Edynburg – Powrót do przeszłości

Edynburg – Powrót do przeszłości

zamieszczone w: Europa, Szkocja | 0

Ostatnia stacja podróży po Szkocji. Trzeba przyznać, że po Edynburgu chodziłem już lekko podmęczony. Nie tylko tygodniowym jeżdżeniem po Szkocji, bardziej brakiem snu, bo jeżeli chodzi o warunki noclegowe bywam francuskim pieskiem. Tymczasem zachodziła konieczność spania na łóżkach piętrowych, w towarzystwie innych osób, często chrapiących (NIE CIERPIĘ :)) oraz na łóżkach z ograniczoną ilością poduszek – a poduszek na łóżku musi być mnóstwo. Do tego czasem w podróży zdarzało mi się zasnąć w aucie, a odległości w Szkocji są na tyle krótkie, że sen był nagle i szybko przerywany. A jedną z popularniejszych i skuteczniejszych tortur jest ciągłe budzenie przesłuchiwanego. Kończąc tę dygresję, kiedy zobaczyłem jak wygląda centrum stolicy Szkocji, trochę mina mi zrzedła, bowiem główna atrakcja – zamek – znajduje się, jak to zamki mają w zwyczaju, na wzniesieniu. Czyli na górę trzeba było wejść. Po schodach. Stromych i licznych.

Ale spokojnie, zanim wejdziemy do zamku, musimy się przejść resztą miasta. Akurat trafiliśmy na dwa wydarzenia miejskie. Festiwal teatrów ulicznych, o którym dalej oraz coś na kształt targowiska z potrawami świata. Z tym stwierdzeniem ‚świata’ to raczej mocno na wyrost, ale można było spotkać i paellę (Hiszpania), bratwursty (Niemcy), nasze rodzime kiełbasy z grilla, quiche (Francja) czy natywne dla Stanów Zjednoczonych fudge, czyli mniej więcej nadzienie krówkowe. Problem pojawił się w momencie spojrzenia na ceny i podświadomego przeliczenia na złotówki – przekąska za 30-40 złotych… Uffff… Sorry, ale nie. Tym bardziej, że nie jestem zwolennikiem jadania typowych dla danego obszaru potraw w zupełnie nietypowych miejscach występowania.

Koniec końców trzeba było coś zjeść i szukając klasycznego pubu o przyzwoitych cenach, w jednej z witryn widzimy rozbebeszonego świniaka. Nad witryną napis ‚OINK!’ (dla mniej kumatych anglistycznie, oink to onomatopeja wydawana przez świnkę, takie polskie chrum) w różowym kolorze i kształcie świniaka. Z początku się śmiejemy, ale wystarczy wyjście jednej z mnóstwa osób ze środka by nasze nosy szybko dały się przekonać do tego miejsca. Zresztą cenowo też jest naprawdę nieźle, chociaż nie miało by to znaczenia, jeżeli jedzenie byłoby niedobre. Co zatem dostaniemy za 3-5 funtów. Bułkę, której wielkość zależy od ceny, wypełnioną posiekaną wieprzowiną z rusztu z dodatkiem jednego z czterech sosów (sensu stricte dają nam relish, ale osoby znające lepiej kuchnię brytyjską/amerykańską wiedzą, że nie jest to tożsame, a ja nie mogłem odnaleźć odpowiedniego polskiego słowa. Relish ma w sobie duże kawałki warzyw/owoców). Ja wybrałem jabłkowy, bo każde dziecko dobrze wie, że nie ma nic lepszego niż pieczony prosiaczek z jabłuszkiem :) Już za cztery funty, bo jednak 3Ł to malutka bułeczka, można się nażreć jak – nomen omen – świnia – a mój żołądek dobrze wspomina wizytę w OINK! do dzisiaj. Po takim brunchu ma się siłę na resztę dnia. Warto jednak przepłukać usta cydrem w pobliskim pubie, bo picie na ulicy nie jest najlepszym pomysłem – szkockie mandaty potrafią zaboleć i nie pomoże tłumaczenie, że jest się biednym studentem z Polski.

Poza tym centrum Edynburga zrobiło znacznie większe wrażenie niż widziane przeze mnie kilka dni wcześniej Glasgow. Na każdym kroku czuć historię i widać, że miasto nie było mocno zniszczone podczas drugiej Wojny Światowej. Wszędzie kamienice z wielkimi oknami, bogato zdobione, z balkonami, zazwyczaj w formie wykuszy, z urozmaiconymi dachami, często posiadającymi wieżyczki. Ciasne uliczki, im wyżej tym ciaśniejsze, tak charakterystyczne dla średniowiecznych miast. A do tego mnóstwo pomników. Jest na czym oko zawiesić, a dla fanów architektury takie miasto to prawdziwa perełka.

Do zamku wiedzie główna ulica, wzdłuż której jest pełno rozmaitych punktów usługowych, głównie drobnych sklepików z pamiątkami. Zazwyczaj jestem bardzo sentymentalny i jestem gorącym zwolennikiem kupowania pamiątek. Oczywiście preferuję wyroby lokalne, ale często bywa że lokalne produkty na bazarach są tworzone przez małe chińskie rączki w fabrykach nad Żółtą Rzeką. W Szkocji dostaniecie głównie kilty z wzorami różnych klanów w totalnie abstrakcyjnych cenach, kobzy, w cenach jeszcze wyższych oraz whisky. Kupowanie whisky w centrum w sklepach z pamiątkami to oczywisty absurd – zapłacimy kilkadziesiąt procent więcej niż w normalnym sklepie, na lotnisku czy online. Z Edynburga przywiozłem zatem tylko tradycyjnego snowballa… I znów odszedłem od meritum.

Na pewno warto zajrzeć do Katedry św. Gila Idziego, który jest patronem Edynburga. Wejście gratis, chociaż zalecana jest dotacja w wysokości trzech funtów, zgoda na zdjęcia i filmowanie to dodatkowe dwa. Bardzo podoba mi się takie rozwiązanie. Świątynia jest wielka i piękna, tak z zewnątrz, jak i wewnątrz. Mnóstwo witraży, bardzo dobrze oświetlona, z wieloma kaplicami. Trzeba jednak pamiętać, że jest to czynny kościół, stąd w godzinach nabożeństw nie jest wskazane zwiedzanie. W dodatku od niedawna udostępniono zwiedzającym dach katedry (6Ł). Z pewnością podczas kolejnej wizyty w stolicy Szkocji, zrobię znacznie więcej zdjęć z wnętrza, a także z punktów widokowych. A kolejna wizyta, mam nadzieję, będzie już w bieżącym roku.

Co jeszcze? A ile można zwiedzić w kilka godzin? Dla fanów ekonomii, obowiązkowym punktem powinien być pomnik ojca ekonomii klasycznej – Adama Smitha. A właśnie, miałem napisać o festiwalu. W Edynburgu byłem w sierpniu, akurat w czasie Edinburgh International Festival, na który zjeżdżają artyści z całego świata. Również uliczni, dzięki czemu w mieście cały czas coś się dzieje. Tańce, śpiew, kabaret, pantomima czy akrobatyka – to wszystko w środę przed południem. Mogę sobie tylko wyobrażać, co dzieje się wieczorami i w weekendy. I mówię to jako osobna kompletnie niewrażliwa artystycznie. Z ciekawości sprawdziłem ceny na oficjalne spektakle w tym roku – są wybitnie brytyjskie :)

Na początek najważniejsza rada natury organizacyjnej dotycząca Edinburgh Castle – jeżeli nie macie explorer pass – kupcie bilet online i wydrukujcie. W lecie kolejka do kasy to dobra godzina stania, a bywa że więcej. Ba, w okolicach południa kolejka stała już nie tylko do kasy, ale także do wejścia. Oszczędzamy zatem bezcenny czas i nerwy, bo nie ma nic nudniejszego niż stanie w kolejkach. Przynajmniej dla mnie.

Znajdujący się na wulkanicznej skale zamek, to jedna z najstarszych budowli tego typu w całej Wielkiej Brytanii i druga, obok zamku w Sterling, najważniejsza historycznie i najlepiej zachowana twierdza w Szkocji. I teraz tak – podstawowy zonk i psikus z wszelkimi odrestaurowanymi twierdzami jest taki, że jeżeli nie jesteśmy bardzo głęboko zainteresowani historią danego kraju/okresu/regionu, to w każdym miejscu zobaczymy to samo. Bo dla każdego normalnego turysty drobne różnice w wyposażeniu czy ubiorze nie mają tak naprawdę żadnego większego znaczenia i nie dostrzega się ich. A jeżeli już nawet dostrzeże, to umykają naszej uwadze od razu po wyjściu.

Walory zewnętrzne są oczywiste i możliwe do docenienia nawet dla niewprawnego architektonicznie oka, bo w naszych mózgach szybko wytwarza się asocjacja zamek -> średniowiecze -> Robin Hood -> przygoda. Lub coś takiego. Nieco inne krzesła czy halabardy natomiast… Uffff… Nie zrozumcie mnie źle – to jest ciekawe, ale w momencie gdy po komnacie o powierzchni 20-30 metrów kwadratowych chodzisz z dziesiątką innych ludzi, trudno o jakąkolwiek magię. Ja muszę – uwaga, wchodzę na wyższy poziom i popłynie zaraz strumień świadomości – poczuć miejsce całym sobą. Muszę przenieść się myślami w czasie. Poczuć się jak rycerz w XIV wieku, jak francuski więzień wojenny, jak operator działka przeciwlotniczego… Nie jestem w stanie tego zrobić z niemiecką czy koreańską wycieczką za rogiem. ‚Nie jesteś sam, inni też chcą zobaczyć’. Wiem. I to mnie wkurza :) Fuckin’ tourists. A jeżeli w ogóle chcemy strzelić fotkę bez postronnego obserwatora w tle, to już w ogóle jest masakra. Łatwiej się doczekać pszczoły na kwiatku niż wolnego widoku klejnotów koronnych.

Najlepiej zatem udać się na mury i po prostu spojrzeć na miasto. Oczywiście jeżeli pogoda na to pozwala, co wcale nie jest w Edynburgu gwarantowane. I to bez względu na porę dnia i roku. W końcu zamkowe wzgórze góruje 120 m.n.p.m. i widać z niego naprawdę wiele.

Tak oto niemal tygodniową przygodę ze Szkocją trzeba było zakończyć. Z jednej szkody bardzo szkoda, a drugiej na pewno ucieszył się portfel. Wspominałem już o tym nieraz, ale ceny są z najwyższej półki, chyba tylko Francja i Skandynawia mogą konkurować z Wielką Brytanią cenami. Tak naprawdę z kiepską bazą hotelową najłatwiejszym wyborem byłby kamper lub coś w tym stylu, ale tu też nie jest wesoło z cenami. W zasadzie ta bariera finansowa to jedyny powód, który powinien kogokolwiek powstrzymać przed przyjazdem tutaj. A sam Edynburg? Teoretycznie tanie loty tutaj są prawie z każdego większego miasta, a jeżeli nie do samej stolicy, to do pobliskiego miasta. Sęk w tym, że loty są naprawdę tylko teoretycznie tanie, bo rzadko dostaniemy bilet powrotny poniżej 600zł. Natomiast jeżeli mamy znajomych, którzy nie mieszkają w kompletnie spartańskich warunkach – trzeba walić jak w dym! Jak zresztą wszędzie, gdzie można tanio przenocować i wyeliminować część kosztów.

Zostaw Komentarz