Glasgow – Komercyjna stolica Szkocji

Glasgow – Komercyjna stolica Szkocji

zamieszczone w: Europa, Szkocja | 0

Glasgow stało się punktem wizyty w Szkocji głównie ze względu na loty z Wrocławia. Skoro nie można dotrzeć do Edynburga, trzeba się posiłkować największym miastem Szkocji. Przebijała się też myśl, że odwiedziny północy Wielkiej Brytania byłyby niekompletne bez tak znaczącego miejsca. Cóż, uprzedzając fakty i przechodząc bezpośrednio do podsumowania, było w tym trochę racji. Glasgow pokazuje inną Szkocję. Robotniczą. Miejską. Industrialną. Bez zamków, jezior i ogromnych połaci zieleni.

Bilet kolejowy z lotniska do centrum kosztuje w standardzie 10 funtów, ale dla klientów Ryanair – a może nie tylko tych linii – była zniżka dwóch funtów. Niby niedużo, ale lepiej mieć niż nie mieć. Komfort jazdy na najwyższym poziomie, ale nie spodziewałbym się niczego innego w cenie 50zł za kilkanaście kilometrów. Dworzec w Glasgow wygląda imponująco, a jeszcze większe wrażenie robi, kiedy wyjdziemy i spojrzymy z zewnątrz. XIX-wieczny budynek w pięknym wiktoriańskim (dla mnie wiktoriańskim, ale ja się nie znam na historii sztuki) stylu bardzo ładnie współgra z sąsiadującymi budynkami i daje nam przedsmak tego co zobaczymy wkrótce. Głównie w Edynburgu, bo klasycznych budynków w Glasgow nie ma aż tak wiele.

Gdzie może skierować pierwsze kroki normalny zdrowy ok. trzydziestoletni mężczyzna? Oczywiste, że na stadion. Dla niepraktykującego katolika, decyzja była dość prosta – Celtic Park. Polacy zapisani na kartach historii, większe nazwiska i dziesiątki meczów obejrzane w szklanym pudle, a do tak przyziemny argument jak dużo przyjemniejsze barwy. Ale pierw trzeba coś zjeść. Na szkockie ceny byłem przygotowany, ale zawsze kiedy wreszcie przychodzi do płacenia, następuje mały szok. Prawie 60zł za średniej wielkości drugie danie plus pinta cydru… Cenią się. I nie był to ekskluzywny lokal, a niemal pierwszy lepszy pub. Szybko udało się znaleźć odpowiedni autobus i zaczynają się jaja, bo kierowca nie bardzo ogarnia nazwę ‚Celtic Park’. Hmmm… może Polak i nie rozumie po angielsku? :) Bo jednak żyję w przekonaniu, że mój angielski (a raczej amerykański) jest całkiem niezły. W końcu z pomocą pasażerów udaje się dogadać, a nawet wysiąść na odpowiednim przystanku.

I co? I smuteczek. Stadion do wizyt zamknęli 20 minut temu. Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia. Wpuszczającego nie obchodzi, że przyjechaliśmy z Polski, że to nasza jedyna szansa zobaczyć stadion, że nie chcemy zwiedzać całości tylko strzelić szybką fotkę w środku. I w sumie mu się nie dziwię – jest piątek 13:20 i zaraz idzie do domu. Pozostaje zatem wizyta w sklepiku i zdjęcia z zewnątrz. W sklepie jest oczywiście wszystko, ale ja mam silną wolę i wychodzę tylko z breloczkiem w kształcie serduszka. To już moje drugie, podobne kupiłem na Ettihad Arena w Manchesterze. No i teraz decyzja – co dalej? Do Edynburga śmigamy dopiero pod wieczór, więc mamy mnóstwo czasu na zwiedzanie. Decydujemy się na coś, co często praktykuję w nowych miejscach, czyli powrót do centrum piechotą. Dlaczego? Jest to świetny sposób na poznanie kultury. Łapie się nie tylko główne budynki i zabytkowe centrum, ale też obrzeża i normalne budynki. Malutkie sklepy, stacje benzynowe, blokowiska, wille, parki i boiska. To wszystko daje wyznacznik jak gdzieś żyją ludzie. Niby podobni, a jednak inni.

Czego można oczekiwać, w Glasgow jest mnóstwo polskich akcentów. Polskie sklepy z polskimi produktami. Rozmaite usługi, bardzo często oparte o medycynę – okulista czy dentysta, ale widzieliśmy też na przykład zegarmistrza. Poza naszymi, często spotka się powiewające flagi irlandzkie, głównie nad pubami, często o mocno podejrzanym wyglądzie :) Na obrzeżach rzadko mijamy obiekty naprawdę godne uwagi. Dominuje niska zabudowa wielorodzinna, a nas dominuje pogoda. Bo, jak to na Wyspach, zaczyna padać. Jest kilkanaście stopni i siąpi drobniutki deszczyk. Jako że przyjechałem na dresie, bo trzeba Wam przypomnieć, drodzy czytelnicy, że, słowami Tedego, nie dres czyni cię dresiarzem, nie narzekałem specjalnie. Bywały gorsze warunki. Tym bardziej, że pogoda jest w kratę, więc gdy powoli docieramy do centrum, wiatr ustaje, po deszczu zostają ślady tylko pod nogami i zaczyna się robić naprawdę przyjemniej.

Nie ma absolutnie żadnego konkretnego celu, więc idziemy przed siebie, tam gdzie nas nogi poniosą i oczy zachęcą. I już po chwili, pod jednym z barów w centrum, widzimy szkocką orkiestrę w klasycznym odzieniu. Z okazji trzeba skorzystać i strzelić sobie fotkę, więc podchodzę i zaczyna się robić śmieszno i straszno. Akurat zaczepiłem stojącą tyłem dziewczynę i chłopaka zaczynając następujący dialog: ‚Excuse me, can I have a picture with you?’. Dziewczyna się uśmiecha i odpowiada ‚sure’, chłopak też i odstępuje. A ja, głupi ale uczciwy, nie stosując się do starego rosyjskiego przysłowia, że wszystkich nie przelecisz, ale próbować trzeba, mówię: ‚You. Plural. I meant both of you.’. Dziewczyna trochę smutna, ja widząc jej minę zaczynam się czuć jakbym połknął żabę, chłopak z orkiestry rozbawiony sytuacją… Cóż, zdjęcie mami to jest najważniejsze.

Centrum Glasgow wygląda świetnie. Mnóstwo zabytkowych i pięknie odrestaurowanych budynków. Sporo kościołów, niestety większość pozamykana. Liczne rzeźby, parki. Doskonale wkomponowane w otoczenie nowoczesne budownictwo. Bardzo szerokie drogi. Porządek jeżeli chodzi o parkowanie, brak śmieci na ulicach. Jako turyści też czuliśmy się dość dobrze. Wszystkie ważniejsze obiekty ładnie opisane lub chociaż oznaczone. Liczne mapy na ulicach, a do tego świadomość, że w każdej chwili można poprosić przechodnia o pomoc, nawet jeżeli nigdy nie było to naprawdę potrzebne.

Tak naprawdę jedyne problemy pojawiały się gdy chcieliśmy gdziekolwiek wejść. Nie do końca jest to oczywiście wina Szkotów, bo było piątkowe popołudnie, ale oczekiwałem że takie miejsce jak katedra jest otwarta co najmniej od świtu do zmierzchu. Cóż, nie była. Jakieś wejście od zakrystii było wprawdzie otwarte, ale uznałem, że będzie to przegięciem przysłowiowej pałki. Wejście na cmentarz, który według TripAdvisora jest jedną z głównych atrakcji Glasgow (true story!) było przypuszczalnie od drugiej strony i nie poświęciłem szczególnie dużo czasu, by je znaleźć, chociaż muszę przyznać, że z zewnątrz wyglądał naprawdę zacnie, co zresztą możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach.

Cześć budynków była zamknięta, bo piątek popołudniu, a część dlatego że w 2014 Glasgow było gospodarzem Igrzysk Wspólnoty Narodów. Commonwealth to taka pozostałość po kolonialnym Imperium Brytyjskim i zrzesza wszystkie kraje związane w jakiś sposób z koroną brytyjską. Szczegóły możecie sprawdzić na wikipedii, ale tak naprawdę powinniście to już wiedzieć, bo to tak zwana ogólna wiedza geopolityczna.

Wiecie co? Tak sobie piszę tutaj o Glasgow, przeglądam zdjęcia, by jak najwięcej przypomnieć i nie do końca wiem, dlaczego miałem taką złą opinię o Glasgow. Może dlatego, że poza centrum jest to miejsce bardzo mało imponujące i dość monotonne? Ale czego się spodziewać? To nie Bangkok czy Kuala Lumpur, nie spodziewajmy się egzotyki. Poza tym trzeba pamiętać, że to bardzo młode miasto, powstałe w zasadzie w XVIII w., nic więc dziwnego, że nie ma chociażby zamków. Z drugiej strony, wszystkie budynki zachowały się w wyjątkowym stanie i architektonicznie jest to bardzo ciekawe miejsce. Absolutnie da się całość zwiedzić w jeden weekend, ale miłośnicy architektury na pewno się nieraz zachwycą.

Wielokrotnie nieopatrznie porównywałem Glasgow do Katowic bądź innych miast Górnego Śląska. Myliłem się. Historycznie jest to miasto związane z handlem, więc bliżej mu pewnie do bałtyckiej Hanzy, może nawet naszego Gdańska. Nadal, o każdej porze dnia i nocy, wybrałbym Edynburg, ale w czasie pisania tego postu, zaświeciła się nad głową na chwilę lampka. Może jednak warto kiedyś tam wrócić i zobaczyć miejsca, które mnie ominęły? Nawet jeśli znów miałby być to tylko jeden dzień, przelotem.

Zostaw Komentarz