcześniej Bełchatowie wyglądało jak ubogi krewny. Krzywe i brudne chodniki, zresztą tylko gdzieniegdzie były chodniki, reszta miejsc to ubita ziemia, odrapane kamienice, napisy na murze. Trzeci świat. Widziałem wcześniej Kowno na zdjęciach, bo rozważaliśmy postój i zwiedzanie, i może po prostu trafiłem do złej dzielnicy, ale zdecydowanie nie byłem pod wrażeniem.

Na pierwszy przystanek w Wilnie dojechaliśmy o 9 rano i ja, jako przewodnik wycieczki, stwierdziłem „spokojnie możemy tutaj wysiąść, jest ta sama droga do hotelu co do dworca”. To będzie miało swoje spore konsekwencje znacznie później, więc nie zapominajcie kto podjął tę decyzję. Mi nie pozwolono zapomnieć do dzisiaj :). Znalezienie zarezerwowanego hotelu trochę potrwało, ale było warto. Hotel Šarūnas jest w posiadaniu Sarunasa Marculionisa, bardzo zasłużonego dla Litwy koszykarza, jednego z pierwszych Europejczyków zatrudnionych w NBA. Zresztą cały profil hotelu jest mocno sportowy, wliczając pełen pamiątek bar, halę sportową, saunę oraz olbrzymią siłownię. Jest to olbrzymi kompleks z wielkimi pokojami. Chyba tylko w Malezji, gdzie spałem w 5* apartamencie dla nowożeńców, miałem większy pokój. Hotel jest jakieś 2-3 kilometry od starego miasta, trochę bliżej jest do centrum handlowego i chociaż rzadko będę tutaj polecał jakiekolwiek zakwaterowanie, to Sarunas mogę rekomendować z pełną odpowiedzialnością. Nie czytajcie bzdurnych informacji zblazowanych Niemców czy Anglików na portalach do rezerwacji, którzy muszą mieć klimę, bar z 10 tapami pod nosem i 3 minuty do wszystkich ważniejszych miejsc, w których można zrobić fotki.

OK, powoli mijamy wstęp i przechodzimy do samego miasta. Zacznę może od największego plusu Wilna – jest jeszcze tanie. Dlaczego ‚jeszcze’? Bo znajduje się dostatecznie daleko na wschodzie by odstraszyć klientów z Zachodu, dostatecznie daleko na południu, by odstraszyć Skandynawów i nie jest atrakcyjnym celem dla Rosjan, w dużej mierze pewnie ze względu na zaszłości historyczne. Stąd ceny w restauracjach i sklepach są w przedziale średniej wielkości polskiego miasta. Za 30,00 PLN można się najeść i napić jeżeli nie wybiera się najdroższej możliwej knajpy. Owszem, są ekskluzywne kluby z drinkami w kosmicznych cenach i paniami z makijażem typu ‚radziecka kurwa pozna europejskiego biznesmena’, ale to nie mój profil.

Co zjeść i wypić na Litiwe? Litewska kuchnia jest świetna, chociaż bardzo niezdrowa i tucząca. Potrawy oparte o mąkę, tłuszcz, nabiał i mięso nie robią najlepiej naszemu sercu. Przede wszystkim, Litwini dodają do chleba – ciemnego – kminek. Zapamiętałem to, bo kminku nie znoszę, niemal nie jestem w stanie go przełknąć i kilka dni musiałem żyć bez pieczywa. Zupy są podobne do naszych, prawie wszędzie dostaniemy barszcz (także jako chłodnik) albo kapuśniak. Do tego rozmaite formy cepelinów z nadzieniem (takie nasze knedle/pyzy), dziesiątki odmian mniejszych i większych pierogów, wędzone świńskie uszy jako przekąska do piwa, bliny, kindziuk. Jest tego sporo i, jak już pisałem, wszystko jest ciężkie i kaloryczne. Z napojów koniecznie trzeba spróbować kvassu – znacznie lepszego od dostępnego u nas w butelkach kwasu chlebowego, a uderzając w mocniejsze nuty – 50% miodu Suktinis, nie bez przypadku nazywanego przez Polaków sukinsynem, nalewek (np. żurawinówki Bobeliny) czy ziołowej wódki 999 (trzy dziewiątki). Ta ostatnia akurat jest dostępna szerzej u nas w sklepach, więc może lepiej kupić po prostu czystą. A ta jest dostępna w plastikowych kubeczkach, idealnie do spożycia na szybkości pod sklepem :)

Užupis to bardzo specyficzna dzielnica Wilna, umieszczona na liście światowego dziedzictwa UNESCO. W litewskim słowo užupis oznacza ‚po drugiej stronie rzeki’, ze względu na umiejscowienie po drugiej stronie Wilejki, co łatwo tłumaczone jest na polskie Zarzecze. Nie do końca pamiętam opowieści przewodniczki, bo oczy latały mi na wszystkie strony w tej krainie abstrakcji, ale przed wojną mieszkała to duża część żydowskiej populacji Wilna (oraz m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński), a w czasach sowieckich były to największe pustostany pełne bezdomnych, meneli, dziwek i pozostałego elementu społecznego.

Obecnie jest to dzielnica artystów. Spośród kilku tysięcy mieszkańców, prawie 15% to artyści i widać to na każdym kroku. Pełno rozmaitych instalacji, jedne dziwne, inne normalne, jak na standardy sztuki. Užupis powinno być traktowane jako żart (dzień Užupis przypada na prima aprilis) i permanentny event. Mają tu miejsce rozmaite happeningi (w których bierze udział nawet zamieszkały w tej dzielnicy burmistrz Wilna), a konstytucja republiki, którą, jeżeli jakość jest odpowiednia, możecie poczytać na jednym ze zdjęć jest bardzo specyficznym manifestem wolności.

Tu także spotkał nas też niemiły zgrzyt, jakiś starszy pan usłyszał jak rozmawiamy po polsku i zaczął coś bredzić po litewsku, wyraźnie w naszą stronę, aż w końcu przeszedł na nasz język i spytał: ‚skąd wy jesteście?’. Bez zdradzania wielu szczegółów odparliśmy ‚z Polski’, na co dostaliśmy krótką, acz treściwą odpowiedź. ‚To wypierdalajcie do Warszawy’. Cóż…

Wilno jest przesiąknięte Polską, bo przecież historia związała nas z Litwinami na długie lata. Na dobre (Rzeczpospolita Obojga Narodów) i na złe (początek XX w.). I te akcenty widać w nazwach ulic, w postawionych pomnikach, gdzie próbujemy sobie nawzajem odbić wielu bohaterów narodowych. Polskość można nawet wykorzystać na ulicy, bo duża część mieszkańców Wilna, nie tylko tych starszych, mówi w jakimś stopniu w naszym języku. I właśnie to uważam za główny powód do odwiedzenia stolicy, i nie tylko, Litwy. To część naszej wspaniałej, często też tragicznej, historii, czy tego chcemy czy nie. A naród, który nie szanuje własnej historii jest skazany na zapomnienie i podbicie.

Wielkie cywilizacje nie są zdobyte z zewnątrz, dopóki nie zniszczą się wewnętrznie„. Ten cytat boli szczególnie w kontekście wymienionego wyżej starszego człowieka, który kazał nam ‚wypierdalać do Warszawy’, bo razem potrafiliśmy stworzyć imperium sięgające Smoleńska i Pskowa, z powodzeniem najeżdżające Księstwo Moskiewskie, któremu teraz oba narody muszą się kłaniać w pas. Ech, poniósł mnie zefir historii…

Jako epilog posłużę się historią o wyjeździe z miasta. Pamiętacie jak kilka akapitów wcześniej pisałem, że przyjeżdżając do Wilna wysiedliśmy na innym dworcu niż planowaliśmy, bo oceniliśmy że to ta sama droga. Cóż, ja miałem do łba wklepane, że przyjeżdżamy na jeden dworzec, a odjeżdżamy z innego. Na główny dworzec autobusowy dotarliśmy 30 minut przed odjazdem autokaru. Oczywiście odpędzamy się od taksówkarzy i innych pomagaczy jak od much, wierząc w zasadę, że jak ktoś chce pomóc to prędzej cię wydyma. I tu zaczynają się mało śmieszne jaja, bo odjazd był z dworca niemal na drugim końcu miasta, czyli z tego, na który przyjechaliśmy. Lekka panika, ja przyjmuję na siebie część winy, ale podchodzi do nas jakiś student i płynną polszczyzną pyta czy może pomóc. Tłumaczymy o co chodzi i okazuje się, że szanse na dotarcie na drugi koniec Wilna o godzinie 14:00 w 30 minut są żadne. Ale nie mamy wiele do stracenia i bierzemy taksówkę. Pan taksówkarz wygląda na drobnego rzezimieszka. Łysy, gruby, nieogolony, skórzana czarna kurtka, kilka zębów, właśnie wpierdala (bo inaczej się tego określić nie da) bułkę z cebulą. Dopiero kiedy otworzył bagażnik by załadować nasze plecaki, okazuje się być poważnym bandziorem. Poza kołem zapasowym w bagażniku zdezelowanego golfa widzimy: szpadel, saperkę, czarny foliowy worek, czekan oraz dziwne brunatne plamy… Ok… nas jest troje i każda minuta się liczy, ryzykujemy.

W środku jest gorzej, jeżeli to możliwe. Taksometru oczywiście nie ma, syf nie do opisania, wszystko śmierdzi, szyba przednia nie była myta chyba od kilku lat, nie mówiąc o bocznej. Ale ok, jedziemy. Dojeżdżamy na dworzec, ale już dobrze wiemy, że będzie za późno. Nasz kierowca ‚mówiu trochę po polski’, my trochę gawarit pa ruskij, więc dogadujemy się że Pan Bandyta ;) będzie gonił nasz autokar drogą do Wilna, a my w międzyczasie dzwonimy do przewoźnika by na nas poczekali. I tu kolejne jaja, bo na infolinii Simple Express tłumaczą nam, że bus jedzie przez Borysew. Matury z geografii nie zdawaliśmy, ale Pan Bandyta wiezie nas w dokładnie przeciwną stronę. Ale przecież Borysew to wschód i Białoruś, a my jedziemy na północ do Rygi?! Pan Bandyta tłumaczy, że on wie co to za autokar, duży, czarny i jedzie przez Poniewieże. Wyjmuje telefon i gdzieś dzwoni. Rozmawia po rosyjsku (nie litewsku) z jakimś Jurim i krzyczy do niego, że nam tłumaczył ale nie słuchamy.

Podsumowanie sytuacji – jedziemy po litewskiej autostradzie z łysym gościem rozmawiającym przez komórkę po rosyjsku, który niby jest taksówką, ale nie ma taksometru, za to w bagażniku ma zestaw małego egzekutora. Pas ma zapięty o hamulec ręczny (zaciągnięty), a na zapalone na desce kontrolki – chyba wszystkie – mówi, że tak jego samochód gra muzykę. Jedziemy w stronę przeciwną do proponowanej przez przewoźnika, ale logiczną z punktu widzenia geografii. Jest nas troje. Robimy głosowanie co dalej. Demokratycznie (2:1) decydujemy się nie wysiadać na środku autostrady. Przez telefon udaje się uprosić Simple Express by poczekali na nas przy stacji benzynowej (czujecie to? przewoźnik, za którego bilety zapłaciliśmy w sumie 9€ czeka na 3 pasażerów, MEGA SZACUN) i nawet sami do nas oddzwaniają i podają numer zjazdu. Okazuje się, że czekają tylko jakieś 20-30 km za Wilnem. Dojeżdżamy. Żyjemy. Mogę to opisać. Te 20 km kosztowało nas 250,00 PLN. Tyle zażyczył sobie za usługę Pan Bandyta, podobno wcześniej ustaliliśmy tę cenę, a pamiętam dokładnie tę kwotę, bo musiałem zapłacić banknotem, który kupiłem w Banku Narodowym Litwy do swojej kolekcji. Jak zwykle najwięcej emocji i wspomnień jest z sytuacji przypadkowej. Nauczka: zawsze sprawdzaj, z którego dworca/lotniska masz odjazd.

Zostaw Komentarz