Whisky jako atrakcja turystyczna

zamieszczone w: Europa, Szkocja | 0

Szkotom udało się coś, co nie udało się w takim stopniu chyba żadnej innej nacji. Z narodowego trunku zrobili nie tylko jeden z głównych eksportów, ale też atrakcję turystyczną. Coś takiego nie udało się Czechom czy Niemcom z piwem, do pewnego stopnia udało się Francuzom z winem, prawie na pewno nie udało się nikomu z wódką, a pozostałe alkohole stanowią zbyt mały procent światowego rynku, by o nich wspominać. We wpisie będzie trochę statystycznego przynudzania, więc jeżeli ktoś chce przeczytać sensu stricte o destylarniach – zapraszam kilka akapitów niżej. Osobiście alkohole kolekcjonuję, ze szczególnym uwzględnieniem whisky, więc mogę tutaj popuścić wodzę klawiaturze.

Przede wszystkim whisky to nie whiskey. Whisky robią Szkoci czy Japończycy, whiskey robią Irlandczycy i Amerykanie. Różnica nie jest wprawdzie wielka i raczej się w papę za pomyłkę nigdzie nie dostanie, tym niemniej jest to warta uwagi ciekawostka. Whisky jako słowo znaczy nic innego niż woda życia, pochodzi od galickiego uisge beatha, które z czasem ewoluowało do skróconego usquebae i w wymowie brzmi mnie więcej właśnie jak whisky. Wodę życia, czyli łacińskie aqua vitae, mamy wszędzie w kulturze jako określenie alkoholu. A różne narody robiły alkohol z różnych składników. Skandynawowie do tej pory robią Akvavit, Francuzi eau de vie, a Polacy i Rusini pili okowitę. Tak naprawdę, gdybyśmy chcieli porównać polski alkohol do whisky, to wziąwszy pod uwagę sposób dojrzewania, najbliżej byłoby chyba nie okowicie (która był po prostu spirytusem), a starce. Ale plemiona wschodniej Europy w ogóle nie przepadały za dojrzewającym alkoholem, nikomu nie chciało się czekać.

Tak jak pisałem wcześniej, whisky stanowi ważny element exportu Szkocji i całego Zjednoczonego Królestwa, łącznie jakieś 25% całego przychodu w kategorii artykułów spożywczych. W północnej i zachodniej Szkocji stanowi także ważną gałąź zatrudnienia i turystyki. Trudno jest podać tutaj konkretną kwotę, bo jest to system naczyń połączonych, ale udostępnienie destylarni dla turystów było strzałem w dziesiątkę, tym bardziej że jest przemyślane i zawiera to, co ludzie lubią najbardziej – bonusy i gratisy.

OK, starczy wstępu, jedziemy z aspektem turystycznym. Nie jechaliśmy do Szkocji zwiedzać destylarnie. Myśleliśmy żeby zaliczyć jedną przy okazji, ale nie miało być to celem samo w sobie, podczas wycieczki wprawdzie celem nadal się nie stało, ale było ważnym elementem. Pierwszą destylarnią, do której się udaliśmy, był Oban. I tu zacznę od końca – po wycieczce otrzymaliśmy książeczkę (zdjęcie w galerii), dzięki której późniejsze zwiedzanie niektórych destylarni było gratis (a 5-8 funtów za wstęp piechotą nie chodzi). Do inicjatywy paszportu Classic Malts należy sporo lepszych destylarni (lagavulin, Talisker, Caol Ila, Knockando) i po zaliczeniu całej listy (czego dowodem są pieczątki) otrzymuje się quaich, czyli specjalny puchar, który nadaje się tylko do położenia na półce :). Dostaliśmy także szklaneczkę do degustacji whisky – wbrew pozorom whisky nie degustuje się ze szklanek dołączanych do popularnych w Polsce zestawów. I, co najważniejsze, szklaneczka do degustacji jest oczywiście wypełniona. Rzadka szansa by skosztować single malt za darmo. No a gdzie być skąpym jak nie w Szkocji?

Samo zwiedzanie każdej kolejnej destylarni jest raczej nudne. Jasne, fanatycy docenią opowieści o pochodzeniu wody (tutaj woda górska z Dalwhinnie jest mistrzem świata), możliwość obejrzenia alembików, zapoznania się z jęczmieniem czy torfem, porównanie aromatów, opowieści o historii destylarni i samego regionu czy o beczkach. Natomiast przeciętny turysta będzie po prostu znudzony. Tym bardziej, że w szkockich destylarniach pracują… Szkoci. A Szkot mówiący po angielsku to nie jest odcinek ‚Friends’ czy ‚Jersey Shore’. Zawsze jest to wyzwanie lingwistyczne.

Nasuwa się zatem pytanie – czy warto? Warto, ale nie ze względu na same destylarnie, a na otoczkę wokół nich. O Carbost (Talisker) czy Oban będą osobne wpisy, Cardhu było naprawdę malowniczo położonym miasteczkiem, a destylarnia Dalwhinnie ma cudowny widok na góry. Poza tym Szkocja jest naprawdę mała i do większości z tych destylarni można wstąpić ‚po drodze’. Jedynymi problemami mogą być Talisker, Jura, Islay, Pulteney czy Bladnoch, ale całe Speyside czy Highlands można zjechać w dwa-trzy dni i nie będzie to czas zmarnowany.

Do tego whisky jest teraz bardzo modnym tematem. Jak ktoś chce być fą fą fifarafa, to na whisky wypada się znać, żeby nie popełnić towarzyskiego faux pas i do single malt za 300zł/butelka nie dolać coli lub poprosić o lód. Szkolenia degustacyjne kosztują w Polsce krocie, a tutaj wszystko jest gratis.

Oh, jeszcze jedno. W niektórych destylarniach dostaniemy edycję kolekcjonerską whisky i usłyszymy, że można ją kupić tylko w danej destylarni. Bullshit. Ok, można kupić tylko w danej destylarni, ale w dowolnej ilości. Więc ta sama edycja kolekcjonerska jest dostępna potem w większości sklepów internetowych. Ja tak stałem się posiadaczem Distillers Edition z Oban. Potem okazało się, że mogę go bez problemu kupić w sklepie internetowym, płacąc tak naprawdę niewiele więcej. Ale nie żałuję ;)

Zostaw Komentarz