Ukraina – pozostałe miejsca Strefy Wykluczenia

Ukraina – pozostałe miejsca Strefy Wykluczenia

zamieszczone w: Europa, Ukraina | 0

Oczywiście nie wszystkie miejsca ze Strefy uda mi się tutaj opisać. Nawet pewnie nie liznę kilku procent, bo przecież, nawet licząc tylko ukraińską część, Strefa Wykluczenia obejmuje ponad dwa i pół tysiąca kilometrów kwadratowych. Wydaje mi się jednak, że są to lokalizacje najbardziej znane i charakterystyczne, ale także te mniej znane i rzadziej odwiedzane przez wycieczki. By dotrzeć w inne miejsca, trzeba po prostu pojechać samemu, wyłożyć odpowiednią ilość funduszy i wiedzieć, gdzie się udać. Ale, o ile nie jest się kompletnym fanatykiem, nie ma to najmniejszego sensu.

Na pierwszy ogień coś najbardziej złowieszczego i mitycznego. Rzecz, których oczekiwałem więcej w samej Strefie, a nie dane mi było zobaczyć. Takie miejsca, które widujemy w filmach, o których czytamy w beletrystyce czy odwiedzamy w grach komputerowych. Zbudowałem atmosferę, jakby co najmniej Bolivar Trask dokonywał tam autopsji mutantów (tak, niedawno oglądałem nowych X-Menów, tak, bardzo mi się podobali :)), tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej przyziemna i… włochata… Laboratorium i ferma badawcza norek, karmionych rybami pochodzącymi ze zbiornika chłodzącego. Niestety, w tym miejscu moja wiedza o fermie się kończy, a jakoś nie pomyślałem żeby kogokolwiek spytać. A wbrew temu, co napisane jest w Ewangelii św. Łukasza, szukałem w Internetach, a nie znalazłem.

Wbrew pozorom Czarnobyl nie jest tym wielkim miastem duchów, które widzicie na wszystkich filmach dotyczących katastrofy. To miasto to Prypeć o poświęcę mu oczywiście osobny wpis. Czarnobyl to nieduża wioska, w odległości kilkunastu kilometrów od samej elektrowni, która stanowi obecnie bazę wypadową dla osób związanych ze Strefą Wykluczenia. Zgodnie z wszystkimi wytycznymi, w Czarnobylu można przebywać przez dwa tygodnie, a następnie odbyć miesięczną przerwę by odpocząć od ‚radiacji’. To kolejny mit. Jak powiedział mi jeden z przewodników, dla nich systemy są skracane na 14 dni w Czarnobylu, 14 dni poza, ale w gruncie rzeczy można się dogadać i zostać wpuszczonym nawet w trakcie przymusowego odpoczynku, jeżeli ma się klientów.
W Czarnobylu obowiązuje też godzina policyjna. Dla turystów mieszkających w hotelu ‚Czarnobyl’ (nie wiem czy jest możliwe mieszkanie w kwaterach) obowiązuje ona od godziny 18 lub 20 (szczerze mówiąc, nie pamiętam, a nie chcę skłamać, ale skłaniam się ku 18:00, bo dziwiłem się, co można wtedy robić siedząc w hotelu, naturalnie poza piciem alkoholu), zaś dla regularnych mieszkańców Czarnobyla zaczyna się o godzinie 22:00. Po co? Przypuszczalnie by nikt nie przemknął w nocy do Zony.

Jeszcze przed wizytą w Czarnobylu, która kończyła pierwszy dzień pobytu w Strefie, udajemy się w nieznane prawie nikomu ze stałych bywalców miejsce – do cerkwi w miejscowości Krasne. Od Siergieja, anglojęzycznego przewodnika, który zazwyczaj organizuje prywatne wycieczki dla bogatych turystów z Kijowa, a do nas doczepił się troszkę z przymusu, dowiaduję się, że mamy sporo szczęścia zwiedzając Krasne. Nie jest to obiekt, który jest łatwo udostępniany wycieczkom do strefy (umm… no tak, nie wycieczkom, ekspedycjom badawczym :)), tym bardziej że ciągle jest w użyciu. Kierowca naszego autobusu miał poważne problemy ze znalezieniem Krasnego, położonego bardzo blisko granicy z Białorusią, jak i samej cerkwi. Podróż w dwie strony zajęła nam chyba jakieś dwie godziny, a kilkakrotnie zmuszeni byliśmy się zatrzymywać, by usunąć konary z drogi. Tak długa podróż znacznie obniżyła entuzjazm w ekipie i po dotarciu na miejsce, dało się słyszeć liczne głosy rozczarowania.
Nic dziwnego, cerkiew jak cerkiew. Gdyby nie położenie, nie byłoby w niej nic wyjątkowego. Każdy, kto widział sakralne budynki prawosławne wie czego może oczekiwać i dokładnie to dostanie.

Jak wspomniałem, cerkiew jest używana przez osoby związane ze Strefą i 9. maja odbywają się tutaj nabożeństwa i wszyscy Ukraińcy mają wówczas wstęp do Zony. Przeżywając odrobinę zaćmy umysłowej, zapomniałem że to Dzień Zwycięstwa, a przewodnik nie był w stanie mi opowiedzieć co to za święto. Ciekawi mnie, czy rzeczywiście nie wiedział czy po prostu nie chciał wchodzić w temat interpretacji historii, która na pewno by podzieliła Polaka i Ukraińca.

Wracając z cerkwi, zatrzymujemy się przy cmentarzu. Jak zwykle po horyzont nie widać żywego ducha, może poza strażnikiem i jego psem. Nie spodziewając się dokąd idziemy, poczułem się niemal jak Adam Miauczyński w ‚Nic Śmiesznego’. Nagle, wchodząc do lasu, oczom moich ukazał się las… KRZYŻY. Cóż, pisałem już chyba że nekroturystyka ma sens, a jeżeli nie pisałem, to na pewno kiedyś jeszcze wspomnę szerzej, bo cmentarze są świetną spuścizną kultury. Ku mojemu zaskoczeniu, groby nie pochodzą tylko z okresu sprzed katastrofy, ale również z niedawnych lat. Najświeższy, na który się natknąłem był bodajże z roku 2007. Później dowiedziałem się, że osoby urodzone, bądź w inny sposób związane z okolicą, mogą zażyczyć sobie pochówku na tym cmentarzu i nie ma z tym żadnego problemu.
Jak widzicie na jednej z fotek poniżej, na ukraińskim cmentarzu musi znaleźć się miejsce dla stołu. Jest to związane z tradycją, która nakazuje ucztowanie na grobach podczas Prowodów. Prowody to ukraiński odpowiedni naszych zaduszek (często kultywowany także na Białorusi i Litwie), odbywający się w poniedziałek, tydzień po Wielkiej Nocy. Wówczas, podobnie jak w Dzień Zwycięstwa, Zona otwarta jest dla Ukraińców.

Stacja kolejowa Janów była przedostatnim postojem trzydniowego pobytu w strefie, a zarazem przystankiem po całodniowej eksploracji Prypeci. Stąd niespecjalnie chciało mi się nawet wysiadać z autokaru i muszę przyznać, że niewiele bym stracił, gdybym został. Ot, opuszczona stacja kolejowa z kilkoma wagonami i lokomotywą, których było więcej, ale został prawdopodobnie użyte w szlachetnym procesie recyklingu. And that’s it, jak mawiają Amerykanie. Znów – gdyby nie legenda katastrofy czarnobylskiej, nie byłoby absolutnie żadnego powodu, by wyróżnić to miejsce.

Wieś Kopaczi i pobliskie przedszkole było pierwszymi miejscami, po wizycie przy sarkofagu, w planie naszej wycieczki, stąd nie dziwcie się zdjęciom zniszczonych miejsc, które w kontekście Prypeci nie robią absolutnie żadnego wrażenia. Kopaczi, po radioaktywnym opadzie zostało w całości wysiedlone i zakopane pod ziemią, a z domów pozostały tylko kopce oznaczone radioaktywnymi znakami. Oczywiście w chwili obecnej całe miejsce jest całkowicie bezpieczne.

Na samym końcu całego pobytu w Strefie Wykluczenia, zaliczyliśmy obowiązkowe do fotek postoje przy pomniku Prypeć 1970 oraz przy znanym moście, z którego można karmić sumy. A także legendarnym Moście Śmierci, którego legendarność jest równie legendarna, co samej katastrofy w Czarnobylu. I tak się skończyły moje obie wyprawy do Zony. Obie, bo – zgodnie ze starym dowcipem – była to dwie wyprawy – pierwsza i ostatnia (pum pum pczy!). Wspomnę o tym jeszcze pewnie przy okazji filmiku, ale zanim będzie czas na nakręcenie go, tutaj kilka słów podsumowania.

Czy warto jechać do mitycznego Czarnobyla? Tak, ale tylko jeśli nie ma się kosmicznych oczekiwań. Ja miałem i się nieco rozczarowałem. Bo w gruncie rzeczy przez większość czasu widzimy zniszczone budynki. Strefa się, podobno, zmienia. Jest rozkradana, elementy metalowe są wywożone na złom, większość turystów zabiera jakieś pamiątki, prawie nic nie jest już takie, jak było kilka lat temu. Słyszałem wiele głosów, że to już nie to samo, że jest coraz mniejszy sens przyjeżdżania, że może lepiej udać się na część białoruską… No może lepiej, ale już beze mnie :). Byłem, zobaczyłem, zrobiłem fotki, zrobiłem check-in na fejsie i mi wystarczy. Jak dobrze poszukacie, znajdziecie podobne miejsca w Polsce. Moim zdaniem, legenda tego miejsca je przerasta i jeżeli miałbym wrócić do Strefy i pobliskiego Sławutycza, to raczej dla Nastii, którą poznałem podczas piątkowej imprezy niż dla Prypeci. Także tego…

Zostaw Komentarz