Serenissima Repubblica di San Marino

Serenissima Repubblica di San Marino

zamieszczone w: Europa, San Marino, Włochy | 0

Gdy byłem mały młodszy, marzyłem o odwiedzeniu wszystkich ‚europejskich liliputów’ (Andora, San Marino, Liechtenstein Watykan, Luksemburg, Malta i Monako). Na Malcie mieszkałem, a dzięki San Marino mam już odhaczone dwie pozycje z siedmiu. Ponadto na przykładzie San Marino dowiedziałem się co znaczy słowo enklawa. Tyle rysu biograficznego związanego z tym maleńkim i uroczym państewkiem. Gdybym miał określić San Marino krótkimi słowami, powiedziałbym – mały, ale wariat. Zupełnie jak mój… dobra, nie drążmy tego tematu.

Najpierw trochę o samym państwie – historycznie jest to jedna z najstarszych republik na świecie. Nigdy nie zdobyta głównie ze względu na wspaniałą pozycję obronną oraz znikomą, do kosztów oblężenia, wartość strategiczną. Jest jednym z najbogatszych państw w Europie (per capita), ma bardzo niski wskaźnik bezrobocia i nadwyżkę budżetową – zwrot w Polsce niemal nieznany. Świetna sytuacja ekonomiczna to zasługa kilku czynników – przede wszystkim całe państwo jest strefą wolnocłową, co dla turysty oznacza, że towary luksusowe czy akcyzowe są znacznie tańsze. Ponadto spore wpływy SM odnotowuje ze sprzedaży artykułów kolekcjonerskich – monet i znaczków oraz turystyki. Za taką małą głupotkę jak wbicie pieczątki do paszportu, trzeba zapłacić 2.5€. I tak ziarnko do ziarnka, bilet do biletu, jakieś picie (bo gorąco), coś do jedzenia i za dobę w San Marino zostawiamy lekką ręką 35€, bez większych zakupów.

Zacznę od małej wskazówki, której nie znajdziecie wszędzie. Jadąc do miasta San Marino, wysiądźcie u stóp góry Titano, w miejscowości Borgo Maggiore. Jest mikroskopijna (6000 mieszkańców), zwiedzenie starego miasta zajmuje raptem kilka minut, a większym problemem było przedostanie się na drugą stronę ulicy. W końcu zrozumiałem kurę! Sanktuarium widzicie na zdjęciu, tak jak drogę do niego. Zgadza się, przejścia brak. Z przyczyn oczywistych, im dłużej szukaliśmy przejścia, tym większe było wyzwanie. W końcu się poddaliśmy i spytaliśmy lokalnych budowlańców. Mnóstwo gestykulacji pomogło nam odnaleźć drogę. Trzeba zejść tą uliczką, skręcić w inną, pójść nią do końca i tam jest zejście do podziemnego tunelu. No tak, oczywista sprawa. Główną atrakcją miasteczka jest kolejka linowa, która, za odpowiednią opłatą, zawiezie nas na szczyt. Do tego jeżeli chcecie kupić jakieś pamiątki – zróbcie to w sklepie przy kolejce linowej. Jest ZNACZNIE taniej niż w samym San Marino.

Do San Marino najlepiej dojechać na własną rękę, ale jeżeli jest to niemożliwe, autobusy z Rimini odjeżdżają codziennie w godzinnych odstępach. Jeżeli spodziewamy się tłumów (weekend, szczególnie w sezonie urlopowym ), warto wsiąść na pierwszym przystanku, na skrzyżowaniu V. Tripoli i V. Regina Elena. Mamy pewność, że kierowca nie powie nam ‚scusi, nie ma miejsc, arrivederchi’. Zaraz obok możemy też kupić bilety.

Po wjechaniu na górę nie ma już zbyt wielu miejsc w kategorii ‚must-see’. Raczej trzeba się skupić na romantycznych wędrówkach starówką. Na pewno warto wejść na wieże, z których widok – prawdopodobnie – zapiera dech w piersiach. Jeżeli ktoś jest skąpy (bilet to chyba 6€) lub powolny, jak ja, może robić fotki z murów obronnych. Aż tak wiele nie straci. Ja byłem do tego zmuszony, gdyż wieże są czynne do 17:12, bilety sprzedawane do 16:42, a ja do nich dotarłem przed 18:00… Pocałowałem klamkę i poszedłem dalej.

Z innych miejsc – Basilica di San Marino z połowy XIX w. jest spora, ale bez przepychu w środku. Określiłbym ją raczej jako surową, ale nie znam się na sztuce ani architekturze. W muzeum miejskim nie byłem, a konsensus dotyczący pozostałych tworów dla turystów (muzeum wilkołaków i wampirów, muzeum tortur, figur woskowych i podobne) jest jeden – nie warto. Na pewno warto przyjrzeć się licznym rzeźbom, umiejscowionym w rozmaitych miejscach miasta.

Lepiej zjeść piadinę, przy tym ile mamy chodzenia w górę i w dół – na pewno dodatkowe kalorie się przydadzą. Nie warto popijać lokalnym piwem (za kosmiczną cenę 4€), które degustowałem i swoją degustację zarejestrowałem na filmiku. Może kiedyś w przypływie szaleństwa wrzucę. A jeżeli mamy jeszcze na coś czas, to można pochodzić po sklepach. Poza licznymi sklepami z alkoholami (tylko tam kupujcie wodę, nie zapłacicie 2€ za butelkę!) są sklepy z bronią współczesną i replikami kusz, łuków czy mieczy. Wiele miejsc dla filatelistów i numizmatyków, a także dziwaczne sklepiki o tematyce świątecznej czy jubilersko-fantasy.

Zostaw Komentarz