Sofia – Turystyka futbolowa

Sofia – Turystyka futbolowa

zamieszczone w: Bułgaria, Europa | 0

W tym wpisie będzie dość sentymentalnie – dużo o mnie, trochę przemyśleń i jak zwykle kilka mongolskich teorii, więc jeżeli to komuś przeszkadza to niech przerzuci się do pierwszej galerii lub na inne teksty o Sofii, Bułgarii lub czymkolwiek innym. Dlaczego będzie o mnie? Bo wyjazd do Sofii na mecz Śląska Wrocław był moim pierwszym prywatnym wyjazdem z Polski od czasu końca szkoły podstawowej, czyli od prawie piętnastu lat. Wiem, trochę słabo, ale do tej pory budowałem swoje imperium. Tak metaforycznie, w rozmaitych grach strategicznych, jak i dosłownie – wdrapując się po szczeblach kariery. Nie należę do ludzi, którzy wierzą w kredyty, zasiłki i rozmaity socjal. Owszem, jako dzieciak byłem lewicowy, zgodnie z powiedzeniem przypisywanym von Bismarckowi i Piłsudskiemu „kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie skurwysynem”. Ale już w momencie napisania pierwszego tekstu do CD-Action, kiedy okazało się, że złodzieje z rządu zabrali mi 7,28zł z ponad 105zł za wierszówkę, stwierdziłem że tak być nie będzie. Wziąłem zatem dupę w troki i doszedłem tu, gdzie jestem dzisiaj – kto ma wiedzieć ten wie – do sytuacji, z której jestem zadowolony, bo mam w tej chwili więcej niż spodziewałem się mieć w tym wieku, kiedy jako licealista planowałem swoją przyszłość.

Tutaj tak naprawdę chciałem poruszyć jedno ważne pytanie, które tak często pada w filmach, a rzadziej w życiu – czy czegoś żałujesz? W gruncie rzeczy pytanie to sprowadza się do „czy jesteś szczęśliwy?”, bo zgodnie z teorią chaosu, liniowością czasu i potencjalnie nieskończoną liczbą światów, gdyby nie każda podjęta w życiu decyzja, nigdy nie bylibyśmy w miejscu w którym jesteśmy teraz. To czy kiedyś w przedszkolu szarpałem za włosy Monikę czy Magdę, czy jadłem wczoraj na śniadanie owsiankę czy jajecznicę (a jadłem ryż z truskawkami omnomnomnom), czy w trampkarz gdy na trybunach był łowca talentów zdecydowałem się podać czy strzelić, czy wolę być czy mieć… To wszystko definiuje Twoją indywidualną teraźniejszość. Cały ciąg przeszłości zdefiniował moje cechy charakteru i wspomnienia i gdybym dzisiaj nie przejechał na czerwonym świetle, bo mi się spieszyło (to tylko wykroczenie, więc mogę się swobodnie przyznać), to może potem stałoby się coś, co uniemożliwiłoby mi stworzenie tego wpisu? Może byłoby to lepsze dla ludzkości, bo pewne wypłosze nie powinny opuszczać mojej świadomości? This understanding extends to everything ;) Ale jestem szczęśliwy ergo niczego nie żałuję, także tego że w latach 1995-2011 ani razu nie opuściłem Polski tylko i wyłącznie w celach turystycznych.

Koniec mongolskich teorii. Na załączonych fotkach możecie także zobaczyć progres, który daje lepszy aparat i robienie zdjęć na potęgę. Tak, jest tutaj mocny udział fotoszopa, ale był to przymus, bo niektóre fotki były po prostu TRAGICZNE. Mój pierwszy aparat – Sony DSC-H1 już wówczas dogorywał, co widać po solidnych prześwietleniach w kilku miejscach, a do tego nie pomyślałem o wyczyszczeniu optyki. Jeżeli kogoś to interesuje, to później był bardzo krótki – tygodniowy – epizod z lustrzanką Sony, bodajże alpha 200, a następnie już na stałe związałem się z canonem. Najpierw z 60D, a teraz 5D Mk III, który nieco przerasta moje możliwości i umiejętności. Tak, problemy pierwszego świata i klęska urodzaju. A także niechęć do przeczytania instrukcji ;)

Kiedy Śląsk Wrocław awansował do europejskich pucharów po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat, na mecz wyjazdowy w Bułgarii długo mnie nie trzeba było namawiać. Za małolata na Oporowską, gdzie dawniej grywali Wrocławianie, miałem 10 min z buta, więc pojawiałem się na stadionie regularnie. Określenie ‚na stadionie’ jest nieco na wyrost, bo dla kilkuletniego knypka bilet był często dobrem luksusowym. Stąd zamiast na stadionie często lądowałem na pobliskiej górce, na stadion wchodząc 10-15 minut przed końcem spotkania, kiedy otwierano bramy. Byłem świadkiem wielu ulicznych bitew kibiców w starym dobrym stylu, gdy gaz na stadionie czy ulicy nie był wielkim wydarzeniem, a niemalże normą. Wyjazd był zatem pewnym powrotem do młodości. Ale skończyły się czasy pociągów, wesołych autobusów i pochodów przez całe miasto. Elegancki byznesmen odbywa podróże w elegancki sposób. Czyli pociąg do Wawy, potem lot do Sofii. Kulturka. Teoretycznie.

Polska. 2011 rok. Sierpień. Dojazd koleją do stolicy z czwartego największego miasta w kraju zajmuje siedem godzin, bo tego samego dnia zaczyna się ‚Przystanek Woodstock’ i wszystko stoi na głowie. Polskiego Busa jeszcze nie ma, przynajmniej w dogodnych godzinach (wylot z Warszawy późnym rankiem), blabla car lub coś podobnego? W 2011? Bez jaj. Jedyna droga to pociąg przez Poznań z dwu-godzinną przesiadką i postojem. Nie ma miejsc, trzeba stać na korytarzu, mimo że wykupione miejsce siedzące, bo w środku kupa ludzi na Woodstock. Dworzec w Poznaniu śmierdzi wszystkim, czym śmierdzą wszystkie dworce w Europie Wschodniej. Polskie Koleje Państwowe. TRA-GE-DIA, którą pominiemy minutą ciszy i przeniesiemy się do Sofii. Halo? Włodku, czy nas słyszysz?

Tak się złożyło, że nocleg mieliśmy w tym samym hotelu, co cała ekipa Śląska – miejsce niezbyt ekskluzywne, stąd dziwiłem się dlaczego akurat tam. Ani blisko na stadion, ani na lotnisko, ani specjalnej odnowy biologicznej… Szybko zrozumiałem dlaczego – na parterze hotelu znajduje się jedyne kasyno w okolicy, tam zresztą rozpoznać można było większość działaczy wrocławskiego klubu. Pewnie zabłądzili i szukali katedry Nevskiego. Zresztą to nie jedyna atrakcja dla naszych ludzi piłki. W holu hotelu, poza ślicznymi dziewczynami z recepcji, przechadzał się zawsze jakiś elegancki jegomość. Oczywiście elegancki na modłę wschodnio-postsowiecką. Od razu poszedł i angielskim z akcentem w stylu ‚Borata’ rozpoczął rozmowę:
– Do you need help?
– Help? What kind of help? – mimo, że przypuszczałem jaki rodzaj pomocy może zaoferować;
– Any help. Taxi. Girls. Medicaments.
Którejś nocy udało mi się wyciągnąć więcej szczegółów – dziewczyny są na miejscu, do wyboru do koloru – 50 leva (100zł) za godzinkę, pięć razy więcej za noc. Jeżeli chodzi o medykamenty, to w zasadzie wszystko czego bym sobie zażyczył. A specjalna taksówka może mnie zawieźć w różne ciekawe miejsca Sofii. Nie skorzystałem, nie mój typ turystyki, ale ceny znać warto. Zawsze i wszystkiego ;)

Na meczu jak na meczu – pełne trzepanie na bramce, łącznie ze zdejmowaniem butów, co oczywiście nie powstrzymało naszych kibiców od wniesienia pirotechniki. Przeciwnik – Lokomotiv Sofia to tak naprawdę trzecia siła jeżeli chodzi o stolicę Bułgarii, po legendarnym Levskim i wojskowym CSKA. Polskim odpowiednikiem byłby pewnie Hutnik Kraków. Stadion Loko nie spełniał norm UEFA, stąd mecz odbył się na niemal pustym obiekcie Levskiego, a kibiców Śląska było więcej niż gospodarzy.

Emocje jak na rybach, jak to wczesne rundy preeliminacji Ligi Europy mają w zwyczaju. 0:0 u siebie, 0:0 na wyjeździe, dogrywka i karne. Awans, wszyscy kibice bez koszulek, mimo 23:00 czasu lokalnego, świętowanie. I tu zaczynają się jaja, bo policja spycha kibiców zaraz po wyjściu z bramy do autokarów jadących do Polski. Umm… halo, ja mam hotel w Sofii?!!? Wbrew obawom znalezienie anglojęzycznego policjanta nie stanowiło absolutnie żadnego problemu – nie tylko wyprowadził z kordonu, ale także pokazał gdzie najlepiej złapać taksówkę żeby nie zapłacić milionów monet. No proszę, a mówią, że A.C.A.B..

Przechodząc do samego miasta, zaczną od kilku szczegółów specyficznych dla tego miasta i regionu. Może powtarzają się także dalej w Bułgarii lub nawet na Bałkanach, ale właśnie tutaj napotkałem je pierwszy raz, zatem się dziele. Wody mineralne dostępne dla wszystkich to akurat nic nadzwyczajnego, chociaż ich smak pozostawia wiele do życzenia. Sofia leży w kotlinie górskiej, w pobliżu ma kilka, jeżeli nie kilkanaście mineralnych źródeł, naturalny sposób pozyskiwania wody pitnej, jeżeli w pobliżu nie ma rzeki ani jeziora. Najbardziej efektywny strumień zasila łaźnie publiczne – wcześniej łaźnie tureckie, zburzone i wybudowane od zera na początku XX wieku. Ponadto ustęp tej wody znajduje się także w centrum Sofii, jest bardzo chętnie uczęszczany szczególnie przez osoby starsze. Zobaczyć tutaj też można posąg Apolla, ten sam, który znajduje się z herbie miejskim.

Kolejne ujście znalazłem w leżącym nieopodal parku miejskim, chociaż było to najmniejsze zaskoczenie w tym miejscu. Taka ciekawa mieszanka inteligencji i żulerni. W jednym miejscu, przy stolikach szachowych starsi mężczyźni, którzy z chęcią zagrają z turystą w szachy o 10 leva. Bardzo często to pułapka, bo część z nich to dawni arcymistrzowie. Z drugiej strony wydać 20 złotych za możliwość gry z międzynarodowym czempionem – może warto? Ale w okolicy roi się też od pijaczków, których trzeba odganiać jak muchy. Jedni leżą na ławkach, inni moczą nogi w fontannach, jeszcze inni po prostu śpią gdzieś pod krzakami. Widok co najmniej niesympatyczny.

W Bułgarii po raz pierwszy w życiu, i po raz ostatni jak dotychczas, widziałem parasole w kafejkach w formie lejków. Fantastyczny pomysł! Jasne, dają mniejszą ochronę kiedy zacina deszczem, ale nie oszukujmy się – ile osób siedzi pod parasolami podczas tak intensywnych ulew? Tymczasem lejek ma tę przewagę, że woda ścieka do środka, nie kapiąc na przechodzących ludzi. Rozwiązanie co najmniej interesujące.

A mimo wizyty w sierpniu, znalazłem też ślady martenicy. Martenica to bułgarskie święto żegnania zimy, odpowiednik naszego topienia marzanny, które obchodzi się 1. marca. Martenice to także małe czerwono-białe wstążki, pomponiki lub laleczki, które Bułgarzy dają sobie wzajemnie. Następnie otrzymane martenice przypina się do ubrania i nosi do momentu zobaczenia pierwszego bociana, jaskółki lub kwitnącego drzewa. Dalsze kroki są różne, w zależności od regionu – w Sofii przywiązywane są do drzew, w rejonach wiejskich kładzione pod kamienie. Po kilku dniach podnosi się kamień i jeżeli w pobliży martenicy znajdziemy larwy lub dżdżownice, zwiastuje to szczęście. Mrówka jest symbolem zysków po ciężkiej pracy, a pająk symbolizuje problemy.

Długowieczność Sofii najlepiej widać w przejściach podziemnych, gdy na najniższym poziomie wiać mury Serdicy z czasów podbojów Cesarstwa Rzymskiego. Do tej pory każde prowadzone w mieście prace budowlane odkrywają nowe zabytki, co w czasach komunistycznych nie stanowiło większego problemu. Jeżeli jakieś wykopalisko stawało okoniem wobec tak zwanej ‚koncepcji ogólnej’ takie znalezisko było albo sprzedawane, niekoniecznie oficjalnymi kanałami, trafiało do prywatnej kolekcji dygnitarza partyjnego albo było niszczone. Teraz mamy nieco wyższy poziom kulturowy, więc z przeszłości zachowujemy wszystko co się da, czasem aż do przesady. Aczkolwiek trzeba przyznać, że przejście podziemne w Sofii wspominam jako najbardziej klimatyczne, które widziałem w życiu. Może obok stacji ‚Arsenalna’ w Kijowie, ale to z zupełnie innych przyczyn.

Wpływy bizantyjskiego stylu znajduję się w wielu budowlach – różnokolorowe mozaiki czy łuki no norma i często występujący motyw w bułgarskiej architekturze z przełomu XIX i XX w. Oczywiście najbardziej typowym przykładem pozostaje katedra Aleksandra Nevskiego, o której więcej w innym wpisie, ale także Hala Targowa, czy prezentująca klasyczny styl wczesnobizantyjski kościół św. Zofii z VI w.n.e.. Różnorodność architektoniczna tego miasta, będącego w obszarze wpływów czterech wielkich kultur europejskich, jest po prostu przeogromna.

Dobrym świadectwem historii miasta jest zazwyczaj herb. Słów kilka o pierwszej wersji, z początku XX w., która znajduje się nad bramą hali targowej – co my tu mamy? Na górze z prawej strony antropomorfizację Serdicy, czyli pierwszej osady, mieszczącej się w tym miejscu o której wspomniałem wyżej. Z lewej zaś kościół św. Sofii, od którego powstała obecna nazwa miasta. Na dole znajduje się Vitosha – góra, u stóp której leży Sofia oraz kapliczka Apollo Medicusa, symbolizująca źródła mineralne wokół miasta. W samym środku zaś jest dodatkowa tarcza herbowa, którą zamieszkuje lew.

Bo lwy w Sofii są wszędzie. I nie do końca wiadomo dlaczego. To znaczy tak – symbolika lwa jest oczywista. Odwaga, siła, bohaterstwo, waleczność i te wszystkie inne powody, dla których jest on królem zwierząt. Tylko skąd lwy w Dacji? Podobno jeszcze na początku naszej ery na Bałkanach można było natknąć się na lwa europejskiego, nieco mniejszego niż afrykańskiego. Z kolei na pewno za czasów Cesarstwa Rzymskiego był w mieście stadion, na którym odbywały się walki gladiatorów. Może to stąd? Bułgarzy na punkcie tego zwierzęcia mają taką obsesję, że nawet w godle narodowym są dwa lwy trzymające tarczę z trzecim. Szaleństwo. Lew na herbie, waluta nazywa się lew, bohater narodowy to Vasil Levski, posągi lwów przed prawie każdym budynkiem państwowym, jest nawet lwi most.

W ogóle, jak każda stolica, Sofia ma kupę legend i pomników. Najbardziej podobała mi się rzeźba upamiętniająca Stefana Stambołowa. Nie mnie decydować czy jego sympatie polityczne były słuszne – jako Polacy mamy dostatecznie dużo problemów z jednoznacznym ocenianiem naszych własnych polityków z przeszłości. Był bezpośrednim następcą wielkiego patrioty i bohatera Bułgarii, Vasila Levskiego, walczącym o silną i niezależną Bułgarię, przez co, jako premier, popadł w konflikt ze swoim przełożonym – kniaziem Ferdynandem I i zrezygnował z fukcji w 1984. Został zamordowany rok później na jednej z ulic Sofii ostrymi narzędziami. Ponieważ nosił kamizelkę pancerną, został powalony na ziemię i ciosy spadły głównie na głowę, co symbolizuje pomnik wzniesiony w miejscu zabójstwa.

Chociaż w Sofii byłem w 2011, niektóre miejsca zdecydowanie były XX-wieczne. Nie mam fotografii zwykłych miejsc – to błąd, z którego konsekwencje wyciągnąłem dopiero niedawno – często przez pryzmat zwykłych domów, blokowisk, podwórek i trzepaków można ocenić życie w danym miejscu. W stolicy Bułgarii było co najwyżej poprawnie. Owszem, pamiętam już lepszą, biznesową dzielnicę, jak najbardziej na poziomie zachodnim, natomiast większość miejsc to niemal wierna kopia osiedli z czasów socrealizmu, które spotykamy tak często w Polsce. Taka podróż do przeszłości. Można to też zauważyć w stanie komunikacji miejskiej, kolejnym papierku lakmusowym rozwoju cywilizacyjnego i społecznego. Tramwaje, autobusy (nie pamiętam czy trolejbusy także) to mniej więcej Polska z lat 1997-2001. Daty nieprzypadkowe, gdyż wtedy po raz pierwszy w życiu byłem zmuszany do codziennych inhalacji miejskiego powietrza zepsutego przez innych pasażerów w pojazdach MPK, których klimat idealnie oddawały słowa Łony „stary Ikarus z długoletnią historią, z oknami, w których brak szyb ktoś zamaskował folią”. Z metra nie miałem przyjemności skorzystać.

Ale na ulicach wyraźnie widać hasło ‚Bułgaria w budowie’ lub ‚Nie róbmy polityki, budujmy Sofię’. I podobno układy i układziki są dokładnie takie same jak u nas – zasłyszane od lokalnej młodzieży. Problem w tym, że wszędzie na świecie znajdą się osoby, którym sposób wydawania publicznych pieniędzy nie będzie odpowiadał. Żeby ktoś nie pomyślał, że bronię tutaj socjalizmu, bądź rządzącej jeszcze w Polsce – choć już dogorywającej – partii. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że Dzień Sznura jest blisko, a sam mam poglądy polityczne najbardziej zbliżone do słów Marszałka Piłsudskiego, czyli ‚bić kurwy i złodziei’. Odbijając się od tej dygresji – w Sofii na każdym kroku napotykałem się na jakieś dźwigi bądź roboty drogowe. Wprawdzie stan nawierzchni dróg czy chodników pozostawiał bardzo wiele do życzenia, ale to chyba bolączka wszystkich państw dawnego bloku wschodniego.

Do absolutnie kluczowych budynków, o których nie wspomniałem wcześniej należy przede wszystkim neoklasyczny teatr narodowy im. Iwana Wazowa z początku XX wieku, mieszczący się zaraz przy parku miejskim. O licznych kościołach napiszę przy okazji innego wpisu. Hala targowa, kilkukrotnie pojawiająca się powyżej, to najlepsze miejsce do zakupu pamiątek związanych z Bułgarią – głównie kosmetyków bazujących na różach. Uniwersytet również robi wrażenie. Muzeum narodowe, które mieści się w dawnym pałacu królewski. Zresztą każde z tych miejsc możecie zwiedzić podczas darmowego spaceru z wolontariuszami z Free Sofia Tour. Ze względu na dużą koncentrację głównych obiektów turystycznych, w trzy godziny można szybko zaliczyć wszystkie niezbędne punkty oraz uzyskać informację, gdzie zjeść najlepszą sałatkę szopską, tarator albo najlepszą banicę na śniadanie.

Ogólnie Sofia wywarła na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Z chęcią wrócę tam pewnego dnia, tym bardziej, że mieszka tam mój współlokator z czasu pobytu w Wielkiej Brytanii. Wrócę już nie dla samej stolicy, ale dla góry Vitosha lub kilku malowniczych wiosek w pobliżu oraz parków krajobrazowych. I, oczywiście, pięknych kobiet. Aż dziw, że tak długo o nich nie napisałem. Bądź co bądź – to Słowianki, a nasze dziewczyny są najlepsze – wiesz to!

Zostaw Komentarz