Tallinn – czy to już Skandynawia?

Tallinn – czy to już Skandynawia?

zamieszczone w: Estonia, Europa | 0

Moja ocena Tallina jest, być może, uwarunkowana warunkami atmosferycznymi, w jakich przyszło mi zwiedzać stolicę Estonii. Wróć. Spojrzałem na zdjęcie i na pewno pogoda miała wpływ na to, że nie zachwycam się miastem tak, jak większość wizytujących. Ponadto ja nie mam lewackich zapędów, więc skandynawskie teorie i sposób konstruowania społeczeństwo średnio mi imponuje. Tutaj zaś, tak blisko Finlandii, te wpływy są nad wyraz widoczne. Tak naprawdę o ile Litwa jeszcze znajduje się pod wpływami zachodnio-słowiańskimi i rusińskimi, tak Inflanty skutecznie podzielono między Rosję a Skandynawię. W Rydze stosunek ten wyglądał mniej więcej 75-25 na korzyść zachowań ruskich, tak w Tallinnie proporcje są dokładnie odwrotne na rzecz poprawności politycznej. By pokazać do czego to prowadzi, mam dwie historie – dobrą i złą. Jadymy.

Najpierw dobra czy zła? Zatem – mimo, że komunikacja miejska w Tallinnie jest darmowa, to turyści muszą nabyć bilet w formie karty magnetycznej. Później okazało się, że jest dostępny w każdym kiosku, a w większości można się nawet dogadać po angielsku. Pierwszy plus. Ponieważ byliśmy w pośpiechu, by złapać odpowiedni autobus (do Estonii dotarliśmy bardzo późnym wieczorem w piątek, a jak się okazało ta socjalna komunikacja miejska funkcjonuje w bardzo określonych godzinach), zdecydowaliśmy się na zakup biletów jednorazowych u kierowcy. Trzy bilety po 1.30€ dają jak wół 3.90€, a z piątaka dostałem 0.50€ reszty. Sprawdziłem dopiero kiedy autobus ruszył i stwierdziłem, że nie będę się w obcym kraju kłócił o dwa złote. Kilka kilometrów dalej wysiadamy z autobusu i podbiega do nas człowiek o wyglądzie przeciętnego dziada proszalnego. Po cichu obawiałem się kieszonkowca, albo czegoś jeszcze gorszego. Tymczasem człowiek mówi świetnym angielski, że kierowca się pomylił przy wydawaniu reszty, tutaj są brakujące pieniądze i bardzo przeprasza. Wooooooooow!!! Całej naszej trójce szczęki opadły. Nie będę tu leciał stereotypem, że w Polsce bym został jeszcze bardziej okradziony czy oszukany. Nigdy w żadnym innym kraju nie zdarzyło mi się nic podobnego. Tak szczera i posunięta do granic absurdu uczciwość. Do tej pory jest to najbardziej chwytająca za poczucie przyzwoitości historia, która mi się zdarzyła podczas podróży.

A teraz przechodzimy w minusy. Czymże jest zwrócone przez kierowcę 0.60€, gdy dobowa cena hotelu na kompletnym zadupiu Tallinna wynosi znacznie powyżej europejską przeciętną. Za trzy gwiazdki, minimum wynosiło chyba 300zł. Na początku kwietnia, czyli poza sezonem, do tego daleko od centrum. Słabo. Ceny biją po kieszeni wszędzie i to jest właśnie wpływ bliskości Skandynawii i bezpośrednich promów do Helsinek, skąd przyjeżdżają bogaci Finowie. W knajpach drogo, chociaż idzie znaleźć relatywnie tanią, czyli taką gdzie można zjeść dobrze w dwie osoby, nie zostawiając dużo ponad 50€. Ktoś powie – to wcale nie tak drogo. Jasne, tylko nie mówię o restauracji, a o bistro z zakąskami pokroju ‚Przedwojenna’ lub odpowiednika z Twojego miasta, gdzie można się solidnie sponiewierać za 50 zł. Bo w sklepach po 22:00 (albo i wcześniej, nie pamiętam w tej chwili) nie kupisz już alkoholu. Przecież wszyscy wiedzą, że alkohol zakupiony po zachodzie słońca jest dużo bardziej szkodliwy niż kupiony wcześniej. Żelazna logika.

Jeżeli chodzi o stołowanie się, z pomocą przychodzi znajomy tubylec, tripadvisor lub inny serwis tego typu. Bez niego na pewno nie trafilibyśmy do naleśnikarni Kompressor, serwującą najlepszą soljankę, jaką jadłem w życiu oraz przepyszne naleśniki z zupełnie niespodziewanym nadzieniem – na przykład białym serem i wędzonym łososiem lub śledziami. To obowiązkowy punkt kulinarnej wędrówki po Tallinnie. I chociaż śniadanie się naczekaliśmy (czynne od 11:00), to było warto. Innym godnym polecenia pubem jest Hell Hunt, który może kwalifikować się nawet jako multitap. Dysponujący własnym browarem, własną marką cydru, bardzo szeroką kartą dań i napojów oraz skupiający międzynarodowe towarzystwo.

Skoro już o międzynarodowym towarzystwie mowa, Tallinn należy do miast oferujących darmowe wycieczki z przewodnikiem – najlepszą rzecz, która spotkała ludzkość od czasu wynalezienia automatycznej skrzyni biegów. Oczywiście jeżeli coś jest za darmo, nie można wykluczyć napiwków. Co więcej, w dobrym guście jest zostawić osobie oprowadzającej nas kilka euro. Jakość tej wycieczki? Darowanemu koniowi, a tym bardziej przewodniczce, nie zagląda się w zęby, ale w tej chwili zajmują zaszczytne ostatnie miejsce. Główną przyczyną takiej oceny jest ilość uczestników – będąc w Sofii miałem praktycznie indywidualny tour. Tutaj – dobre 30 osób.

Poza obowiązkową wizytą na starym mieście, warto wybrać się nad Bałtyk. Już w czerwcu jest tutaj mnóstwo tubylców i turystów rosyjskich (chociaż przy obecnym kursie rubla i cenach w Tallinnie, Rosjanie wybiorą raczej Krym jako kierunek wakacyjny), ale trzeba zaznaczyć, że ten Bałtyk jest lodowaty. Nawet latem. W końcu to kilka stopni szerokości geograficznej dalej na północ i, mimo że zamknięte z Zatoce Fińskiej, Morze Bałtyckie nie ma się po prostu kiedy nagrzać. O letnim wypoczynie nad wodą w Estonii nawet nie myśl! Bo jeżeli temperatura powietrza w lipcu oscyluje raczej poniżej 20 stopni, to wyobraź sobie co się dzieje w wodzie…

Jeszcze na początku XX wieku, Tallinn funkcjonował pod tradycyjną nazwa Reval, której będę tutaj dalej używał i zaraz wyjaśnię genezę. Bo legenda jest dużo fajniejsza (skoro miasto było przez długi czas niemieckie, to przed germanizmami nie będę się bronił) niż rzeczywista etymologia. Jak zwykle. Otóż duński król Waldemar II udał się pewnego razu na polowanie i ujrzał pięknego jelenia. Zwierzę go tak urzekło, że nakazał złapać je żywcem. Po długim pościgu, zdesperowany jeleń zapędzony na skraj urwiska, próbował ratować się skokiem i skręcił kark. Stąd niemiecka nazwa Reh-fall (upadek jelenia).

Jak każde stare miasto, Tallinn wprost ocieka legendami. Dowód kolejnej znaleźliśmy na starym mieście. Dawno, dawno temu właściciel kamienicy był na skraju bankructwa, nie mogąc znaleźć chętnego na pokoje i postanowił popełnić samobójstwo. Kiedy pewnego zimowego wieczoru już miał odebrać sobie życie, usłyszał pukanie do drzwi, w których pojawiła się tajemnicza persona ubrana na czarno. Przybysz zaoferował pokaźną sumę pieniędzy za wynajęcie największego pokoju w kamieniu na potrzeby imprezy, zastrzegając jeden warunek – domagał się całkowitej prywatności. „Kein problem!” powiedział właściciel. Przez cały wieczór z pokoju dobywał się niesamowity jazgot, krzyki, piski, dudnienie, jakby w pokoju balowały setki osób, a wszystkie hałasy ustały punktualnie o 1 w nocy. Rankiem, właściciel znalazł pod drzwiami swojego umierającego sługę, który ostatnim tchem wyznał, że przez dziurkę od klucza widział, jak w pomieszczeniu odbywała się wesele Diabła. Drzwi oraz okna do pokoju zostały zamurowane, by nikt więcej nie postawił nogi w tym pomieszczeniu, ale do dziś w wietrzne noce słychać z tego miejsca zawodzenie i jęki. Przerażeni mieszkańcy by udobruchać Złego oddawali ofiary – najczęściej żywe koty – do pobliskiej studni, która od tej praktyki nosi nazwę Cat’s Well.

Więcej? Na szczycie hali miejskiej urzęduje wiatrowskaz nazywany Starym Toomasem. Toomas był wybitnym kusznikiem, ale jako człowiek niskiego pochodzenia nie mógł otrzymywać zwyczajowych nagród na szlacheckich turniejach. Został zatem uhonorowany dożywotnią posadą strażnika miejskiego (wink, wink, u nas też są dożywotnie posady w służbach publicznych za zasługi ;)), a na starość w wolnym czasie chętnie rozdawał słodycze dzieciom na rynku. Kiedy Toomas zmarł i dzieci pytały o niego rodziców, chcąc uniknąć z pociechami rozmów o naturze życia i śmierci, postanowiono postawić na dachu hali miejskiej miedziany posąg symbolizujący Starego Toomasa. Teraz dzieci były zawsze obserwowane przez Toomasa, a gdy grzecznie się zachowywały, Toomas dawał im słodycze pod poduszki.

Legendą nie jest już internowanie polskiego okrętu podwodnego Orzeł przez teoretycznie neutralną wówczas Estonię na początku II Wojny Światowej. Relację całej historii, wraz z konsekwencjami, można przeczytać – niemal minuta po minucie – na wikipedii, zaś w Tallinnie przy baszcie zwanej Grubą Małgorzatą, znajdziesz tablicę upamiętniającą to wydarzenie.

Estonia obecnie to w przeważającej większości luteranie, ale jako długowieczne miasto, część jego zabytków pochodzi sprzed czasu reformacji. Ale protestanckie podejście do religii katolickie można zauważyć chociażby spoglądając na największy w mieście Kościół św. Mikołaja, obecnie pełniący funkcję sali koncertowej i muzeum sztuki. Pozostałe ważniejsze kościoły również pochodzą z gotyku i z zewnątrz są, zgodnie z doktryną, dość surowe. Późną zimą czy wczesną wiosną w tym towarzystwie można się poczuć jak w książce. Chociażby niedawno czytałem ‚Oko Jelenia’ Pilipiuka i jeżeli jakoś wyobrażałem sobie miasta hanzatyckie, to właśnie tak (tak, mam świadomość, że Tallinn nie należał do Hanzy). Skoro w mieście żyje mniejszość rosyjska, to siłą rzeczy muszą być też cerkwie. Najbardziej imponuje olbrzymi sobór metropolitarny Aleksandra Newskiego, niestety remontowany w czasie mojego pobytu w Tallinnie.

Koniec końców dwa słowa o samym starym mieście – jest olbrzymie i piękne. Cudownie zachowane, mimo że zostało nieco zniszczone podczas drugiej Wojny Światowej. Miliony baszt, z których większość ma własne nazwy i własne legendy (Gruba Małgorzata, Zerknięcie do kuchni) i same mury obronne. Niby takie szare, ale ociekające historią. Wąskie uliczki wyłożone bardzo śliską kostką brukową, tworzące prawdziwy labirynt korytarzy, wychodzące często na punkty widokowe z piękną panoramą miasta, częstą sięgającą aż po Bałtyk. Kamienice, w których widać rękę niemieckich architektów i rzemieślników.

Tylko ta szarość i zimno dookoła doskwiera. Konieczność chodzenia w kurtce, długich spodniach (nie cierpię), zakładania rękawiczek i czapki. To jest piękne miasto, z tego co widziałem na zdjęciach, poza starówką ma też inne wspaniałe dzielnice, w końcu to europejska dolina krzemowa, dom chociażby Skype. Ale nie da się w pełni rozkoszować takim miejscem w czasie siąpiącej mżawki i temperatury tylko lekko powyżej zera. I tak bardzo mi się podobało – także była to zasługa towarzystwa – ale przypuszczam, że latem Tallinn po prostu dostaje skrzydeł. I kiedyś to na pewno sprawdzę.

Zostaw Komentarz