Elgin – Prawie jak w Diablo

Elgin – Prawie jak w Diablo

zamieszczone w: Europa, Szkocja | 0

Przyjazd do Elgin był szokiem. Poniedziałek, późne popołudnie, lekko po godzinie 18:00, samochód zaparkowany w pobliżu rynku i… kompletna pustka. Przewijało się kilku spacerujących tu i ówdzie, ale było to raczej incydentalne. Ok, nie jest to olbrzymie miasto, ale 25 tys. to dość dużo na szkockie standardy, w końcu jest to drugie, po Inverness, największe miasto na północy Szkocji. Wszystkie sklepy i knajpy pozamykane, a jeść się chce po całym dniu spędzonym w samochodzie, na zamkach i nad jeziorkami. Spożyte rano angielskie śniadanie było pożywne, ale bez przesady.

Z pomocą przyszło, jak zwykle, googlemaps. Niestety, wskazana lokalizacja (The Thunderton House) okazała się być już nieczynna. Tzn. część barowa była czynna, ale spożycie kolejnych X litrów cydru bez odpowiedniego podkładu mogło skończyć się ciężkim K.O. Nagle oślepił nas boski blask bijący z otwartych drzwi nad pobliskim domem. The Granary. I był to strzał w dziesiątkę, bo knajpa serwowała tradycyjne szkockie potrawy. Moimi głównymi celami kulinarnymi na tę wycieczkę były deep fried snickers (niezaliczone) i haggis (+). Bałem się haggisa, gdyż na zdjęciach wygląda mniej więcej TAK. Haggis to owczy żołądek wypchany podrobami, cebulą, mąką i przyprawami, po zaserwowaniu wyglądający jak kaszanka. Tradycyjnie podawany z gotowaną rzepą (w formie puree), puree z ziemniaków, czy jak wolą Szkoci, tatties oraz sosem whisky bazującym na whisky, rosole, cebuli i maśle. Było naprawdę smaczne, mimo iż wygląd otrzymanej potrawy budził moje poważne wątpliwości.

Po zacnym pożywieniu się, zakończonym deserem (ja nie zjem Giant Rock Road z lodami? nie zjadłem…) i dokończeniu meczu Premiership, ruszyliśmy na podbój miasta. W czasie prawie godzinnego spaceru napotkanych ludzi mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki i dopiero wieczorna wizyta w TESCO zdradziła czym zajmują się wszyscy mieszkańcy Elgin – zakupami.

Wróciliśmy rano by zwiedzić katedrę, główny i najważniejszy zabytek największego miasta Moray. Kompleks pochodzi z XIII w. i przetrwał naprawdę bardzo wiele. Spalona pod koniec XIV w., mimo wielu planów i prób, nigdy nie odzyskała swojego pierwotnego blasku, a proces zniszczenia postępował od XVI w., gdy budowlę pozbawiono dachu. W obecnej chwili jest to wspaniałe świadectwo historii i swego rodzaju unikat. Tak ważne budynki zazwyczaj były rekonstruowane lub kompletnie burzone. Nie mogę sobie przypomnieć podobnej wagi sakralnych obiektów w podobnym stanie na świecie, ale z drugiej strony – jeszcze mało w życiu widziałem. Można się poczuć jak w Diablo czy innym średniowiecznym RPG, w szczególności jeżeli dotrzemy do celu zanim zjadą się wszystkie wycieczki. Zwiedzanie takiego kawała historii jest dużo bardziej majestatyczne, kiedy robi się to w małej grupie, niż z kupą trajkoczących Japończyków albo Niemców.

Zostaw Komentarz