Tbilisi – ametyst Kaukazu

zamieszczone w: Azja, Gruzja 0

Ametyst, bo jak gdzieś na necie czytam o perle Kaukazu, to coś się we mnie buntuje. Oczywiście zależy to od definicji perły, którą przyjmiemy. Jeżeli jest to najpiękniejsza rzecz z wszystkich dostępnych, to może rzeczywiście można Tbilisi nazwać ‚perłą Kaukazu’, chociaż nie widziałem jeszcze innych podejrzanych do tego tytułu – Baku ani Erywania. Nie zgadzam się jednak z taką definicją słowa perła. Jeżeli ma to być absolutna, perfekcyjna, alabastrowa kulistość, niemal unikalna w skali świata, niemożliwa do osiągnięcia przez człowieka w sztucznych warunkach, to nie może być to orzeł na tle kaczek. Zdaję sobie sprawę, że taka ocena stolicy Gruzji może być krzywdząca i na pewno nie zachęca do dalszego czytania wpisu, ale nie zrażaj się, drogi czytelniku. Słowami niezapomnianego Deckarda Caina „stay awhile and listen”…

Czy betonowa pustynia jest bardziej adekwatnym opisem stolicy Gruzji? Tak i nie. Nie da się ukryć, że temperatury panujące w Gruzji w sierpniu miały wpływ na ocenę wszystkich moich wrażeń z tego miejsca. Do tego dochodzi drugi problem – Tbilisi jako punkt wycieczki było zostawione na sam koniec. Perspektywa powrotu do własnego domu, własnego łóżka, własnej łazienki jest kusząca nawet po tygodniu spędzonym w takich, często spartańskich – zdecydowanie nadużywając tego słowa – warunkach. Dla jednego bowiem termin „spartańskie warunki” będzie kwalifikowane jako brak basenu czy klimatyzacji w hotelu, dla innego brak jednorazowego szamponu, brak ciepłej wody pod prysznicem, ogólny brak łazienki czy toaleta w formie wychodka. Dla mnie sanitarka jest najważniejsza – reszta to pikuś.

Tutaj nie mogliśmy narzekać. Wynajęliśmy pokój u 5-osobowej rodzin, czego nigdy byśmy nie zrobili, gdyby nie rzekomy błąd na booking.com, a decyzja okazała się brzemienna w skutkach. Generalnie przy rezerwowaniu było to mieszkanie z widokiem na góry, basenem na parterze, klimatyzacją, wifi i wszystkimi innymi wynalazkami XXI w.  A wszystko za 50 zł za dobę. I to nie za osobę! Żyć nie umierać. Szybko jednak się okazało, że to tylko pomyłka booking.com… Hmmm… Tutaj kamyczek do ogródka Gruzinów, a może nawet spory głaz. Prawie zawsze na miejscu się okazywało, że gdzieś tam był jakiś błąd i trzeba dopłacić. Nie jest ok, kiedy w Kutaisi okazało się że nocleg nie kosztuje 15 Lari za pokój, tylko za osobę. Nawet jeżeli są to nadal ekstremalnie niskie ceny, to jest jeszcze kwestia pewnej umowy społecznej – nie wierzę w przypadkowość takich błędów. W Tbilisi też Pani domu mówi, że cena to 50 zł, ale za osobę. W końcu doszliśmy do jakiegoś konsensusu i było naprawdę bardzo w porządku. Do tego stopnia, że pewnego wieczoru spędziliśmy jakieś dwie godziny pijąc piwo i rozmawiając o wszystkim. Po rosyjsku. A im więcej piwa, tym więcej rozumiałem ;)

Dzięki temu też poznaliśmy też lokalsa, który oprowadził nas po Tbilisi. Sytuacja o tyle śmieszna, że wieczorem przed pierwszym noclegiem pijemy sobie piwko w kuchni (tak, można zauważyć pewien schemat spędzania wieczorów) i mieliśmy kilka pytań natury technicznej o mieście. Osobami anglojęzycznymi w rodzinie była tylko młodzież, w tym chłopak wzrostu około 160cm i wagi nie więcej niż 50 kg. No chucherko. Rozmawiamy z nim i co jakiś czas dolewamy sobie z 3- czy 5-litrowej butelki piwa, którą mieliśmy ze sobą. I tak między sobą po polsku po cichu dywagujemy czy poczęstować chłopaka piwem. W końcu pytamy: „słuchaj Gio (Gio to skrót od Giorgi czyli Jerzy), chcesz może trochę trochę piwa”, na co chłopak odpowiada, że jasne chętnie. No to lejemy – niedużo, bo szklanki też dostaliśmy małe. Pijemy, całkiem sympatycznie i nagle wchodzi mama. A mama to kompletne przeciwieństwo Gio i można ją określić po prostu jako ‚kawał baby’. I zaczynają się krzyki i awantura. My spuszczamy wzrok i tylko po cichu do siebie ‚no tak, przyjechało trzech typów z Polski koło 30. i rozpijają dzieciaki’. Mama idzie do szafki (myśl: po wałek – będzie wpierdol jak w kreskówkach), wyciąga papierowe serwetki i nam podaje. Cała rozróba była o brak gościnności młodego, a specyfika języka gruzińskiego jest taka, że brzmi jakby zaraz miała wybuchnąć wojna. Trochę jak niemiecki. Jak się okazało, Gio ma 15 lat, jest tancerzem w zespole ludowym, a z piciem piwa w domu nikt mu nie robi problemów. Na drugi dzień wyciągnęliśmy go na miasto celem negocjowania cen pamiątek (o których będzie filmik, obiecuję!). Słabo się sprawdził w tej roli, o mieście też nic nie powiedział, za to dzięki niemu skorzystaliśmy z wątpliwej jakości i zapachu komunikacji miejskiej, która za nas trzech wyszła mniej więcej tyle, co taksówka.

Najczęściej zdarzało się nam wizytować na alei Shoty Rustaveliego. Z bardzo prostej przyczyny – wyżej wspominane mieszkanie znajdowało się znacznie powyżej poziomu najbardziej interesujących atrakcji miasta Tbilisi, więc zejście do centrum, zgodnie z prawami grawitacji, było nad wyraz przyjemne. W drugą stronę, przy upale rzędu 35 stopni, było już znacznie gorzej, stąd już pierwszego dnia, strudzeni gruzińskim winem, wysoką temperaturą oraz jeszcze większymi chaczapuri, zatrzymaliśmy pierwszego lepszego taksówkarza, który za kurs zażyczył sobie 5 Lari. Czyli jakieś 7 złotych. Na trzech chłopów przejeżdżających jakieś 4-5 kilometrów pod górę. Więcej sami nie wchodziliśmy. Nigdzie. Jeżeli tylko jakieś miejsce z listy do zobaczenia było na wzniesieniu, braliśmy taksówkę. Leniwi turyści z Polski? Przy takich warunkach atmosferycznych – oczywiście. Główna rada z Tbilisi – tak tanich taksówek nie widziałem nigdzie, chyba nawet w Tajlandii. Sama aleja Rustaveliego to… odruchowo chciałem napisać, że odpowiednik Świdnickiej we Wrocławiu, ale potem zdałem sobie sprawę, że nie każdy zrozumie to porównanie. Może zatem Piotrkowska w Łodzi będzie lepszym? Wiecie – sztandarowa ulica miasta.

Znajduje się na niej między innymi najważniejszy wynalazek cywilizacji zachodu dla turystów bez wifi, a uzależnionych od facebooka, czyli McDonalds. Ja oczywiście nie skorzystałem z menu (junk food free since ’93), ale kątem oka zobaczyłem, że wśród preferowanych napojów było coś o smaku granat, co jest absolutnie niespotykane w Europie. A potem jest już znacznie lepiej i bardziej kulturalnie. Przede wszystkim mnóstwo straganów z pamiątkami. I teraz kolejny sekret – ceny tutaj są nieco wyższe niż wszędzie indziej. Jeżeli chcecie się zaopatrywać w suweniry – niekoniecznie róbcie to w tym miejscu. Teoretycznie lepiej podejść na targ staroci, niekoniecznie dla znacznie niższych cen, bardziej dla większego wyboru. Chociaż na przykład czarną papachę, którą można było spotkać praktycznie wszędzie poza stolicą, znalazłem tylko na jednym stoisku, przez co nie było specjalnego pola do negocjacji, a był to mój cel numer jeden.

Na długości całej alei napotkamy także budynki ministerstw, największe kino w Gruzji, banki, sklepy i sklepiki. Jest opera, jest oczywiście kościół – stosunkowo nowoczesny. I, co zaskakujące – bardzo mało restauracji. Weszliśmy do jednej – tradycyjnej gruzińskiej w stylu sowieckim. Wiecie – ceraty na stołach, przerost zatrudnienia w postaci 4 kelnerek (w tym jednej PRZE-ŚLI-CZNEJ) na cały obiekt, w którym byliśmy tylko my. Potem dosiadła się grupka Gruzinów, tradycyjnie wyjmując papierosy i zasmradzając całe wnętrze. Jeżeli, tak jak ja, masz awersję na tytoń, w gruzińskich lokalach możesz dostać przysłowiowej kurwicy. Jedzenie było naprawdę dobre, stąd dziwi tak niska frekwencja, biorąc pod uwagę mały wybór lokali. Tym bardziej, że w McDonaldzie wcześniej tłumy i kolejki do kasy. Niestety/na szczęście, w zależności od zapatrywań są to uroki globalizacji.

Jeszcze zanim z placu Wolności pójdziemy w stronę Starego Miasta, warto zobaczyć swojskie bistro ‚Warszawa’, idąc dosłownie kilkadziesiąt metrów w dół ulicą Puszkina. Oczywiście wchodzić i kupować czegokolwiek nie warto. Powiedziałbym nawet, że to świętokradztwo, by w kraju z tak urozmaiconą kuchnią spożywać gzika z ziemniakami, tatara czy nóżki w galarecie. Zatem ulicą Kote Afhazi schodzimy w dół Starego Miasta, w stronę rzeki Sioni, po drodze mijając między innymi Vinothecę – sklep, w którym możemy kartą kredytową zapłacić za czaczę i inne gruzińskie wyroby alkoholowe, także te z wyższej półki. Jest też knajpa z gruzińskiej sieciówki z lokalnym żarciem – całkiem niezłym, ale jeżeli macie ochotę na sieciówkę, to lepiej przejść jeszcze kawałek i dojść do restauracji tej samej firmy, ale dużo większej, piętrowej, ze znacznie lepszymi widokami. Są też sklepy z pamiątkami, dewocjonaliami, jak i zwykłe stragany. Zatrzymujemy się przy jednym, którego zdjęcie znajdziecie powyżej, pytamy o cenę czurczcheli – sam już nie pamiętam czy po angielsku czy po rosyjsku. Nie omieszkam głośno i po polsku skrytykować ceny, zgodnie z prawdą. Na co sprzedawca – naprawdę wyśmienitą polszczyzną – mówi ‚ale tutaj macie pewność, że dostaniecie dobry towar’. Okazało się, że chłopak przez jakiś czas mieszkał w Polsce i handlował w Warszawie. Sympatia do ojczystego języka nie zmieniła jednak nastawienia do zakupów. Jeżeli mogę zapłacić za czurczchelę 4-5 Lari albo 8-10 Lari, a chcieliśmy ich kupić w sumie około 30 – długo nie będziemy się zastanawiać.

Po drodze jest też synagoga. Co ciekawe, to pierwsza synagoga z darmowym wejściem, którą spotkałem w czasie swoich wojaży. Czy piękna? Każdy, kto miał do czynienia z jakąkolwiek lokalną świątynią żydowską wie, że są niemal równie surowe co meczety muzułmańskie. Kościołów innych wyznań, po obu stronach rzeki, jest zresztą znacznie więcej. Jedne bardziej nadgryzione zębem czasu, inne odrestaurowane. Pomiędzy tymi wszystkimi malutkimi uliczkami, wśród wielu parków i kafejek naprawdę można się zgubić. Ba! Jest to wskazane, bo jeżeli za punkt odniesienia przyjmiemy rzekę, to nigdy tak naprawdę nie stracimy orientacji w terenie. Tutaj widać przewagę historyczną, o której pisałem tyle razy. Tbilisi nie zostało zniszczone w czasie II Wojny Światowej, największego destruktora w historii Eurazji. Tak naprawdę od początku XIX w., Gruzja jest w taki czy inny sposób związana z Rosją, była przez rozmaite inkarnacje państwa rosyjskiego broniona i największe zniszczenia były powodowane przez matkę ziemię oraz typowo gruzińskie lenistwo.

Po drugiej stronie rzeki jest nieco bardziej, nie wiem czy to najszczęśliwsze słowo, ekskluzywnie. Proste, odnowione drogi. Czystsze, świeżo otynkowane budynki. Zadbane chodniki, tak inne niż w pozostałych miejscach Tbilisi. Ogrody, które nie są całkowicie losowym dziełem natury. Inny świat, oczywiście zachowując proporcje. Ma to oczywiście także odzwierciedlenie w cenach gastronomii i pamiątek w sklepikach po tej stronie Kury. Jest też tradycyjna łaźnia siarkowa z możliwością masażu/mycia przez tubylca. Podobno najlepiej te usługi świadczą Azerowie, ale nie przekonaliśmy się na własnej, nomen omen, skórze. Kiedy na zewnątrz panowały pustynne upały, godzina spędzona w mineralnych źródłach o temperaturze zbliżonej do 40 stopni nie kwalifikowało się do przyjemności. Chociaż trzeba przyznać, że jest dość czysto.

Od kilkunastu lat największą atrakcją, jeżeli można tak powiedzieć o jakimkolwiek obiekcie sakralnym, jest Sobór Trójcy Świętej. Zacznijmy jednak od mojej tyrady. Jeżeli ktoś jest gorącym Chrześcijaninem, a w szczególności zwolennikiem kościoła, a nie Boga, niech lepiej nie czyta i przejdzie do dalszego akapitu. Zrobione? Zostały same osoby o otwartych umysłach? Super! No to jedziemy. Sobór jest klasycznym przykładem przerostu formy nad treścią, z którego, mogłoby się wydawać, ludzkość wyrosła już dawno, dawno temu. Nie wyrosła. Nie wyrosła ze stawiania architektonicznych arcydzieł, których wartość użytkowa jest totalnie nieadekwatna do ich wielkości. Koronny przykład mamy tutaj, gdzie małe i biedne państwo gruzińskie tworzy takiego behemota. Marmurowe podłogi, bardzo bogaty ołtarz i kaplice, ponad sto metrów wysokości, ponad dwa tysiące metrów kwadratowych powierzchni… Wszystko dla Boga. Dla Boga czy na potęgę Kościoła? Jak wszędzie na Ziemi, pod soborem nie stały bowiem Łady Niwy czy piętnastoletnie Mercedesy na gaz, którymi jeździ większość Gruzinów. Moim zdaniem to wyraz pychy, który oczywiście ludzkość doceni za kilkadziesiąt/set lat, ale w tej chwili jest zupełnie zbędną zachcianką. Wypada tylko wyznać zasadę ‚lśnij potęgo kościołów, a zakon uczyńcie żebraczym‚.

Trochę o historii? Kościół miał powstać jako uhonorowanie 1500-lecia autokefalii Gruzji oraz 2000. urodzin Jezusa Chrystusa. Powstrzymam się od złośliwości. Już podczas budowania pojawiły się pierwsze problemy, bo na wzgórzu św. Eliasza mieścił się kiedyś ormiański cmentarz oraz kościół, zniszczone w czasach rewolucji komunistycznej na polecenie Ławrentija Berii. Zamiana w park ze strony bolszewików była oczywiście tylko, jak to bolszewicy mieli czasem w zwyczaju, powierzchowna. Prochy pozostały i już w czasie budowy fundamentów soboru, trafiono na kości, co wywołało kolejne problemy na, zawsze napiętej, linii gruzińsko-armeńskiej. Strona gruzińska to, kolokwialnie ujmując, olała moczem ciepłym i tak oto największe dzieło gruzińskiego kościoła prawosławnego stoi na grobach i pośród prochów pobratymców z Kaukazu. Ot, cała religia w pigułce.

Nocą miasto jest piękne, szczególnie widziane z licznych punktów obserwacyjnych. Tbilisi leży w kotlinie/dolinie i dostęp do okolicznych wzgórz jest dość łatwy – to ogromna zaleta dla miłośników zdjęć panoramicznych czy miejskiego krajobrazu. Na przykład na wzgórze, na którym znajduje się statua Kartlis Deda (Matki Gruzji) wjedziesz za grosze kolejką linową, której główna stacja jest dość słabo oznaczona, ale każda osoba mająca jakąkolwiek zdolność orientacji w terenie, bez problemu ją znajdzie. Kilkanaście miejsc z pięknym widokiem mijamy także wjeżdżając do Tbilisi od wschodu, chociaż tutaj rozpościerają się przed nami raczej mało zachwycające dzielnice mieszkalne. Doskonały widok, chociaż nie miałem okazji tego sprawdzić, jest zapewne także z okolic wieży telewizyjnej, między innymi na aleję Shoty Rustaveliego. Podobno wiedzie tam także kolejka linowa.

O ile budynki są oświetlone bardzo dobrze, to ulice ze swoimi krzywymi i powypaczanymi chodnikami już nie. I to największy minus Tbilisi – kontrasty. Gdybym miał powiedzieć za co jestem najbardziej wdzięczny socjalizmowi spod znaku eurosojuza, powiedziałbym chyba o stanie dróg, bo to jest różnica, której najbardziej brakuje przy wyjazdach na wschód. Zresztą pojecie wspólnoty jest Gruzinom ogólnie nieznane – rzeczy wspólne są traktowane jako niczyje – doskonały przykład do czego może doprowadzić propaganda tworzenia homo sovieticusa. Elewacja budynku? Cieknący dach? Zepsuta winda? Brudne schody i smród na klatce? To wspólne, czyli niczyje. Liczy się nowa fura pod klatką. Mentalność przeciętnych sebixów, których tak pełno w naszym kraju. Podobnież remonty wewnętrzne wykonuje się tylko przy okazji przeprowadzek lub odziedziczenia lokalu.

Najlepszym podsumowaniem Tbilisi będzie chyba stwierdzenie, że doskonale łączy wszystkie narodowe cechy Gruzinów i, po wcześniejszym tournee po tym kraju, bez problemu się je dostrzega. Niezliczona liczba kościołów i klasztorów, tak starych jak i nowszych, na które nakłady idą w ilościach ponadprzeciętnych, podczas gdy w wielu innych miejscach kraj niedomaga. Ale wśród wielu mieszkańców Kaukazu takie są właśnie oczekiwania – w końcu prawosławni stanowią prawie 85% populacji. Chociaż policji na ulicach nie widać, zawsze czuliśmy się bardzo bezpiecznie, mimo że wiele osób ostrzegało przed tymi rejonami. Bo Rosja blisko, bo dzicy ludzie… Trzeba jednak przyznać, że profil wycieczki (3 chłopa) sprzyjał pewności siebie. Stolica jest też, co pewnie kilka razy już pisałem, bardzo zeuropeizowana. Jeżeli chcesz liznąć egzotyki, ale nie jesteś gotowa/y na wieś na Kaukazie, Tbilisi spełni oczekiwania w stu procentach. To dobre miejsce przejściowe do zapoznania się z obcą kulturą dla osób pragnących spędzić wycieczkę w komfortowych warunkach. Innym wystarczą w Tbilisi dwa dni, potem trzeba ruszyć dalej…