Ryga – gdzie Niemiec spotyka Rosjanina

Ryga – gdzie Niemiec spotyka Rosjanina

zamieszczone w: Europa, Łotwa | 0

Pierwsza ocena Rygi po wywleczeniu się z autokaru? ‚O kurwa kurczak, jak zimno i mokro’. Takie wrażenie pozostało do samego końca, bo przez trzy dni zawsze chociaż raz padało, zawsze temperatura oscylowała w okolicach zera stopni Celsjusza i zawsze było pochmurno. Wrażeniu nadmiernej wilgotności nie pomaga, że Ryga leży u ujścia Dźwiny do Morza Bałtyckiego. Do tego dworzec autobusowy (a przynajmniej miejsce gdzie przystanek miał Simple Express, nie jestem pewien czy to dworzec, powiem nawet że mam ku temu poważne wątpliwości) znajduje się zaraz nad rzeką oraz przy dawnych halach, w których budowano zeppeliny. Czyli już bliżej dzielnicy rosyjskiej. I było to bardzo wyraźne.

Całe szczęście, że udało nam się trafić na hotel w samym sercu starego miasta, Kolonna Hotel Riga, za marne 120€ za dwie noce, otrzymując dwa pokoje (dla trzech osób) ze wspólną łazienką. Dlaczego to tak tanio? Lokalizacja, lokalizacja, lokalizacja. Jasne, bez problemu można dostać miejsce w akademiku za 10€/dobę albo i mniej, ale po opowieściach, które słyszałem, zimą nigdy bym się na to nie zdecydował. Bo, podobno, w wielu dzielnicach Rygi ciepła woda, szczególnie podczas chłodniejszych miesięcy, nadal jest dobrem luksusowym. Teoretycznie to samo słyszałem o prawie każdym mieście na wschodzie (nie tylko dawnego ZSRR, pozdrawiam Przemyśl i Lublin), a życie przeważnie weryfikowało te opinie. Stąd i tutaj jestem dość sceptyczny, ale wolałbym się nie przekonać na własnej, nomen omen, skórze.

Jednym w ważniejszych pozytywów mieszkania w centrum Vecrigi (czyli po łotewsku Starej Rygi) są oczywiście rozmaite jadłodajnie oddalone o rzut beretem. Na przykład zaraz przed hotelem była siedziba LIDO. LIDO to łotewska sieć gastronomiczna z lokalnym jedzeniem, posiadająca także własny browar, coś na kształt lunaparku, oferująca catering itd. Jedzenie jest w formie bistro, ale nie uśmiecha się po nim brzuszek. Ot, zwykła zapchajdziura na wagę – mamy podobne pseudorestauracje w Polsce. To nie jest jakieś podłe jedzenie, ale nie jest też to kuchnia robiona na miejscu przez kucharza, tylko masówka. W znacznie lepsze miejsce trafiliśmy następnego dnia, dzięki pomocy uroczej pani concierge, będącej na stażu w hotelu. Mieszczący się w podziemiach jednej z kamienic Folkklubs Ala to po prostu wspaniały pub z lokalną muzyką – często na żywo, sporym wyborem potraw i zakąsek i fenomenalną obsługą. No i zacnym wyborem alkoholi – mnóstwo piw, lokalnych i importowanych, cydrów, alkoholi cięższych (było Vana Tallinn, był Balsam Ryski), a nawet samogonu. Nie mogłem nie spróbować i… Pijało się znacznie lepsze wyroby domowe – ten strasznie dawał chemią, pamiętam do dzisiaj. W pięć osób spędziliśmy tutaj dobrych kilka godzin, a kieszeni za bardzo nie zabolało. Bimber był za jakieś 2 Łaty (obecnie już na Łotwie płaci się w Euro, Łat to jakieś 6-7 zł), wielki drewniany talerz zakąsek to chyba 15 Łatów – nie ma bólu i szczerze polecam tę miejscówkę, chociaż o miejsce jest bardzo ciężko i, przychodząc z ulicy, załapaliśmy się dosłownie na ostatnie miejsca, a wszystko było już porezerwowane.

Stara Ryga jest piękna. Ani trochę nie dziwi mnie, że całe stare miasto wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mimo zniszczeń w czasie drugiej wojny światowej (Łotwa była wolna w czasie Międzywojnia, potem wcielona siła do ZSRR w 1940, zdobyta przez Niemców rok później i wyzwolona zdobyta przez Armię Czerwoną 13 października 1944), miasto nadal imponuje, a wiele budynków wygląda na nietknięte. Stare miasto to mieszanka budynków od gotyku aż po secesję. Koronnym przykładem mogą być trzej bracia – zespół trzech kamienic wybudowanych w stylu gotyckim, barokowym i z wpływami manieryzmu, których nie uchwyciłem w całości na zdjęciu, bo jestem głupkiem :) Obecnie jest to siedziba łotewskiego muzeum architektury. Wartych zobaczenia i ociekających historią budynków jest o wiele więcej – chociażby Dom Kotów, które stały się symbolem Rygi i można je dostać w każdym sklepie z pamiątkami. Legenda mówi, że właściciel kamienicy, nie darzący sympatią miejskich rajców, polecił na dachu zamontować dwie statuy kotów z podniesionymi ogonami, odwróconymi tyłem do budynku Rady Miejskiej.

Przepiękna rekonstrukcja Domu Czarnogłowych, w którym podobno podpisano Traktat Ryski, pochodzi niestety z ostatnich lat XX wieku. Pierwotny budynek z XIV w. został zrównany z ziemią przez nazistowskie bombowce, a następnie jeszcze bardziej zniszczony przez Sowietów w 1948 (jak bardzo mnie to nie dziwi :)). Nawet wieża prochowa, która obecnie przylega do Muzeum Wojny, jakoś tak dobrze komponuje się z innymi budynkami. Ryga to w ogóle przykład, jak dobrze można łączyć architekturę różnych stylów. Naprzeciw secesyjnej dawnej siedziby giełdy ryskiej znajduje się katedra z XIII w. i wygląda to naprawdę dobrze. A multum zdobień na murach kamienic, tak typowe dla secesji, powoduje że zwiedzamy miasto z zadartymi wysoko głowami. Nawet latarnie miejskie utrzymane i wpasowane są w koncepcję. Konserwator zabytków odwalił w stolicy Łotwy kawał dobrej roboty, czego nie można powiedzieć o wszystkich większych miastach Europy.

O ile stare miasto i dzielnicę zwaną Przedmieściem Moskiewskim zwiedzaliśmy z przewodniczka z Riga Free Tours, o tyle do nowszej części miasta udaliśmy się już raczej sami. Tak, chodzenie z Łotyszką skończyło się wprawdzie w nowszej części Rygi, pod teatrem współczesnym oraz niedaleko hotelu (chyba Radisson), który jest najwyższym budynkiem miasta, ale było traktowane bardzo pobieżnie. A ponieważ ja koniecznie musiałem odwiedzić Narodowy Bank Łotwy, razem z kumplem spędziliśmy naprawdę dużo czasu klucząc po mieście, bo okazało się że budynek oznaczony jako 1c (tak, 1c, co sugeruje że to jakaś klitka, skoro jest jeszcze 1b i 1a) zajmował całą przecznicę (!), a mimo to nie był oznaczony na googlemaps. I oczywiście kiedy dotarliśmy na miejsce był już nieczynny i musiałem zwlec się z łóżka i przybyć tam znów następnego dnia o 8 rano. A dla mnie 8 rano to jak dla normalnego, białego człowieka 5. Albo i wcześniej.

Na drugą stronę Dźwiny nie przeszliśmy, chociaż wydają się to sugerować zdjęcia. Rzeka jest WIELKA. Jasne – to ujście do Bałtyku, ale po wejściu na most wydawało się, że idziemy, idziemy i idziemy, a końca nie widać. Tutaj znowu atakuje nas secesja pełną parą. Ktoś zapyta skąd tyle budynków właśnie w takim stylu. Od połowy XIX w. Ryga rozrastała się w niesamowitym tempie, w przeciągu 70 lat podwajając liczbę mieszkańców (do 500 tys.) i stając się trzecim największym miastem Rosji Carskiej oraz największym portem. Poza setkami naprawdę przepięknych kamienic wybudowano takie budynki jak olbrzymie Muzeum Narodowe (1905 r.) czy Akademię Sztuk Pięknych (1921 r.) i nie trzeba być wybitnym znawcą architektury (ja nie jestem) by dostrzec ich piękno.

Nie sposób nie trafić także na smutne elementy – te same, o których pisałem przy okazji wpisu o Wilnie. Dawna siedziba KGB, również mieszcząca się w secesyjnej kamienicy, jakżeby inaczej, została uporządkowana i udostępniona dla zwiedzających w 2014 roku ze względu na wybór Rygi jako Europejskiej Stolicy Kultury… Co to ma wspólnego z kulturą – nie wiem, nieważne. Dobrze jednak, że taki budynek jest otwarty, bo komunistyczne zbrodnie można wybaczyć, ale nie można o nich zapomnieć. A te budynki przypominają, nawet jeśli na Polaku o względnej świadomości historycznej nie robią one absolutnie żadnego wrażenia. Pomnik ‚Czarnych Drzwi’ pod siedzibą KGB także zdaje się być mocno neutralny i wydaje się nieco rozmywać historię, tak by nie drażnić śpiącego na wschodzie niedźwiedzia. Nie tylko na wschodzie…

Bo przecież Ryga jest w połowie rosyjska. Ludności rdzenna została po wojnie wywieziona przez wyzwolicieli na Syberię, a w zamian nawieziono Rosjan. I, jak to bywa w takich przypadkach, nie był to kwiat Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Kto chciał, mógł przyjeżdżać, a wymiana ludności doprowadziła do tego, że obecnie Łotysze stanowią 42% ludności, a nieasymilujący się Rosjanie prawie 40%. Zresztą przewagę procentową w liczbie mieszkańców, Łotysze uzyskali dopiero w 2006 roku. W szczycie komunizmu, Rosjanie stanowili prawie 50% populacji Rygi. Nie miałem bowiem wątpliwości, że Łotysze przez setki lat związków z Hanzą, Rzeczpospolitą Obojga Narodów czy Szwedami, nabrali wielu cech germańskich. Zresztą zawsze, nawet gdy kraj był pod okupacja czy inną formą wasalizacji, autonomia ryska pozostawała na bardzo wysokim poziomie i nikomu nie zwykło to przeszkadzać póki płacone były podatki z jednego z najważniejszych węzłów handlowych Morza Bałtyckiego.

Do tej pory strach przed Rosjanami, całkiem uzasadniony, pozostał. Do dzielnicy zamieszkałej głównie przez ludność napływową byliśmy przez przewodniczkę długo przygotowywani. Głęboko pochować portfele, uważać na zaczepki, a samemu to już w ogóle lepiej nie przychodzić, szczególnie nocą. Cóż, wydaje mi się że takie przestrogi są kierowane raczej do lekkoduchów z południa Europy czy Amerykanów. W Polsce wiemy instynktownie gdzie można dostać w ryj i co zrobić, by takiego losu uniknąć. A jest tutaj kilka miejsc wartych zobaczenia. Przede wszystkim hale targowe centrāltirgus, zaadoptowane ze starych hangarów produkujących sterowce. Swego czasu największe targowisko w Europie, nawet teraz robi wrażenie i by je dokładnie zwiedzić trzeba pewnie paru godzin. Kupić można tutaj oczywiście wszystko, ale największą uwagę zwracają (także zapachem) rozmaite ryby oraz kawior.

Oczywiście dla mnie najciekawszym elementem tej dzielnicy był wieżowiec Akademii Nauk Łotwy, tak bardzo podobny do Pałacu Kultury i Nauki oraz kilku innych budynków rozrzuconych po byłych republikach ZSRR i państwach od niego zależnych. Oryginalne siedem sióstr Stalina były rozrzucone po Moskwie – ich budowę rozpoczęto na 800-lecie powstania Moskwy w 1947 r. i miały symbolizować potęgę Związku Radzieckiego. Począwszy od lat 50. na bazie tych budowli powstały podobne w Bukareszcie, Pradze czy Kijowie, które miały być swoistym hołdem dla wielkiego brata i wielkiego wodza. W budynku znajduje się mnóstwo biur, siedziba kilku agencji rządowych, restauracja oraz taras widokowy. Niestety dość często nieczynny ze względu na panujące warunki atmosferyczne.

Są także pozostałości po żydowskim getcie z czasów II wojny światowej. Podczas operacji Barbarossa, jeszcze przed utworzeniem getta, Niemcy wymordowali około 30 tysięcy Żydów, a reszta została zamknięta w getcie październiku 1941. W niespełna dwa miesiące niemieckie Einsatzgruppen wymordowały prawie 25 tysiące Żydów, głównie starców, kobiety i dzieci, co stanowi drugą największą masakrę w historii II wojny światowej. Więcej o masakrze w Rumbuli możecie oczywiście poczytać na wikipedii.

Chociaż mogłoby się tak wydawać, kościoły Rygi nie są tematem-rzeką. Od pierwszego spojrzenia na miasto można zobaczyć górujący kościół św. Piotra. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z roku 1209 i był to wówczas największy kościół Inflantów, jednakże z tego okresu pozostały tylko fragmenty naw. Późniejsza gotycka część została stworzona przez niemieckiego architekta i bazowała na katedrze z Rostocku. Sięgająca 136 metrów dzwonnica zawaliła się w 1666 roku. Od tego czasu budynek był wielokrotnie rekonstruowany i niszczony, w czasie wojny doszczętnie, a obecny kształt zewnętrzny i wewnętrzny odzyskał w 1991. Wtedy też luteranie wznowili msze w kościele. Jednym z ważniejszych zabytków kościoła jest mająca ponad 3 metry wysokości menora, która została przeniesiona przez nazistów w ramach przesiedlania volksdeutschów i do 2012 rezydowała we Włocławku.

Poza vecrigą najciekawszym obiektem sakralnym jest sobór Narodzenia Pańskiego. Jest to największa cerkiew krajów bałtyckich i aż dziw bierze, że do dziś nie została przemianowana na cerkiew Aleksandra Nevskiego ;). Wybudowana w stylu neobizantyjskim albo wzbudza mieszane emocje, bo wygląda bardzo egzotycznie i nietypowo. Ja skłaniałbym się raczej ku opinii negatywnej, głównie ze względu na kolorystykę, ale to oczywiście kwestia gustu. W czasach okupacji sowieckiej, budynek pełnił rolę planetarium.

Ryga powinna być na liście miejsc do odwiedzenia każdego podróżnika, nie tylko tych zakochanych w architekturze secesyjnej. Owszem, trzeba trafić na dobrą pogodę, bo to znacznie podnosi walory wizualne wszystkiego, ale nawet jeżeli nie będzie mgły, powinniście się cieszyć. Niestety, brzmi to okrutnie, ale tak właśnie jest. Całe szczęście, że nie jest to wycieczka na Ziemię Ognistą czy Spitzbergen. Dojazd do Rygi z wschodniej Polski to grosze, lot już nieco droższy, ale zawsze komfort kosztuje. Moja rada – zaplanujcie sobie wycieczkę do stolicy Łotwy na któryś weekend – widoki zrekompensują ceny noclegu w hotelu.

Zostaw Komentarz