Ukraina – Kijów ogromny

zamieszczone w: Europa, Ukraina | 0

Wracając ze Strefy Wykluczenia w Czarnobylu, zatrzymaliśmy się na nieco ponad dobę w stolicy Ukrainy i już na wjeździe wyszła moja nieznajomość geografii. Bo nie wierzyłem, że w naddnieprzańskim mieście żyje ponad trzy miliony ludzi. Karmiony głównie przekazem medialnym dotyczącym zacofanej Ukrainy oraz wziąwszy pod uwagę poprzednie doświadczenia spod Czarnobyla, spodziewałem się najgorszego. Między prawdą a bogiem, podobne obawy miałem przed lądowaniem w Bangkoku. Bo to niby trzeci świat. Gdyby komuś nie chciało się spędzać tutaj kupy czasu, szybkie i krótkie podsumowanie we wstępie – Kijów to taka nieco większa Warszawa i w wielu miejscach historia tych dwóch metropolii jest bardzo podobna.

Ogarnąć tak wielkie miasto w dobę przy okazji odliczając czas na sen oraz na wieczorną alkoholizację? Niemożliwe. Trzeba było narzucić naprawdę szybkie tempo i pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Majdanu Niepodległości. Na początku większą grupą, która jednak ociągała się tak bardzo, że szybko ją opuściłem. Okazało się, że w weekendy prowadząca do Majdanu ulica Chreszczatyk jest wyłączana z ruchu drogowego, gdyż zbierają się tam ludzie, co podobno bardzo nasiliło się po wydarzeniach Euromajdanu.

Sam nie byłem specjalnie zainteresowany wydarzeniami niedawnej rewolucji ludowej na Ukrainie, gdyż wydawało mi się dość wierną kopią Pomarańczowej Rewolucji, o nieco innym przebiegu, ale pewnie analogicznym efekcie. Bo Ukraińcy nadal nie rozumieją, że nie wystarczy zmienić świni przy korycie. Kraj jest przeżarty korupcją, co pokazałem we wcześniejszych wpisach w kilku przykładach i nie pomoże tutaj ani zmiana opozycji na partię rządzącą, ani wejście do Unii (tym bardziej, że Ukraina na razie nie ma żadnych ekonomicznych narzędzi w tym celu). Natomiast jest nieco specyficznym uczuciem znaleźć się w miejscu, które jeszcze niedawno widziało się w telewizorku jako, niemalże, strefę wojny.

O pięknych Ukrainkach pisałem wcześniej, ale raz jeszcze zaznaczę, że na Majdanie można dostać prawdziwego oczopląsu od słowiańskich piękności we wzbudzających brudne skojarzenia przyodzieniach. Majdan żyje i w czasie weekendu jest prawdziwym sercem Kijowa. Główną rolę pełnią rozmaici artyści – muzycy, klauni, żonglerzy i inni cyrkowcy, widziałem nawet całą orkiestrę oraz przygotowane naprędce wioski kozackie. Oczywiście nie brakuje drobnych handlarzy, oferujących pamiątki, głównie szkalujące Putina – papier toaletowy czy rozmaite nalepki propagandowe.

Nie zabrakło także elementów antypolskich, bo zabraknąć nie mogło. Stąd przy dresiarzach z okrzykami ‚Sława Ukrainie!’ na ustach oraz płomiennych przemówieniach o polskich ciemiężycielach, trzeba było przemykać raczej szybko i cichutko. Bo mogło się to skończyć niefajną rozmową. W najlepszym wypadku. To nie był jedyny incydent na tle narodowościowym – na jednej ze stacji benzynowych już na trasie powrotnej do Polski do sklepu weszło czterech panów ostrzyżonych na Kojaka i słysząc język polski zaczęło głośno krzyczeć „Sława Ukrainie! Herojam Sława!„, które budziło oczywiste skojarzenia i pewnie miało zamiar sprowokować. Rozmawiali też bardzo wulgarnie i głośno na temat dziewczyn, które z nami były, ale pozostawiliśmy ich bez satysfakcji mordobicia.

Ale było też i zdarzenia pozytywne – w jednej z toalet publicznych, kiedy nie mieliśmy jak zapłacić za usługę przysłowiowej babci klozetowej i szukaliśmy między sobą monet o niskich nominałach, starsza pani zapytała czy jesteśmy Polakami. Po wcześniejszych wydarzeniach z pewnym strachem przytaknęliśmy, na co pani powiedziała żebyśmy szli za darmo i zaczęła mówić jak to Polacy i Ukraińcy to bracia. Niestety, negatywne odczucia w stronę Polaków dominowały.

Mając zakupione napoje wyskokowe, trzeba było zaplanować wieczór. A że miałem ze sobą praktycznie samych ubran eksploratorów, nie trzeba było ich długo namawiać, by wspólnie poszukać dogodnego punktu do zdjęć w naszym, kilkunastopiętrowym hotelu. Zaczęliśmy lekko, od bocznych schodów, ale przejście było dość wąskie, a wejście na dach było zamknięte. No to ruszamy wyjściem ewakuacyjnym. Bingo! Drzwi na dach otwarte. Na początek było nas dwóch, ale każdy kto był na wycieczce i znalazł wyjątkowe miejsce do spożywania alkoholu, może się domyśleć, jakie było zakończenie sytuacji. Doszedł trzeci, czwarty, piąty… W okolicach północy, kiedy wygoniła nas, nieprzyzwoicie zimna jak na początek października, ukraińska noc, schodziło już prawie dwadzieścia osób.

Nie da się jednak ukryć, że nocą Kijów zachwyca. Nawet jeżeli hotel, na którego dachu byliśmy, nie znajdował się w centrum, chociaż znajdują się i martwe, czarne punkty na panoramie stolicy Ukrainy. Takim przykładem niech będzie Stadion Olimpijski, przebudowany na potrzeby EURO2012, który podzielił los innych wynalazków stworzonych jako swoiste tytułowe misie z filmu nieodżałowanego Barei. Stadion, mimo posiadania oświetlenia i podświetlenia za setki milionów hrywien/złotych stoi sobie ciemny. Cóż, rozumiem że jest to tylko forma prężenia muskułów, ale jeżeli rzeczywiście tak jest, to po co w ogóle zawyżano koszty i tworzono podświetlenie. Pewnie na dodatek na kredyt.

Z samego rana wejście na dach było już niestety zamknięte, ale boczne wyjście na otwartą klatkę schodową nadal pozostawało otwarte, więc można było skorzystać tylko z części przestrzeni dostępnej z fotografii. Wtedy widać prawdziwą różnorodność i pewną dziwaczność wieżowców. Zobaczcie zdjęcia. Półokrągłe, nawiązujące chyba do cerkiewnych kopuł, są tak bardzo inne od zwyczajowych bloków z wielkiej płyty, które widzę tak często we Wrocławiu lub gdy bywam na Śląsku. I są to prawdziwe wysokościowce – kondygnacje idą w piętnaście-dwadzieścia pięter.

Tego dnia miałem tak naprawdę trzy cele – pomnik Matki-Ojczyzny, Ławrę Peczerską oraz stację metra Arsenalna. Wszystko co udało się zobaczyć w bonusie, bardzo mnie ucieszyło. Pierwsze kroki w systemie komunikacji miejskiej Kijowa nie były proste. Metro było teoretycznie zaraz przy wyjściu z hotelu i jadąc na Arsenalną, miałem być już przy najbardziej interesującej mnie części Kijowa. Nie mam pojęcia na jaką stację metra dotarłem, ale po wyjściu okazało się, że na pewno nie była to Arsenalna. Cóż, pozostało kontynuować podróż autobusem, który miał się pojawić lada moment. Kiedy w końcu przyjechał, zatęskniłem za autobusami i statkobusami Bangkoku. Mały bezprzegubowy ogóreczek wypchany po brzegi ludźmi o zapachu domu starców. Tragedia. A zapchany był do tego stopnia, że kiedy trzeba było wysiadać, dwóch z nas nie dopchało się do wyjścia :) Spotkaliśmy się przy najbliższej stacji, sąsiadującej ze… stacją metra Arsenalna. Jeden plus – byliśmy na miejscu.

A czemu się tak uparłem właśnie na tę stację metra? To najgłębiej, w stosunku do poziomu terenu, położona stacja metra na świecie. Grzechem byłoby zatem odpuścić taki rekord. I jest to bardzo specyficzne uczucie, bo podróż wgłąb ziemi ruchomymi schodami zdaje się trwać wieczność. Po kilkudziesięciu sekundach jednostajny i monotonny ruch, do którego człowiek nie jest przyzwyczajony, powoduje mały brainfuck. Pewnie kwestia indywidualna, ale ja się czułem niczym Adam Małysz, mający zaraz wybić się z progu. A dojeżdżając na sam dół umysł przez chwilę nie potrafi przywyknąć do płaskiego terenu. Swoją drogą, metro w Kijowie jest jak za darmo – kosztuje 2 hrywny, czyli jakieś 50 groszy – w zamian dostajemy plastikowe żetony jak do gry w pchełki i sobie podróżujemy, ale jego komfort również nie należy do najwyższych – taki standard komunikacji publicznej wschodu.

Matka Ojczyzna to olbrzymi posąg, dzięki któremu z oddali widać Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. A jeżeli ktoś był już w Wołgogradzie, z pewnością skojarzy podobny pomnik, zatytułowany Matka Ojczyzna Wzywa, dłuta, a może raczej projektu, tego samego socrealistycznego rzeźbiarza – Jewgienija Wuczeticza. Cały pomnik ma wysokość 102 metrów i waży 560 ton. Dzierżony przez Ojczyznę w prawej dłoni miecz musiał zostać skrócony, aby nie znajdował się ponad krzyżami leżącej nieopodal Ławry Peczerskiej, stąd wyglądem przypomina nieco bardziej gladius niż prawdziwy miecz. Pomnik wzbudza oczywiście kontrowersje, ze względu na oczywiste nawiązania do komunizmu, ale są na pewno znacznie mniejsze niż w przypadku memoriałów Armii Czerwonej na terenie Polski. Z drugiej strony… Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek poza nami robił sobie zdjęcia na tle Matki-Ojczyzny.

Samo muzeum jest jednym z największych na terenie Ukrainy, ma ponad 10 hektarów i prawie trzysta tysięcy eksponatów, tablicę pamiątkową poświęconą żołnierzom, Bohaterom Związku Radzieckiego oraz robotnikom, Bohaterom Pracy Socjalistycznej. Jest też olbrzymi znicz, spalający 400 m3 gazu na godzinę. Mają rozmach skurwysyny ;)

Całkiem niedaleko, może jakiś kilometr drogi, mieści się Ławra Peczerska, a po drodze napotkasz prawdziwe tłumy i handlarzy absolutnie wszystkim. Mogę się mylić, ale wydawało mi się, że znacznie więcej niż na Majdanie i w okolicach. I byli tutaj wszyscy – trochę turystów (tak, bardzo łatwo rozpoznać turystę na Ukrainie, przypuszczam że ja również się wyróżniałem), bardzo dużo żołnierzy (z kilkoma rozmawialiśmy, prawie wszyscy to młode chłopaki, którzy przyjechali do Kijowa na zaprzysiężenie), drużyny sportowe w klubowych dresach (takie wycieczki to jakaś w ogóle choroba w Kijowie; są wszędzie) i zwykli ludzie, których jest z pewnością najwięcej. Ławra Peczerska jest bowiem centrum prawosławia na Ukrainie.

Zespół monastyrów jest przeogromny – już same pieczary (tak, tak, nazwa Peczerska pochodzi od pieczar, czyli jaskiń) to kompleks, który wydaje się ciągnąć i zapętlać jak labirynt minotaura. Zdecydowanie nie polecam osobom ze skłonnościami do klaustrofobii, bo kilka czy kilkanaście minut spędzonych z malutką świeczką w plątaninie korytarzy o szerokości dwóch ludzi i wysokości dwóch metrów z hakiem przyprawia o mdłości. Jaskinie pełnią rolę wielkiej krypty i pochowane są tam dziesiątki osób ważnych dla prawosławia i/lub Kijowa. Może raczej wystawione niż pochowane, gdyż tutaj byłem świadkiem przedziwnej tradycji, urągającej nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale i higienie. Otóż miejscowi chodzą z tymi świeczkami, modlą się przy trumnach swoich świętych, które następnie całują. Obrzydliwe :D

Cała ławra dzieli się na dwie części – dolną, w zarządzie duchowieństwa, oraz górną, teoretycznie świecką i państwową. Całościowo jest to jeden z większych kompleksów religijnych, które widziałem do tej pory. Kilkanaście cerkwi różnej wielkości, w rozmaitych formach i konfiguracjach. Jako budynki wolnostojące, wbudowane między inne, a nawet znajdujące się wewnątrz jaskiń. Na liście UNESCO w czterech kryteriach, co bardzo rzadko się zdarza, coraz częściej dodawane są pierdoły spełniające jedno czy dwa kryteria. Potencjalna bomba turystyczna. I… Turystyka leży. Jedna mapa przy wejściu, oczywiście pisana bukwami. Ja na przykład bym był w stanie zapłacić grube (jak na ukraińskie standardy) pieniądze za anglojęzycznego przewodnika po Kijowie.

Chociaż w Ławrze można z pewnością spędzić cały dzień, nie mieliśmy takiego luksusu, bo w końcu czekała stacja Arsenalna i Dniepr. I puste żołądki. Padł zatem pomysł, by udać się metrem na drugą stronę rzeki. Dniepr jest olbrzymi i w dawniejszych czasach stanowił o sile i lokacji Kijowa. Wisła czy Odra przy ukraińskiej błękitnej wstędze to jakieś drobniutkie niteczki. Jeżeli napiszę o kilometrze szerokości, pewnie przesadzę, ale nie pomylę się o sporo. Okazuje się, że na lewym brzegu Dniepru kończy się turystyka i piękny Kijów. Wygląda jak kolosalne osiedle mieszkalne. Niestety, głód zaspokojony nie został.

To ogólnie większy problem Kijowa. Jak na gigantyczną metropolię, jest zaskakująco małe natężenie drobnych punktów gastronomicznych. Restauracje owszem, zdarzają się, głównie w pobliżu Majdanu, ale porównując z zachodem także jest to ilość niemal symboliczna. Powód upatruję w kulturze i zamożności. Zamożności, bo o ile napływający z Europy Zachodniej, a nawet Polski, turysta może sobie pozwolić na jedzenie w knajpie i suty napiwek, to przeciętny Ukrainiec zarabiający osiem razy mniej już nie bardzo. Nie wytworzyła się zatem również kultura jedzenia na mieście, chociaż tutaj uważam że są to zaległości sięgające znacznie dalej i głębiej. Najłatwiej to porównać mając do dyspozycji dwa bardzo zbliżone kulturowo i mające analogiczną historię przez ostatnie 70 lat narody czeski i polski. Bardzo popularne są za to samochody combi lub furgonetki przerobione na mobline kawiarnie.

Na sam koniec jeszcze powrót w pobliże Majdanu, bo może uda się obczaić jeszcze jedną rzecz z listy UNESCO, a przy okazji w ogóle pochodzić po Kijowie. No i zrobić zakupy. Nie było już czasu by wchodzić do katedry św. Sofii, tym bardziej że cena nie była już symboliczna, a czas naglił. Zatem szybki kurs na monastyr świętego Michała, który prezentował się znacznie bardziej efektownie, ale też trzeba było obejść się smakiem. Drobne zakupy na podróż powrotną autokarem do Polski? Nie takie znowu drobne, chociaż spodziewałem się nieco lepszych cen i bardziej urozmaiconych towarów. Cóż, wybór ekskluzywnego domu handlowego Gulliver nie był chyba najlepszym pomysłem, a jeszcze przyczepił się do mnie ochroniarz, gdy robiłem zdjęcie ślicznego wystroju wnętrza.

Nie mogę Kijowa nie polecić. Jest kompletnie inny niż stolice innych republik ZSRR, w których byłem do tej pory. Gdybym miał do jakiegoś miasta przyrównać, to chyba tylko Sofia, ze względu na wpływy prawosławne, choć Kijów jest wyraźnie mniej skażony socrealizmem. Ławra Peczerska jest wspaniała, a Matka-Ojczyzna to doskonały przykład komunistycznej odpowiedzi na Statuę Wolności. Finansowo, czas na odwiedziny Ukrainy jest wprost wymarzony, strach tylko przed bardzo silnymi antypolskimi nastrojami. Chociaż w gruncie rzeczy przysłowiowy wpierdol można dostać równie dobrze w Polsce. Czego Wam nie życzę ;)