Prypeć – Gdzie natura odzyskała swój teren

zamieszczone w: Europa, Ukraina | 0

Długo zastanawiałem się jak podejść do tematu Prypeci. Czy pójść w kierunku większej liczby wyświetleń i mocniej uderzyć w nutę fiction, czy też poświęcić popularność i zdecydować się na kompletne science. Cóż, zupełnie jak Mariusz Max Kolonko, mówię jak jest, więc nie znajdziesz u mnie tego wszystkiego co było już w milionach filmików na youtubie. Dlaczego w ten sposób? Może uda mi się kogoś uchronić przed olbrzymim rozczarowaniem, którego doświadczyłem i ja, chociaż zdecydowanie nie użyłbym epitetu olbrzymie. Ale postaram się powiedzieć dlaczego większość filmików ze Strefy Wykluczenia to wyświetleniowa hucpa. Naturalnie bez podawania linków i wymieniania nazw, chociaż kilka osób z youtubowej i fejsowej sceny czarnobylskiej było ze mną w strefie.

Przede wszystkim, po całej strefie chodzi się z przewodnikami, a jeździ specjalnymi autobusami. Przewodnicy, a bardziej nawet kierowcy, są zatem drudzy po bogu. Mają dostęp praktycznie wszędzie i jeżeli marzy Ci się indywidualna wycieczka w jakiś mniej odwiedzany rejon, jest to jak najbardziej do zorganizowania. Oficjalne ceny w biurze w Kijowie oscylują w granicach tysiąca zielonych papierków. Jeden z przewodników nieśmiało sugerował, że bez problemu zorganizuje co trzeba za połowę tej ceny. Przypuszczalnie zgodziłby się nawet na 300$. Co grozi za szwendanie się bez przewodnika? Tutaj zeznania są przeróżne. Jeżeli jesteś częścią wycieczki, która formalnie wjechała do Prypeci, a tylko odłączyłeś się od grupy, kilkadziesiąt hrywien załatwi sprawę. Samodzielne wejście na teren zakazany będzie zależało od naszych i naszego portfela) zdolności negocjacyjnych. Chociaż mówi się, że przy takim hardkorze jest już naprawdę ciężko obejść się bez wizyty na komisariacie.

Przewodników było czterech, gdyż jest – nieprzestrzegany – wymóg jednego przewodnika na około 15 osób, a ja każdego dnia podczepiałem się pod innego, żeby zweryfikować fakty i pogadać o wielu sprawach. I teoretycznie po terenie miasta można się poruszać tylko w towarzystwie opiekuna. Jest jednak nieformalna zasada, chociaż tutaj też zależy od osoby, że jak ktoś ma ochotę się zgubić, to nie stwarza mu się problemu. Zresztą właśnie po to po wjeździe do Prypeci autokarem przez punkt kontrolny, podana jest informacja o której godzinie planowana jest zbiórka i wyjazd. Jako modelowe miasto rosyjskiej myśli budowlanej, Prypeć jest bardzo intuicyjna i zgubić się praktycznie nie można, przewodnik pełni zatem przede wszystkim funkcję formalną.

Pierwszy z przewodników, Marek, jako jedyny mówił po polsku. Ale gdy były problemy natury lingwistycznej, bez problemu przechodził na angielski. A gdy było trzeba także na niemiecki, gdyż urodził się w Kolonii. Pewnie mówił też płynnie po rosyjsku. Imponujące. Teraz tak – oficjalna płaca dla przewodnika to jakieś 5 tysięcy hrywien. Czyli 200 Euro! Co jest ponad ukraińską średnią, a ze względu na specyfikę pracy, często wpada jeszcze co nieco na boku. Przewodnicy pracują trybem 14 dni w strefie/14 dni wolnych i są zakwaterowani w hotelu w Czarnobylu. Chyba że, jak Marek, mają mieszkanie w Sławutyczu. Z Markiem zwiedzałem Dugę-3, o czym piszę przy okazji innego wpisu. Drugi przewodnik to klasyczny rosyjski niedźwiedź. W sierpniu w kurtce, cały czas zły i patrzący w nicość. Znane języki? Ukraiński ;) Trzeci z początku wydawał się być jakimś podczepionym turystą lub kumplem jednego z kierowców. Skórzana kurtka, włosy na żel. Udaliśmy się z nim na wprowadzającą podróż po Prypeci i w dwie godziny całkiem fajnie się gadało. Chłopak jest z Kijowa, wielki fan piłki nożnej, ale kibicuje… Szachtiorowi Donieck… Hmmm… Sekretna opcja rosyjska, się pomyślało ;). Sergiej mówił naprawdę świetnym angielskim, bardzo amerykańskim, chociaż z wyraźnym, niemal karykaturalnym, wschodnim akcentem. Szkoda tylko, że tak mało mówił o samym mieście, a więcej o dupie Maryny. Trzeba jednak przyznać, że znał odpowiedź na każde zadane pytanie dotyczące okolicy.

Jak zostaje się przewodnikiem po Strefie? Jak to na Ukrainie – trzeba mieć wtyki gdzie trzeba. Egzamin? Sergiej się tylko śmieje. „Ktoś mnie pytał gdzie jest szpital albo diabelski młyn. Czy znam pierwszą pomoc albo wiem gdzie można turystów wpuszczać, a gdzie nie. Tak naprawdę, musiałem wiedzieć komu zapłacić za tak zwany kurs, którego zaliczenie było tylko formalnością. Nikt nie sprawdza gdzie idziemy, a nawet jeśli to z wszystkimi strażnikami w strefie idzie się dogadać. Zresztą wy (zorganizowana grupa z Polski – przyp. mój) i tak jesteście w porządku, umawiamy się, że zbiórka w danym punkcie i wszyscy są na czas, a jeżeli nie to macie ze sobą kontakt telefoniczny. Z Kijowa przyjeżdżam z Amerykanami, którzy chcą zobaczyć nawiedzony Czarnobyl w klapkach i krótkich spodniach i z dziewczynami w szpilkach. I każdy musi dostać łapówkę, żeby ich przepuścić w tym stroju. Ale mają dolary…” 2014, a na Ukrainie dolar jest nadal bogiem.

Ostatni z przewodników, Sergei Wiktorowicz Akulinin, to – zdaniem reszty mojej grupy – prawdziwa legenda strefy. Mieszkał w Prypeci przed katastrofą i był jednym z likwidatorów skutków awarii. Czekając na resztę grupy pod zakładami „Jupiter”, zaczęliśmy rozmawiać w dość śmieszny sposób – on do mnie po rosyjsku, ja do niego po polsku, w razie problemu posługując się gestykulacją. Trafił na Ukrainę zaraz po ukończeniu szkoły u siebie pod Uralem. Podczas oprowadzania po Prypeci pokazuje nawet swoje dawne mieszkanie w jednym z bloków. Porozmawialiśmy o kuchni rosyjskiej i ukraińskiej, o zmianach politycznych w Rosji i wojnie na Ukrainie. Dość neutralnie. Bardzo sympatyczny człowiek.

Tutaj należy się najważniejsze wyjaśnienie – kiedy mówi się o wycieczce do Czarnobyla, większość ludzi ma tak naprawdę na myśli Prypeć. Obecnie miasto-widmo, założone w 1970 miało być kolejnym modelowym miastem radzieckim, stworzonym na potrzeby obsługi elektrowni atomowej. Tak jak elektrownia miała mieć dodane kolejne rdzenie, tak miasto miało się powiększać i w momencie całkowitej ewakuacji mieszkało tutaj prawie 50 tysięcy osób. Prypeć leży ledwie cztery kilometry od reaktora i część pracowników, wliczając w to jednego z głównych sprawców całego zamieszania, chodziła do pracy pieszo.

W modelowym mieście nie mogło zabraknąć infrastruktury służącej rozwojowi robotniczego ludu miast i wsi. Kilkanaście szkół podstawowych i kilka średnich było niezbędne do obsługi tak młodego miasta. Średnia wieku w momencie ewakuacji oscylowała w okolicach 26 lat, gdyż w momencie zakładania miasta, nikt nie ściągał tutaj starszych ludzi, zaś gwarancja pracy w elektrowni dawała stabilizację, a co za tym idzie, pozwalała na zakładanie wielodzietnych rodzin. Obecnie jedna ze szkół należy do wielu symboli Prypeci. Ktoś wpadł na pomysł rozsypania masek gazowych po całym korytarzu, więc wchodząc do budynku przez zarośniętą aleję z kilkoma maskami gazowymi zawieszonymi na drzewach, otwierasz ciężkie drzwi wejściowe i widzisz maski. Wszędzie dookoła.

Widzieliście na przykład jakieś filmy z Prypeci? Jest ich mnóstwo w sieci, dajmy na to teledysk do Marooned Pink Floydów, żeby nie dawać poklasku mnóstwu fałszywych youtuberów. Czasem czytam komentarze, że ktoś się rozpłakał, że to wielka tragedia, co się stało z tymi wszystkimi dziećmi… Nic się nie stało. Owszem, to wygląda przygnębiająco z dodatkiem ckliwej muzyki. Porozrzucane lalki i pluszowe zwierzątka, często zniszczone lub po prostu nadgryzione zębem czasu, zeszyty z jakimiś zapiskami, szafki z dziecięcymi butkami, łóżeczka… Wiele z tych przedmiotów porozstawianych na potrzeby zdjęć czy filmów.

Zaryzykuję tezę, że katastrofę i jej skutki globalne przedstawia się dużo gorzej niż to miało miejsce w rzeczywistości. Chociaż miecz ten jest obusieczny. Dlaczego? Z pewnością oficjalne dane Związku Radzieckiego dotyczące liczby ofiar katastrofy są zaniżone bądź nie uwzględniają śmierci dziesiątek osób, które zmarły w efekcie katastrofy, ale nie bezpośrednio po niej. Natomiast przekonanie że Prypeć jest nadal szkodliwa jest po prostu fałszywe. W opinii wielu osób ewakuacja tymczasowa była jak najbardziej wskazana, ale już stała i zamknięcie strefy jest kwestionowane. W większości miejsc promieniowanie jest znacznie mniejsze niż w uprzemysłowionych miastach Europy. Czasem nawet śladowe. Czasem jednak…

Wiele osób przyjeżdżających do Prypeci ma ze sobą liczniki Geigera, jest ubrana w moro, nosi rozmaity sprzęt do survivalu… Bez kamery goPro też czułem się jak odmieniec ;) I trzeba pójść tam, gdzie jest bardziej niebezpiecznie, gdzie jest większe promieniowanie, gdzie jest zakaz. Kolejna chwila prawdy – największe niebezpieczeństwo w Prypeci to nie mikrosiverty albo ukraińska milicja. To czas i złodzieje. Czas i brak konserwacji bez wątpienia wpłynął na stan zachowania wielu miejsc i budynków, stąd miasto-widmo wydaje się być dobrym miejscem na selekcję naturalną, gdyż nikt nie chroni człowieka. Pootwierane szyby wind w 16-piętrowcach, balkony, które grożą zawaleniem, mnóstwo szkła na podłodze, stalowe pręty wystające z najmniej oczekiwanych miejsc… I co? Jak radzą sobie ludzie bez unijnej opieki, bez ogrodzenia każdego zagrożenia, bez znaków ostrzegających przed niebezpieczeństwem? Ba! W autokarze dowożącym do Prypeci nie ma nawet pasów bezpieczeństwa!

Osoby pragnące większej dawki promieniowania upodobały sobie szczególnie miejski szpital. W podziemiach szpitala składowano bowiem kombinezony likwidatorów i było to najbardziej skażone miejsce w całej Strefie, kilkunastokrotnie przewyższające normy. Co to oznacza? Że gdyby spędzić tam parę dni, można się spodziewać niemiłych konsekwencji. Chociaż pewnie wcześniej człowiek nabawiłby się pylicy lub innego świństwa. Trzeba jednak oddać, że spośród wszystkich pseudostraszliwych miejsc postapokaliptycznego miasta, szpital chyba najbardziej może pretendować do miana miejsca rodem z horroru. Stoły operacyjne, krzesła ginekologiczne, wanny, setki butelek z tajemniczymi płynami, strzykawki, bandaże, recepty, dzienniki… Ma to swój klimat.

Podobnie zresztą jak kawiarnia ‚Prypeć’ leżąca nad Zalewem Janowskim, łączącym się z rzeką o tej samej nazwie co miasto. Kawiarnia jest wypełniona witrażami, jednymi z niewielu okien, które zachowały się w całości w mieście. Bo wandale zniszczyli coś, co mogło być unikatem w skali globu. Gdyby Prypeć została opuszczona i skutecznie zamknięta zaraz po ewakuacji, miejsce stało by się prawdziwym skansenem, gdzie czas zatrzymał się ponad 30 lat temu. Owszem, są miejsca, gdzie czas zdaje się zatrzymać przez kilkanaście lat, ale to wynika w dużej mierze z zacofania cywilizacyjnego. Tutaj mielibyśmy do czynienia z czymś diametralnie innym. Prawdziwa podróż w czasie. Komunistyczne hasła i murale, propaganda na każdym kroku. Taki partyjny Disneyland z lat 90. Oczywiście wiele osób ubolewało by nad takim rozwiązaniem, bo takie zniszczenie ma swoich fanów i wiele osób przyjeżdża do Prypeci zobaczyć właśnie skalę zniszczeń. I rzeczywiście, w tym sensie jest to także unikalne miejsce, głównie jeżeli chodzi o skalę.

Mogło powstać swego rodzaju Rapture z Bioshocka. Tylko dokładnie odwrotne. Ja jestem w Rapture zakochany od pierwszej sekundy spędzonej pod wodą i polecam grę w Bioshock każdemu, nawet na poziomie easy osobom mniej sprawnym manualnie, bo to wspaniała historia także z punktu widzenia political i economical fiction. Tam, w Rapture mogliśmy zaobserwować do czego doprowadził niekontrolowany kapitalizm, liberalizm i wolny rynek (tak, tak, wiem że wolny rynek jest z definicji niekontrolowany i stworzyłem właśnie pleonazm). Tutaj, w Prypeci, na własne oczy mogliśmy zobaczyć jak wygląda planowana gospodarka i ekonomia bez jakichkolwiek interwencji zgniłego zachodu. Tymczasem mamy do czynienia raczej z takim Junktown z Fallouta ;)

Jedną z ikon Prypeci jest diabelski młyn, znajdujący się na większości fotografii i filmów ze Strefy Wykluczenia. Wiąże się z nim oczywiście anegdota historyczna. Wbrew obiegowej opinii, atrakcja ta nigdy nie została uruchomiona. Została wybudowana na potrzeby święta pracy (osoby młodsze informuję, że to 1. maja) w 1986 roku. Jak wiadomo, katastrofa miała miejsce 26. kwietnia 1986 roku. Dodajmy dwa do dwóch. W dużej mierze dlatego koło jest w tak świetnym, jak na Prypeć, stanie. Ponadto jest zbyt wielkie i symboliczne, aby złomiarze pocięli je na części i nawet wśród wandali cieszy się pewną estymą. Wszystko inne, począwszy od studzienek kanalizacyjnych po rury doprowadzające gaz, zostało z miasta wywiezione.

A stalkerzy? Podobno są, ale jeżeli już to nie w Prypeci. Nawet jeżeli jest ona patrolowana przez skorumpowaną milicję, to jest pod jakimś nadzorem, więc lepiej żyć sobie gdzieś w lesie, gdzie do dyspozycji jest mnóstwo terenu. W gruncie rzeczy jednak stalkerzy to legenda stworzona na potrzeby turystyczne i literackie.

Co jeszcze możemy znaleźć w modelowym mieście sowieckim? Trzy baseny, według legendy i spreparowanych zdjęć, jeden z nich był czynny jeszcze długo po ewakuacji miasta. Liczne sale gimnastyczne, szkoła muzyczna, w której natychmiast powróciły moje skojarzenia z Bioshockiem i legendarnym ‚Cohens Masterpiece’. Tak, wiem, mam bardzo bujną wyobraźnie. Zresztą ze szkoły muzycznej mam jedyną namacalną pamiątkę z Prypeci. Nad wejściem znajduje się mozaika, która z dnia na dzień jest coraz bardziej zdekompletowana, tym razem nie jako działanie ludzi, a raczej warunków atmosferycznych. malutkie kamyczki różnych odcieni niebieskiego i fioletu leżą zatem pod wejściem. Grzechem byłoby wyjechać bez suweniru, więc mały błękitny kamyczek natychmiast wylądował w mojej kieszeni, po czym… zupełnie o nim zapomniałem. Dopiero przed bramkami dozymetrycznymi przypomniało mi się, że mam przy sobie kawałek skały, od 30 lat leżący w strefie skażonej promieniowaniem. Not cool. Na szczęście nic nie wyszło, podobnież na granicy, chociaż tutaj cały autokar został już zatrzymany, bo inni też mieli koncepcję przywożenia pamiątek z Prypeci. Ale żeby usłyszeć tę historię, trzeba mi postawić piwo. Dobre.

Jest kino, w sali którego zostało już ledwie kilkanaście krzeseł. Jest budynek centrum propagandy, gdzie do dziś leżą plakaty wielkich przywódców, ewidentnie przygotowywane na święto pracy. Dawne przedszkole, przekształcone na laboratorium, w którym znajdziesz próbki skażonej gleby. No i przede wszystkim ‚chwytak’.Legendarny chwytak z Prypeci. Na czym polega jego legendarność? Jako turysta w Czarnobylu, nie miałem pojęcia, dopóki nie spytałem się mądrzejszych i bardziej przygotowanych od siebie (gdyż, zapamiętajcie i stosujcie tę radę, nie jest wstydem czegoś nie wiedzieć, wstydem jest nie wiedzieć i nie zapytać). Chwytak służył do ładowania gruzu i uprzątnięcia terenu po zawaleniu się dachu w wyniku eksplozji w reaktorze. Jest w tej chwili jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc Prypeci i obowiązkowym punktem każdej ‚wycieczki’.  I tu nasuwa się pytanie – PO CO? Kupę innego napromieniowanego żelastwa związanego z katastrofą wywieziono i zakopano, a chwytak nie? Niby promieniowanie w środku to 80 uSv, podczas gdy niebezpieczna dla człowieka dawka to 200 mSv, więc nadal jest to bezpieczne, ale rzeczy bezpieczniejsze zostały usunięte… Dla mnie to jest właśnie dowód, że ukraińska strona Strefy jest nastawiona na turystykę. Takie budowanie legendy. A przecież, cytując Mistrza Sapkowskiego, nie zabija się legendy.

Remiza straży pożarnej raczej nie jest warta zainteresowania, za to posterunek policji już zdecydowanie bardziej. Pominę składowisko pojazdów na tyłach, gdyż po wcześniejszej wizycie na Buriakówce, nie jest to absolutnie żadna atrakcja. Niby jest to kolejny zniszczony budynek, zatem głównym przedmiotem zainteresowania powinny być wnętrza. I owszem, znalazła się perełka. Na trzecim piętrze, w jednym z pokojów znalazłem nad biurkiem taki napis oraz plastikowe kwiaty. Na ścianie znajduje się mniej więcej ‚Kochamy Cię, dziadku! I zawsze będziemy pamiętać. Twoje wnuki Wowa, Sława, Dima.’ Datowane na 9 maj 2011. Z karteczki na kwiatach można odczytać, że dziadek zmarł w 2010 i wszystko wskazuje na to, że był jakimś oficerem milicji w Czarnobylu przed awarią, prawdopodobnie brał także udział w ewakuacji, gdyż miał wtedy 35 lat, więc musiał być czynnym milicjantem. Przez ponad trzy lata (byłem w Strefie w październiku 2014) nikt nie miał czelności zabrać tych kwiatów z miejsca, z którego zabrano/zniszczono WSZYSTKO co było można i bywa regularnie grabione przez najgorszy sort ludzi.

Moim zdaniem są dwa prawdziwe smaczki Prypeci. Pierwszy to wieżowce, ze szczytu których można podziwiać całe opuszczone miasto. Wejście na szesnaste piętro po całym dniu łażenia po opuszczonym mieście (a dzień wcześniej intensywnym piciu) na pewno nie należy do lekkich i łatwych, ale efekt jest jak najbardziej godny odrobiny wysiłku. Od razu zaznaczam, że za każdym razem w strefie miałem niemal bajkową pogodę, do tego stopnia, że pod koniec chodziłem w t-shircie, co niby nie powinno mieć miejsca. Zalecany strój to jak najmniej odkrytego ciała, bo niby promieniowanie itd.. Przypominam, że polecają nam to przewodnicy, będący w strefie przez połowę roku. Nie wyobrażam sobie szwendać się po mieście-widmo w deszczu, chociaż podobno po opadach śniegu, klimat jest również fantastyczny.

Z dachów wieżowców, przy dobrej pogodzie, rozciąga się widok na kilkanaście kilometrów, aż po dzięcioła – radar pozahoryzontalny Duga-3 na południu i białoruską część strefy. Prawdopodobnie, bo przecież drzewa wyglądają dokładnie tak samo po obu stronach granicy. Najważniejsze jest oczywiście samo miasto i elektrownia. By ogarnąć całość, najlepiej wybrać tak zwaną Fuyijamę. Stanowi ona idealne proporcję wysokości do umiejscowienia – wieżowce dalej na północ są już niższe, zaś z bliska nie rozciąga się tak fantastyczna panorama na centrum.

Drugim smaczkiem są oczywiście Zakłady Elektroniczne Jupiter. W olbrzymim kompleksie produkowano drobne przedmioty elektroniczne. Magnetofony, mikrofony, radyjka itp. Nic zatem dziwnego, że takie zakłady są otoczone wysokim płotem pod napięciem, a przy wejściach znajdują się bramki dozymetryczne, prawda? Całkowita norma, przecież Diora czy Elwro też były tak chronione, nie? Nie było? To ci psikus. Co więcej, „Jupiter” działał jeszcze długo po ewakuacji strefy. Oficjalnego wytłumaczenie nigdy nie było i pewnie nie będzie. Nieoficjalnie mówi się, że produkowano tutaj pluton do głowic jądrowych, pozyskiwany z paliwa jądrowego. I przesłanki zdają się to potwierdzać.

Kiedy cała grupa poszła w głąb zakładu, ja udałem się na dach, gdzie zostałem zaatakowany przez stado much, a potem nagrałem filmik. Obiecuję go opublikować pierwszego dnia, kiedy będę miał 200 odwiedzin na blogu ;). Och, jeszcze jedno, to był pierwszy moment w Prypeci, kiedy chodziłem zupełnie sam. Ok, wcześniej 15 minut pochodziłem w okolicach niedokończonego reaktora, ale właśnie w „Jupiterze” poczułem tą samotność, którą mógł czuć Will Smith w ‚Jestem Legendą’. Nawet jeżeli gdzieś jest świadomość, że na dole czeka na mnie przewodnik, jak już wcześniej wspominałem, mam bardzo bujną wyobraźnię, i jest to środek dnia, powstaje jakiś strach. Każde trzaśnięcie okna, ruch drzwi, konieczność siłowego wejścia do pokoju, skrzypnięcie schodów… Wszystko powoduje małe mrowienie w brzuchu i podejście żołądka do gardła. To właśnie dla takich chwil przyjeżdża się do Prypeci.

Czas na podsumowanie, chyba jedno z najtrudniejszych na blogu. Bo decyzja o wyjeździe jest bardzo zależna od charakteru i zainteresowań wyjeżdżającego. Z jednej strony – jest to jedyny i niepowtarzalny kompleks tego typu na świecie. Prawdopodobnie. Kompletnie unikalny, pozostawiony sam sobie, gdzie przez lata ingerencja człowieka ograniczała się do minimum. Potrafi to dać wyobrażenie, co stałoby się w przypadku katastrofy nuklearnej lub gdyby ludzkość w inny sposób nagle wyginęła, na przykład wskutek globalnej epidemii. Z drugiej strony – jest to po prostu kupa zniszczonych budynków, ni mniej ni więcej. I trochę promieniowania. Decyzja należy do Ciebie. Ja polecam. Przynajmniej raz w życiu.