Udawalawe National Park Safari

Udawalawe National Park Safari

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 0

Żeby nie wspominać przy tak przyjemnym temacie i zdjęciach o rzeczach niegodnych człowieka rozumnego, nie będę pisał jak oszukał nas organizator wycieczki do Parku Narodowego Udawalawe. Natomiast znajdziecie tutaj i w przyszłości kilka szczegółów, które czytelnikom bloga pozwolą uniknąć podobnych przygód. Ale spokojnie, po kolei, zachowajmy jakiś porządek w tekście i nie będę zaczynał gdzieś od środka, tylko zgodnie z prawidłami konstrukcji felietonów, bo chyba wpis na blogu podpada pod kategorię felieton, zaczniemy od wstępu, w którym ogólnie zarysuję o co chodzi.

Wcześniej pisałem już o żółwiach Sri Lanki, zatem teraz przejdźmy do cięższych, tak gatunkowo jak i fizycznie zwierząt, czyli do słoni, które są największym bogactwem Sri Lanki. W gruncie rzeczy, cała szeroko pojmowana przyroda jest olbrzymim skarbem wyspy na Oceanie Indyjskim. Żółwie to tylko jedna z atrakcji i gdyby nie ogólne nawiązania do charakterystyki wyspy, pewnie nie poświęciłbym im osobnego wpisu. Wkrótce pojawi się na pewno wpis o fenomenalnym ogrodzie botanicznym w pobliżu Kandy, a także o rozmaitych, kompletnie egzotycznych owocach i warzywach, i, co oczywiste, prawdziwym złocie Sri Lanki, czyli herbacie. Bo będąc tutaj, z fauną i florą styczność masz cały czas, czy tego chcesz, czy nie. Nie tylko podczas safari, a w sumie, to głównie poza nim.

Niestety, poza safari nie jest już tak różowo, jak w zamkniętych obiektach chronionych przez władze. Prawdziwym problemem i plagą mniejszych miast Sri Lanki są bezdomne psy, nocami plądrujące kubły na śmieci (hah, kubły, poniosło mnie nieco, umowne miejsca masowego składowania odpadów :)). Psy są naprawdę wszędzie, na plażach, na ulicach, w pobliżu lasu, w centrum i za miastem, próbują przejść przez zatłoczone drogi pełne szalonych kierowców. Ale nie to jest najgorsze. Przez cały swój pobyt na Sri Lance, nie spotkałem w pełni zdrowego psa. Nawet te bardziej domowe, które, jak się wydawało, miały właścicieli, nie mogły mieć startu do europejskich wersji najlepszego przyjaciela człowieka. Brak sierści spowodowany świerzbem lub innymi chorobami skóry, czasem mniejsze plamy, czasem do stopnia gdy pies jest zupełnie łysy, większość ze zwierząt kulała bądź powłóczyła nogą/ami, choroby wokół oczu i pyska… To wszystko jest obrzydliwe i przykre. Co gorsza, psy te, jak to psy, lgną do człowieka. Prawda jest taka, że ich stan nie powinien dziwić, biorąc pod uwagę, jaki stosunek do ogólnie pojętej higieny mają Lankijczycy. Brudni ludzie chowają brudne zwierzęta. I zanim ktoś mi napisze o rasizmie i innych politycznie poprawnych dyrdymałach, raz jeszcze przypomnę – na tym blogu Filip Dutka jest jak Mariusz Max Kolonko. Mówię jak jest. I na te biedne zwierzęta, podobnie jak na dziesiątki żebraków, trzeba po prostu, choć to mało chrześcijańskie, zamknąć oczy.

W zasadzie nie ma znaczenia, którą część Sri Lanki odwiedzasz, bo zawsze gdzieś w pobliżu będzie jakiś park narodowy i zawsze znajdzie się ktoś, kto zorganizuje ci dojazd do jednego, jednak najbardziej atrakcyjne rezerwaty znajdują się na południu i południowym-wschodzie wyspy. Mowa oczywiście o Yale i Udawalawe. Pierwszy jest znacznie większy i wycieczki organizowane do niego często wiążą się z noclegiem na terenie parku. Oczywiście nie bezpłatnie. A ile kosztuje taka przyjemność? To już zależy od zdolności negocjacyjnych, bo na stronach parków nie ma oficjalnych cenników. Sam też nie możesz sobie po prostu wejść na teren rezerwatu, musisz mieć jeepa i to zazwyczaj kierowca jeepa organizuje bilety i całość wyprawy. Jeep, przy czym oczywiście jest to dowolny pojazd terenowy 4×4, nazwy jeep używam tutaj zwyczajowo, tak jak kiedyś na wszystkie lepsze buty mówiło się adidasy, jest 6-osobowy (być może są większe, ja się nie spotkałem) i cena wynajmu to jakieś 5000 LKR (przypominam, 1000 LKR to 25zł). Pewnie przy dwóch dniach w Yale można sporo utargować.

Całościowo zorganizowana wycieczka, ze śniadaniem, z profesjonalnym transportem, dla trzech osób miała kosztować 21000 LKR, pewnie z 10% udałoby się zbić. Ale ja byłem mądrzejszy, wszystko organizowałem sam i zapłaciłem tyle samo :) Za bilety wstępu do Udawalawe dałem 4000 LKR za osobę, chociaż jak się później okazało można było znacznie taniej. Yale przypuszczalnie kosztuje nieco więcej, ale to tylko moja pokrętna logika, że większy park musi kosztować więcej. Bo w gruncie rzeczy, każdy odradzał Yale, argumentując brakiem słoni i ogólnym „uturystycznieniem” tego rezerwatu. Prawdziwym powodem była pewnie lokalizacja – Yale leży kilkadziesiąt kilometrów dalej od Tangalle, w którym stacjonowałem, niż Udawalawe. A przecież trzeba dojechać, tuk tuk oswoje kosztuje, przy czym trzeba przyznać że 2000 LKR za dwukrotne pokonanie 60km nie jest ceną bardzo wygórowaną.

Główną atrakcją prawie każdego z parków Sri Lanki są słonie. Wydaje się, że jest jakiś nieformalny wyścig jeżeli chodzi o liczebność stad słoni i tylko słyszałem: „jedź do Udewalewa, tam jest 250 słoni”, „wczoraj był mój kuzyn i widział 70 słoni” albo „tak, będzie leopard, będą krokodyle i małpy”. W zasadzie gdybym zapytał czy będzie żubr w puszczy, pewnie też by mi go obiecano. Ok, ja wiem że wyglądam jak stereotypowy biały turysta i każdy gdy mnie widział mówił „Russia?” i było mi z tego powodu nieco smuteczkowo, ale, na miłość Buddy, Sri Lanka to nie jest jedyne miejsce na świecie, w którym żyją słonie. A mam wrażenie, że Lankijczycy traktują turystów jak ludzi, którzy właśnie mają zobaczyć pierwszego słonia w życia. Sorry ziomki. Ja byłem w Tajlandii. Słonia głaskałem, słonia karmiłem, na słoniu jeździłem, widziałem jak słonie tańczą i prawie wdepnąłem po kolana w słonie gówno. Dla mnie słoń jest dość przeciętną atrakcją, ale wiem że moje współtowarzyszki niedoli były napalone na słonia jak uchodźca na zasiłek.

Żeby wyklarować moje oczekiwania – jasne, fajnie zobaczyć słonia żyjącego na wolności, jednak bardziej spodziewałem się poczuć i doświadczyć czegoś tak ogólnie pojętego jak piękno i potęga natury. Naogląda się durny człowiek najlepszych filmików z youtube, na National Geographic czy w filmach, gdzie piękni ludzie, w pięknych strojach, przy pięknej pogodzie, jeżdżą pośród zebr, gazel, słoni, startujących stad ptaków czy wypoczywających hipopotamów i nosorożców. Zapomniałem jednak, że telewizja kłamie i z prędkością światła różowa przyszłość zderzyła się z szarą teraźniejszości, powoli dryfując na mieliznę czarnej rzeczywistości. Tym niemniej, gdy już się zdecydujesz/cie na wyjazd, idźcie wcześnie spać, bo wyjechać trzeba będzie na długo przed wschodem słońca. Okazuje się bowiem, co dla wielu może się wydać oczywiste, że najlepsze momenty do obserwowania zwierząt na safari to późne popołudnie i wczesny ranek. Przygotujcie się zatem, bo następnego dnia czeka na was…

… spore rozczarowanie.

Może wytworzyłem sobie w głowie za duży hype odnośnie tego miejsca, może po prostu miałem pecha i zwierzaczki były akurat bardzo leniwe, a może miałem kiepskiego przewodnika, ale jest to jeden z przypadków, gdy zdjęcia są znaaaaaaacznie lepsze niż rzeczywistość, używając litery „a” jako formy stopniowania. Bo na fotkach wszystko wygląda pięknie – natura, ani żywego ducha w pobliżu, zwierzęta – tutaj krokodyl, tam iguana, małpa, stado bawołów, jakieś jeziorko, małpy. Niby pięknie.

No to teraz witam was w rzeczywistości, jak Sokół. Zdjęcia wykonane były z teleobiektywem 70-200mm. Ok, nie jest to armata pokroju 300mm czy 400mm, ale i tak pracujesz na niskich czasach, często w ruchu, więc należy się cieszyć tym, co się ma. No i nie każdego i tak stać na porządny teleobiektyw, więc jak ktoś jedzie na safari robić zdjęcia swoim kompaktem i chce złapać krokodyla leżącego gdzieś tam sobie daleko, albo pływającego po jeziorze, to wypada mi życzyć powodzenia, równie dobrze można położyć kij nad stawem w Polsce. Bo z daleko gołym okiem krokodyl nie różni się niczym od kawałka drewna, a okiem uzbrojonym w lornetkę czy teleobiektyw, jest niewiele lepiej. Nie miejcie mnie za idiotę, nie spodziewałem się, że będę przejeżdżał koło jeziorka i wychodził pogłaskać dzikie stworzenie, ale… No nie wiem… Tak żeby był 50 metrów ode mnie, może sto. Żebym mógł na własne oczy powiedzieć bez wahania, że to był krokodyl. Ech…

Leopardów nie było. I znowu – ja wiem, że to nie ogród zoologiczny. Pewnych zwierząt po prostu nie da się tego dnia ujrzeć, bo w końcu Udawalawe National Park ma ponad trzysta kilometrów kwadratowych powierzchni. Ale pojawiające się opowieści o kierowcach rozmawiających przez CB-radio o lokalizacji stad słoni należy włożyć między bajki. Nie widziałem ANI JEDNEGO jeepa używającego tego sposobu komunikacji. Mój bilans wyjazdu na safari był następujący:
– dwa stada i kilka pojedynczych bawołów – atrakcyjność wizualna krów pasących się w Polsce na wsi;- około dziesięciu słoni, z tego trzysłoniowa grupa widziana z bliska, kilka pojedynczych z bliska i większa grupa z daleka – jak na 250 słoni, najłatwiejszych do zauważenia mieszkańców rezerwatu, jest to słaby rezultat;
– trzy lub cztery małpy gdzieś daleko na czubku drzewa – dzień wcześniej po dachach miasta śmigało większe stado;
– iguana widziana z odległości metra – to akurat norma na Sri Lance, żaden gatunek chroniony;
– trzy krokodyle, z tego jeden dający się rozpoznać gołym okiem;
– kilka sarenek gdzieś w krzakach dziesiątki metrów od drogi;
– sporo ptaków, do ptasiarstwa trzeba mieć jednak smykałkę;
– ogrom nietoperzy, jak się potem okazało, nie jest to jakaś rzadkość na Sri Lance.

Z mojego sarkazmu bez problemu da się rozpoznać zawód, którego doznałem. Wytłukłem się w tym jeepie przez trzy godziny jak na odcinku A4 ze Zgorzelca do Wrocławia. Zgubiłem dekielek od obiektywu :( Nie miałem ani jednego ‚momentu wow‚, ani razu nie powiedziałem sobie ‚ok, wycieczka słaba, ale chociaż zobaczyłem xXx’. Może miałem słabego mało najlepszego kierowcę, bo przecież każdy spotykany na Sri Lance człowiek jest najlepszy we wszystkim, więc ten musiał być mniej najlepszy od innych. A wydaliśmy na całość prawie 7000 LKR na osobę. Jak na lankijskie warunki jest to BARDZO DUŻO, więc stosunek cena/jakość był zdecydowanie niezadowalający. I z tą konkluzją was zostawię, bo nie chcę się bardziej nakręcać i denerwować.

PS. Jakoś nigdzie nie udało się wcisnąć istotnych faktów o przyrodzie Sri Lanki. Ze względu na wyspiarską i izolacyjną naturę tego kraju, można napotkać tu wiele endemicznych gatunków: niedźwiedź leniwy (sloth bear), dwa gatunki jeleni, kilkanaście gatunków ptaków czy gadów, makaki rozczochrane, które śmigają po miastach. Nawet słonie są nieco różne od indyjskich. I tego wszystkiego nie zobaczysz na safari ;)

Zostaw Komentarz