Sofia – Kwadrat Tolerancji

Sofia – Kwadrat Tolerancji

zamieszczone w: Bułgaria, Europa | 0

Po Sofii z ‚Free Sofia Tour’ chodziłem po dwakroć. Raz po to, żeby słuchać, drugi raz głównie żeby robić zdjęcia. Ale były to dwa różne doświadczenia – ta pierwsza wycieczka była z bułgarskim rastamanem, który oprowadzał nas kompletnie zjarany. Miało to wprawdzie marginalny wpływ na treść przekazywanych słów, ale podejście do wielu spraw było zupełnie inne niż drugiego dnia, gdy przewodniczkami były dwie dziewczyny. Dlaczego o tym wspominam? Bo tego pierwszego dnia o centrum Sofii cały czas słyszałem określenie ‚kwadrat tolerancji’. I chociaż samo w sobie bardzo mi się spodobało, to jest z nim trochę jak ze świnką morską. Czyli – ani świnka, ani morska.

Bułgaria, jak to wszystkie kraje na Bałkanach (nie wdawajmy się tutaj w polemikę czy Bułgaria leży tylko na Półwyspie Bałkańskim, czy stanowi rzeczywistą część Bałkanów, bo mnie na przykład na geografii – błędnie – uczono, że Bałkany to głównie była Jugosławia plus Grecja) jest tyglem kulturowym, co dla tego wpisu jest mniej istotne, oraz religijnym. Stąd wzięła się nazwa kwadratu tolerancji – na przestrzeni kilku kilometrów mamy meczet, cerkiew, kościół oraz synagogę. Nie będę tutaj robił standardowego opisu poszczególnych świątyń – nie zwiedziłem ich na tyle dokładnie by się wypowiadać, ale postaram się wspomnieć kilka słów o najważniejszych miejscach.

Pamiętajcie, że w kościołach prawosławnych, meczetach oraz budynkach z zabytkowymi freskami nie można robić zdjęć. Teoretycznie. A skoro mamy chwilkę, wpis powinien mieć szanowaną liczbę znaków, a tematu jeszcze nie poruszałem, to wyjaśnię jak pewne zakazy obejść. Bo będąc agnostykiem nie wydaje mi się by uwiecznianie na kliszy lub karcie pamięci obrazu jakiegoś świętego lub wzorów geometrycznych, bo przecież tylko to widujemy w meczetach, było świętokradztwem, za które spadną na nas z nieba pioruny czy Stingery. Ponadto o ile rozumiem zakaz fotografowania z fleszem, który może mieć jakiś tam wpływ na ścienne malowidła, o tyle nie rozumiem kompletnego zakazu. Jedyne logiczne uzasadnienie brzmi – większość populacji to idioci (true story!) i nie zrozumie tabliczki z napisem ‚no flash photograhpy!’, stąd zakaz jest rozszerzany o normalne osoby, takie jak ja. Niestety, większość strażników nie ogarnia, że przy fotkach bez błysku nie ma prawa stać się nic złego – aparat zapisuje to, co widzi. Skoro już wspomniałem o strażnikach – dobór krajów, w których możemy sobie pozwolić na łamanie takich zakazów powinien być proporcjonalny do łapówkarstwa w tych krajach oraz karności obywateli. Czyli w krajach byłego Związku Radzieckiego możemy sobie pozwolić na wszystko, jeżeli mamy przy sobie dostateczną ilość diengów. Przypuszczam, że w Ameryce Południowej i chrześcijańskiej Afryce jest podobnie. Za to kraje arabskie to już ryzyko utraty aparatu – w najlepszym przypadku. Chociaż gdzieś gdzie Allah nie widzi pewnie też za dostateczną ilość riali czy dirhamów można się dogadać. Można strzelać z biodra, ale tak w życiu nie zrobi się dobrej fotki (ja na prosto nadal mam problemy), zatem co pozostaje? Olać zakazy. Jeżeli jesteście turystą to w 99% ‚sorry, I didn’t know’ powinno wystarczyć jako usprawiedliwienie. Ale do tego trzeba mieć w sobie bezczelność – cechę tak bardzo przydatną w turystyce.

Cerkiew „Sweta Nedelja” jest istotna przede wszystkim z historycznego punktu widzenia. Sama św. Niedziela w tradycji katolickiej jest znana jako Dominika z Nikomedii. Albo raczej nieznana, bo przeciętny Kowalski na pewno o niej nie słyszał (tutaj autor blogu sugeruje, że ma wiedzę o świętych znacznie większą niż przeciętny Kowalski i może być odnośnikiem – pewnie tak właśnie jest). Sama świątynia pochodzi z X w., chociaż w XIX w. został w całości rozebrany. Najważniejszym artefaktem w środku są relikwie serbskiego króla Stefana II. Na kartach historii Bułgarii cerkiew zapisała się 213 ofiarami ataku terrorystycznego z 1925. Wtedy to komuniści, korzystając z pogrzebu jednego z generałów (wcześniej zamordowanego), dokonali zamachu na cara Borysa III. Cara na miejscu nie było, ale kilkaset osób zabitych i rannych spowodowały wprowadzenie stanu wojennego oraz krwawe czystki w partii komunistycznej. W 1933 poświęcono odbudowaną cerkiew.

Kościół świętej Paraskewy patronki siodlarzy (po angielsku to saddlers, czyli siodlarze, ale też i rymarze, nie podejmę się tutaj jednoznacznej oceny) to dowód na pewną ‚warstwowość’ Sofii. Kościół znajduje się bowiem kilka metrów poniżej obecnego poziomu miasta, ale i kilka metrów nad murami pierwotnej Serdicy, które możemy zobaczyć w innych miejscach miasta. Zresztą w tym miejscu znajdowała się rzymska świątynia. Jest to bardzo nietypowy kościół – raczej mała kapliczka o ścianach grubych na metr (dzięki czemu przetrwała w dobrym stanie). Wnętrze jest bardzo ciemne, ciasne i sprawia wrażenie jakby miało się zaraz zawalić – nie polecam osobom o skłonnościach klaustrofobicznych. Według jednej z legend w kościelnej krypcie został pochowany największy bułgarski bohater narodowy – Vasyl Lewski.

Meczet Banya Bashi to mój pierwszy meczet w życiu. Tak, mając lat 28 po raz pierwszy w życiu wszedłem do meczetu. Gdy byłem w Paryżu byłem za młody by się tym zainteresować, a mieszkając na Malcie wolałem się dobrze najeść i napić, niż pojechać do Paoli i zobaczyć muzułmańską świątynię. Trzeba było zdjąć buty i zostawić na półeczce przed wejściem – pierwszy szok kulturowy. Kolejne nadeszły równie szybko co ciosy Mike’a Tysona. Meczet stanowi nie tylko miejsce do modlitw, ale także schronienie. KAŻDY, bez względu na to czy wierzący czy nie, może przyjść i odpocząć, a nawet spędzić wewnątrz noc, jeżeli będzie miał ochotę. Oczywiście to teoria, ale bardzo zacna. Zdjęć wnętrza nie mam, bo nie wolno. Dziś już bym się odważył, nawet z goPro bym wszedł (w Bułgarii, w Paryżu czy Londynie już nie ;)). Ale tutaj wrzucę kamyczek, nawiązując do tego, o czym pisałem wcześniej. W meczecie nie ma żadnych obrazów boga, prawie każdy meczet to tylko symbole geometryczne z perfekcyjnie zachowaną symetrią oraz delikatnymi ornamentami roślinnymi. Dlaczego zatem nie mogę wewnątrz zrobić zdjęć? No ale pieprzyć logikę. Banya Bashi znaczy ‚wiele myjni’ i nawiązuje do znajdujących się pod meczetem źródeł termalnych. Niestety, hammam, znajdujący się zaraz obok meczetu, nie przetrwał próby czasu.
Do synagogi nie wszedłem. Bo jestem ignorantem religijnym i zapomniałem, że sobota to szabas i wyznanie mojżeszowe odpoczywa. A w niedzielę rano miałem wylot. Cóż, pozostało mi pocałowanie klamki.

Cerkiew czy też rotunda św. Jerzego to najstarszy budynek w Sofii. I to nie jest tak, jak w niektórych miastach, że budynek A jest z roku 1780, a budynek B jest starszy, bo pochodzi z 1770. Rotunda jest z czasów Cesarstwa Rzymskiego, czyli z IV w. n.e.! Czyli jakieś 1700 lat! Wow. Przed kościołem znajdują się fundamenty innych budowli, co do których są tylko przypuszczenia, ale archeologowie sugerują, że jednym z nich był duży budynek użyteczności publicznej. Dosyć śmieszny kontrast stanowi zatem lokalizacja – w podwórku na tyłach ciężkich budowli w stylu socrealizmu – Pałacu Prezydenckiego i hotelu Sheraton. Za czasów Imperium Osmańskiego był tutaj meczet, a muzułmanie zamalowali zabytkowe freski z lat 400-1200, które jednak udało się w XX w. odrestaurować. Z pewnością ten kościół, ze względu na otoczenie, jest jednym z ciekawszych, na które się natknąłem.

Cerkiew Mądrości Bożej to kolejne miejsce z ciekawostką. Wybudowana w VI w. na ruinach poprzednich świątyń rzymskich, zniszczonych przez najeźdźców (germańskich KURWA oprawców), nie posiadała dzwonnicy. Osoby bardziej zainteresowane historią, wiedzą jak ważną rolę społeczną pełniły kiedyś dzwonnice, ale z braku laku, dzwon powieszono na pobliskim drzewie i tak zostało do dzisiaj. Podczas okupacji tureckiej, kościół był zmieniony na meczet (czy tylko mi się wydaje, że dawniej muzułmanie byli bardziej cywilizowani?) i przed wejściem dobudowano minaret. Zrządzeniem losu, rejon nawiedziły wówczas liczne trzęsienia ziemi, które niszczyły regularnie odbudowywaną świątynię. Po jednym z takich incydentów runął minaret i Osmanie, ze strachu przed chrześcijańskim bogiem, nigdy go nie odbudowali.

Sobór św. Aleksandra Newskiego to taka wisienka na torcie. A raczej wiśnia. Albo i arbuz. Jest tu olbrzymi przepych – alabster, onyks z Brazyli, marmury włoskie, pozłacane kopuły, mozaiki z Wenecji, bramy z Wiednia, metalowe elementy z Berlina. Ludwisarze stworzyli dwanaście dzwonów o łącznej wadze 23 ton. Tylko w tym bogactwie brak jest duszy. Mając do wyboru wspominany wyżej kościół św. Paraskewy, w który zmieści się kilkanaście osób, a ponad dziesięć tysięcy w soborze Nevskiego (na Bałkanach większy kościół znajduje się tylko w Belgradzie), to bez wahania wybrałbym to pierwsze. Oczywiście, to jeden z głównych symboli Sofii i całej Bułgarii, powód do dumy mieszkańców kraju, miejsce pielgrzymek… Ośmielę się napisać, że taki bułgarski Wawel, bo znajdziemy tutaj relikwie cara Aleksandra Nevskiego, tylko co z tego? Złote litery na ścianach to nie mój styl. I żebyśmy się zrozumieli – to przepiękny, ekskluzywny budynek, w którym można spędzić dużo czasu. Ale gdzieś brakuje tutaj idei chrześcijaństwa.

To oczywiście nie wszystko. We wpisie ledwie liznąłem centrum. Jest jeszcze urokliwy kościół mniejszości rosyjskiej pod wezwaniem św. Mikołaja. Bardziej na obrzeżach miasta kościół Siedmoczislenników, zaadoptowany z meczetu (jak zauważyliście powyżej, zazwyczaj bywało odwrotnie). Cerkiew Bojańska znajdująca się na światowej liście zabytków UNESCO. Katolicki kościół pw. św. Józefa, w którym posługę pełnią bracia Kapucyni z Polski. A do tego wystarczy wyjechać w dowolne góry otaczające Sofię, by napotkać mnóstwo klasztorów. Dla zwolenników takich wrażeń – zupełnie jak optymiście na cmentarzu – same plusy.

Zostaw Komentarz