Sławutycz i pociąg do sarkofagu

Sławutycz i pociąg do sarkofagu

zamieszczone w: Europa, Ukraina | 0

Wpis będzie nieco dotyczył historii Strefy Wykluczenia, ale inaczej po prostu się nie da. Wiele osób mówi, że Sławutycz podzieli w przyszłości losy Prypeci i być może rzeczywiście tak będzie. Na razie można zobaczyć na własne oczy zabawę w Sim City i Transport Tycoon Deluxe rozmaitych szych w dużej mierze przypominające fantastyczną scenę z ‚Poszukiwany, Poszukiwana’ nieodżałowanego Stanisława Barei. I cały czas jest to projekt w budowie. I wszystko wskazuje, że taki stan pozostanie na długo.

Sławutycz to malutkie miasteczko wybudowane jako baza dla pracowników elektrowni atomowej po katastrofie i obowiązkowej ewakuacji Prypeci. Po nieszczęśliwej awarii, dla pracowników elektrowni atomowej stworzono kolejny raj. Tak jak Prypeć było miastem idealnym i nowoczesnym, tak samo miało być ze Sławutyczem. Wielokulturowość Związku Radzieckiego miała przejawiać się w stylu budowli miasteczka. Każdy z kwartałów, na które podzielony jest Sławutycz bierze swoją nazwę od stolic republik dawnych SRR i zapożycza od nich także, podobno, styl budowlany. I tak mamy bloki z wielkiej płyty w stylu kijowskim, bakijskim, ryskim, moskiewskim itp. Nie znam na tyle architektury tych miast, ale charakterystyczne cechy Kijowa oraz Tbilisi, które niedawno wizytowałem i dobrze pamiętam, zostały zachowane. Nie mam niestety fotek, bo w Sławutyczu bywaliśmy głównie po zachodzie i przed wschodem słońca, a oświetlenie miasta miało charakter symboliczny.

Małe miasto jest do przejścia w 20 minut. Jest stadion, place zabaw, hala sportowa, coś na kształt rynku z pomnikami poświęconymi katastrofie. Są dwa supermarkety, kilka mniejszych sklepików, kilka kwiaciarni w odległości dosłownie paru metrów od siebie, stacja kolejowa połączona z autobusową przy której jest także mini hala targowa oraz plac handlowy pod otwartym niebem. Na targowisku jest oczywiście wszystko, począwszy od świeżych (?) ryb i mięsa, owoce, narzędzia, ciuchy, papierosy i alkohol. W naprawdę przystępnych, nawet na Ukrainę, cenach. Poza tym są dwie restauracje, z czego jedna jest także dyskoteką, oraz pub ‚Atlant’, który można zdefiniować jako mordownia. Trudno powiedzieć, że w dni powszednie popołudniu i wieczorem istnieje w Sławutyczu jakiekolwiek życie. Ulice są puste, wyżej wymienione restauracje również (a trzeba przyznać, że ‚Stary Tallinn’ jest lokalem na poziomie), ale w piątki coś się dzieje.

Wracając, jeszcze niedopici ale już po kilku kolejkach bimbru, do swojej kwater, zaczepiamy lokalną młodzież z pytaniem gdzie można iść tańcować. Do tej pory każdy ze stałych, polskich bywalców Strefy wskazywał nam Atlanta, z zastrzeżeniem że można dostać po ryju. Szukałem zaś przyjemniejszego sposobu na spędzenie wieczoru. Tymczasem młodzież mówi, że jak pójdziemy w prawo, potem znów w prawo, to zaraz obok będzie dyskoteka. Hmmm… Challenge accepted. I co się okazuje?! Wow! No jest. Budynek, który codziennie pełni rolę domu kultury czy tam kina, w piątkowe wieczory zmienia się nie do poznania. Z kilkoma godzinami spędzonymi w tym miejscu wiąże się wiele anegdot i historyjek, które z chęcią opowiem w stanie wskazującym na spożycie. Dość powiedzieć, że spotkałem tam anioła ze Sławutycza. Trochę innego niż na pomniku w centrum miasta.

Jedyną drogą do elektrowni w Czarnobylu jest kolej eksterytorialna? Dlaczego tak? Spójrzcie na tę mapę, na której wyraźnie widać granicę białorusko-ukraińską. Cóż, Europa to nie Sahara, gdzie granice wyznaczano od linijki. Zatem albo jedziemy prawie trzysta kilometrów tylko przez Ukrainę, zahaczając o Kijów, o ile to w ogóle możliwe, albo korzystamy z kolejki. Dwadzieścia minut przed pociągiem do elektrowni, odjeżdża osobowy do białoruskiego Gomel, więc lepiej się nie pomylić, bo konsekwencje mogą skończyć się (nie)ciekawą przygodą. Tylko jednego dnia zdarzyło się, by konduktor sprawdzał paszporty, następnym razem wydawał się już całą wyprawę znać. Zresztą to nic dziwnego, bo pociąg jest bardzo specyficzny i jeżeli przez długi okres czasu poruszają się nim te same osoby, to mają nawet ulubione miejsca i zajmując jedno z nich, popełniamy straszne faux pas.

W ciągu doby, kolej kursuje czterokrotnie. Raz z rana, dwukrotnie wieczorem i raz w nocy. Wracając, jesteśmy najbardziej zmęczonymi osobami w przedziale i kilku z nas zasypia. Dla pracowników elektrowni to dzień jak co dzień i zdecydowanie nie zazdroszczę im tego dojazdu.

Tuż przed granicą z Białorusią jest jeszcze jedna stacja, a po chwili, przejeżdżając nad Dnieprem, jesteśmy już w kraju towarzysza Łukaszenki. Sześćdziesięcio-kilometrowa podróż trwa około czterdziestu minut. Przyznam bez bicia, że nie przepadam za podróżami koleją w Polsce. Pewnie nie jestem jedyny. Jest mało komfortowo, mało punktualnie, niezbyt szybko, a trzeba zapłacić sporo pieniędzy. Siatka połączeń też pozostawia wiele do życzenia. Stąd ta wycieczka była dla mnie swoistą atrakcją turystyczną. Zaczyna się dość żywo, wymiana powitań, ktoś wyciąga gazetę, inny karty, ale duża część udaje się w objęcia Morfeusza. W końcu jest dopiero 7:40 rano, a jednostajne tempo pociągu oraz monotonne widoki, w dodatku widziane po raz kolejny, nie dostarczają rozrywek.

W Semihodach, czyli na stacji kolejowej bezpośrednio obok elektrowni, czeka nas kontrola paszportowa (bo pamiętajcie, że paszport to najważniejszy dokument na Ukrainie, zawsze miejcie go przy sobie), odprawa BHP  – dla świętego spokoju i, w autokarze wyraźnie pamiętającym lepsze czasy, zaczyna się podróż po Strefie Wykluczenia. Procedura opuszczenia Strefy jest nieco bardziej skomplikowana, gdyż musimy przejść przez bramki dozymetryczne, które zapipczą jeżeli będziemy napromieniowani ;) A wtedy już czapa :)

Pierwsze kroki, a raczej pierwszy kurs, autokar obiera pod sarkofag. Sarkofag to największa legenda Czarnobyla i dojna krowa, dzięki której przez kilka(naście?) najbliższych lat, Sławutycz będzie jeszcze istniał i miał inne zajęcie poza spożywaniem alkoholu w ilościach nieskończonych albo gorzej. Jak sama nazwa wskazuje, jest to grobowiec uszkodzonego reaktora. Ukraina dostaje pieniądze z Unii Europejskiej na zabezpieczenia, wszystko oczywiście pod egidą firm unijnych, zatem są sami zwycięzcy, racja? No, może poza podatnikami, ale kto by się nimi przejmował.

W ogóle pomnik przed sarkofagiem jest kolejnym przykładem paranoi w Strefie. Bo pomnikowi można zrobić zdjęcia, nowo budowanemu bunkrowi także, ale już staremu nie. Oczywiście w dobie aparatów o kosmicznym zoomie, jest to przepis kompletnie martwy, ale stoi pan strażnik i pilnuje. Przede wszystkim swojego etatu.

Zostaw Komentarz