Ronda – Dwa kroki od śmierci w białym miasteczku

Ronda – Dwa kroki od śmierci w białym miasteczku

zamieszczone w: Europa, Hiszpania | 0

Obiecałem sobie, że przed wyjazdem do Gruzji naskrobię jeszcze coś na blogu. A ponieważ obietnic warto dotrzymywać, zwłaszcza tych danych samemu sobie, tworzę. Do Kutaisi wylatujemy wprawdzie dopiero około 15:00, ale do Warszawy wyjeżdżamy o 7:00, a ja mam i tak pracę w zasadzie do samego rana. Nawet nie wiem, czy uda mi się zdrzemnąć przed podrożą autobusem do stolicy. I tak się zastanawiałem, o czym by tu napisać. Żeby było krótko i zwięźle, a jednocześnie żeby dokończyć rozpoczęte wątki. Glasgow albo Edynburg? No nie, nie mam tyle czasu ani notatek pod ręką. Podobnie z Granadą czy Malagą. Ale, ale… jest przecież Ronda. Ok, fotek do obrobienia bardzo dużo, ale pisania mało. No to jedziemy, a fotki najwyżej się dorzuci po powrocie z Kaukazu. Amatorka pełną gębą.

Jeżeli zwiedzasz Andaluzję, dopisz Rondę do obiektów, które koniecznie musisz zobaczyć. Może ponosi mnie tutaj ułańska fantazja, ale dużo chętniej odpuściłbym wizytę w Maladze niż w Rondzie i trochę żałuję, że spędziłem tutaj tylko kilka godzin. A jeżeli już zdecydujecie się na podróż do tego malowniczego miejsca, koniecznie skorzystajcie z pociągu. Podróż na trasie Algeciras – Granada jest przeurocza. Prawie cały czas spędzamy na podziwianiu widoków, długi czas spędzając u podnóży Parku Narodowego Los Alcornocales, potem przejeżdżając przez równiejsze tereny i ważne dla regionu miasteczka typu Bobadilla. Zresztą pisałem o tym przy okazji innego wpisu dotyczącego Andaluzji, więc nie chcę się powtarzać.

Sama Ronda to niecałe czterdzieści tysięcy mieszkańców nastawionych, na moje oko, niemal w 100% na turystykę. Nie wiem czy przesadzę, jeżeli określę tę mieścinę mianem małego San Marino, ale Ronda miała nie tylko znaczenie historyczne. O historii możecie poczytać na wikipedii, czy w innych źródłach, stąd kopiowanie tutaj powszechnie dostępnego info nie ma większego sensu, lepiej dokonać wodolejstwa, co właśnie uczyniłem. Szkoda, że nie dostaję wierszówki, jak dawniej. Znaczenie historyczne jest drugorzędne, wobec znaczenia artystycznego. Do najbardziej znanych twórców spędzających sporo czasu w Rondzie należą Ernest Hemingway i Orson Welles. Zresztą wydarzenia w Hemingway’owskim ‚Komu bije dzwon‚ inspirowane są bezpośrednio strącaniem ludzi w dół kanionu El Tajo.

Nasuwa się zatem pytanie – co warto zobaczyć w Rondzie i dlaczego (i za ile)? Odpowiedź nie jest prosta – na pewno samo położenie miasteczka jest niepowtarzalne, widoki są za darmo i rzadko kiedy mamy do dyspozycji panoramę kilku stron świata dostępną w zasadzie po przejściu na drugą stronę ulicy. Warto wypić i zjeść coś w restauracji z widokiem na Andaluzję i przejść się parkiem, zaczynającym się zaraz przy informacji turystycznej. Arena do walk z bykami? Za 6€? Niekoniecznie. Tym bardziej, że walki byków nie uświadczymy, co dla niektórych może być plusem, a dla innych minusem. Może i jest to największa, a na pewno najstarsza arena do corridy w Hiszpanii, ale niewiele różni się od innych.

Kościoły i klasztory? Za wejście do największego w mieście kościoła Santa Maria La Mayor (co przetłumaczyłem sobie jako Kościół Matki Boskiej Większej, jeżeli błędnie, dajcie znać) liczą sobie 4€. Bardzo nie lubię sytuacji, gdy wejście do jakiegokolwiek obiektu sakralnego, nie będącego własnością prywatną, muszę zapłacić. Bo jest on utrzymywany nie tylko z biletów wstępu, ale również z moich podatków. Tym bardziej 4€ za obiekt w jakiejś pipidówie, przy podobnej cenie za katedrę w Granadzie, jest co najmniej dziwne. Ale postać rapującego Jezusa rekompensuje wszystko :).

Czy warto schodzić pod Puente Nuevo? Oczywiście. Ale to nie jest zejście dla każdego. Szpileczki, sukieniunie i tipsy odpadają. Droga jest trudna, stroma, nie wszędzie są schody, nie wszędzie jest się czego złapać. Ba! O mało nie straciłem tam życia. Stwierdziłem bowiem, że w pobliżu jest dobre miejsce do fotki. Jeden problem to dojście do niego. Na dole kanionu standardem są betonowe ścieżki o szerokości mniej więcej jednego metra, ale większość z nich z jednej strony ma ścianę, o którą można się opierać, a po drugiej resztki barierki. Ta z jednej strony miała strumyk, a z drugiej klif. Wszedłem na nią, a po dwóch metrach spojrzałem w dół. I to był koniec mistrzostw, dalej już nie poszedłem i tylko zastanawiałem się, co zrobić żeby wpaść do strumienia zamiast w dół. Proces odwracania się zajął mi kilkadziesiąt sekund i jakimś cudem wróciłem do cywilizacji, ale strachu najadłem się za trzech. Trzeba jednak przyznać, że widoki spod Puente Nuevo są równie imponujące, co z góry.

A czy należy zwiedzać inne pueblos blanco, czyli białe miasteczka w regionie? Kwestia zarządzania czasem i chęci dogłębnego poznania regionu. Tak naprawdę gdy zobaczyło się jedno, to w praktyce widziało się wszystkie. To normalne mieściny z domami pomalowanymi na biało i ma to mniej więcej tyle sensu, co zwiedzanie wsi na Rzeszowszczyźnie.

Zostaw Komentarz