Tajlandia – Przy Buddzie, Jezus jest krasnalem

Tajlandia – Przy Buddzie, Jezus jest krasnalem

zamieszczone w: Azja, Tajlandia | 0

A może odwrotnie? Może to Budda jest krasnalem? Takim ogrodowym, którego spotyka się na każdym kroku. Nie potrafiłem czuć szacunku do boga (bóstwa), czczonego w ten sposób, nawet jeżeli niektóre założenia buddyzmu są bardzo ciekawe. Przede wszystkim i najsampierw, to jeżeli ktoś jest zatwardziałym katolikiem/muzułmaninem/buddystą/pastafarianinem powinien przestać czytać. Mogę bowiem urazić jego uczucia religijne, a bardzo bym tego nie chciał. Wpis jest lekko tylko związany z samą Tajlandią, ale nie chciałem przy każdej okazji nawijać o tym samym. Stąd jeden szerszy wywód.

Osoby często podróżujące po Europie i zainteresowane architekturą, a także osoby mające wiedzę geograficzną nieco szerszą niż informacja, gdzie znajduje się najbliższy McDonalds, z pewnością zauważyły, że w prawie każdym mieście Europy centralne miejsce dla społeczności stanowi świątynia. Nawet nie w kontekście zbierania się tam ludzi – te czasy dawno minęły. Chodzi mi bardziej o kontekst orientacji w terenie i wartości historycznej. Akurat Chrześcijaństwo wywarło na nasz kontynent taki wpływ, że prawie zawsze ludzie skupiali się wokół Boga. Nawet w heretyckich – w średniowiecznej opinii – państwach luterańskich czy kalwińskich, kościoły pozostały.

Zresztą nie tylko kościoły. Są przydrożne kapliczki i krzyże, klasztory i cmentarze. Zaraz odezwą się bojownicy o świeckość państwa, jak im to bardzo przeszkadza, jak bardzo niszczy to ich samopoczucie, że widzą dwie zbite gwoździkiem bądź sklejone deseczki (bo przecież są ateistami, więc nie jest to dla nich żaden symbol, tylko zwykły znaczek; analogicznie ja mógłbym obrazić się na literkę ‚z’ i powiedzieć, że zaburza moje wewnętrzne feng shui). I tym osobom polecam wizytę w kraju islamskim bądź buddyjskim. Nie dane mi było jeszcze wizytować Japonii (shinto), Chin (konfucjanizm) czy Indii (hinduizm), stąd na temat tych religii się – jeszcze – nie wypowiem.

O Islamie też krótko, bo nie jest treścią wpisu i kiedyś z pewnością napiszę szerzej. BARDZO podobają mi się niektóre założenia Islamu, założenia o których Kościół Katolicki zdaje się zapomniał w pogoni za tym co cesarskie, a nie boskie. Oczywiście wszystko przekreślają fundamentaliści, tym niemniej, jeżeli ktoś narzeka na KK, niech ma świadomość, że w arabskich państwach wyznaniowych nie mógłby protestować. Bo ciężko protestować bez głowy. A codziennie wezwanie do modlitwy z meczetu (i to kilkukrotne) jest dużo bardziej uciążliwe niż ten krzyż przy drodze.

I tak, po czterech akapitach, doszliśmy do buddyzmu i Tajlandii. W dwóch słowach – jest przesyt. Budda jest absolutnie i bezwarunkowo wszędzie, a obraza Buddy to, obok obrazy króla, największy błąd jaki możemy popełnić w Tajlandii. Nie jestem w stanie dokładnie opisać o co chodzi z poszczególnymi posągami Buddy, ale to co zobaczyłem w Tajlandii jestem w stanie przetłumaczyć sobie na język Europejczyka-Chrześcijanina. Wyobraźcie sobie, że poza Jezusem wiszącym na krzyżu, macie figurę Jezusa siedzącego nad jeziorem, Jezusa chodzącego po wodzie, Jezusa zamieniającego wodę w wino, Jezusa nauczającego faryzeuszy, Jezusa jedzącego kebaba, Jezusa siedzącego w wychodku. Ok, przesadzam, natomiast do tego kult Buddy się, moim zdaniem, sprowadza. Do tego wyobraźcie sobie, że wchodzicie do kościoła, a tam jest cała ściana w rozmaitych figurkach Jezusa. Nie rozumiem tego ani trochę.

Do tego jest szereg sposobów, na które można Buddę obrazić i trzeba ciągle uważać, nie tylko w świątyniach, bo nigdy nie wiesz gdzie spotkasz Buddę. Za wysoko głowa czy nogi skierowane w stronę Buddy to tylko przykłady, o których się dowiedziałem, zasad jest pewnie więcej. Naprawdę, nasi księża są bardzo tolerancyjni jeżeli chodzi o zachowanie w kościele, a są ludzie naprawdę nie potrafiący się zachować. Wracając jednak do Buddy – dla mnie sposób wyznawania wiary opiera się o niebezpieczny, do granic absurdu, kult jednostki. Oczywiście ma to drugą stronę, bo takiemu sposobowi oddawania wiary zawdzięczamy imponujące i monumentalne budowle, ale…

No właśnie – jeżeli widzieliście już obrazki z innych wpisów – wszystkie świątynie wyglądają tak samo i po dłuższym przemyśleniu raczej tandetnie. Pierwsze wrażenie jest oczywiście piorunujące. Wszystko złote lub pozłacane, dachy w kolorowych mozaikach, smoki, o których tak negatywnie wypowiadał się Wojciech Cejrowski, jako poręcze, drzewka, wieczorami bambusowe pochodnie, zapach kadzidła. Do tego mantra w wykonaniu mnichów, która brzmi tak egzotycznie dla europejskiego ucha. I tak jest w pierwszym wacie. W drugim. Trzecim. Dziesiąty podobny wat tego samego tygodnia z olbrzymim posągiem Buddy w środku zaczyna po prostu nużyć. I te mozaiki na dachu zaczynają wyglądać bardzo plastikowo. Posągi Buddy zamiast pozłocenia okazują się być pokryte żółtą folią aluminiową. I gdzie nie pójdziemy – to samo. I zaczyna się frustracja, kiedy nawet przed pieprzonym 7Eleven widzimy malutką kapliczkę z darami dla Buddy.

Jeden olbrzymi plus świątyń – w większości są to kompleksy wybudowane z zachowaniem wszelkiej symetrii. Ja jestem OLBRZYMIM fanem równowagi. Można chyba powiedzieć, że do chorobliwego stopnia. I symetria w tajskich budynkach sakralnych jest po prostu imponująca, co łatwo zobaczyć na zdjęciach.

Na koniec jeszcze jeden detal, żeby wstęp do wpisu nie okazał się dłuższy niż sam post, chociaż biorąc pod uwagę podpisy do zdjęć, zawartość merytoryczna nie będzie aż taka zła. Kiedy popłynąłem na Ko Phi Phi ze zorganizowaną wycieczką, poznałem dwóch Australijczyków, Brytyjczyka i Nowozelandczyka, dla których nie był to pierwszy pobyt w Indochinach. I kiedy, po kilku piwkach i butelce koniaku, zaczęliśmy rozmawiać o tajskich dziewczynach – bo przecież musiało do tego dojść – a ja wyraziłem swoje zaskoczenie na temat ich rozwiązłośc, moi towarzysze biesiady i podróży stwierdzili „it’s buddhism, man”.

I coś w tym jest. Buddyzm odrzuca niewłaściwe zachowania seksualne (czyli oparte o przestępstwo czy zdradę), natomiast zupełnie akceptuje seks w każdym innym aspekcie. Buddyzm jako religia nie praktykuje sakramentu małżeństwa. Oczywiście stałe związki istnieją i zdrada nie jest zgodna z zasadami buddyzmu, ale ‚grzech’ bierze się ze złamania umowy, a nie ze zmiany partnera. To nie jest regulowane przez religię/filozofię. Tutaj, w przeciwieństwie do Chrześcijaństwa czy Islamu, podejście do seksu jest jak najbardziej pragmatyczne. To fajna, przyjemna i zdrowa czynność, więc nie ma żadnego powodu by się ograniczać. Czego, na zakończenie tego długiego wywodu, i Wam serdecznie życzę.

Zostaw Komentarz