Piwo we Wrocławiu – Browar Złoty Pies

Piwo we Wrocławiu – Browar Złoty Pies

zamieszczone w: Polska | 0

Nie będzie szerszej re-recenzji Browaru Złoty Pies, bo w zasadzie nic się nie zmieniło od roku, zatem jeżeli chcecie przeczytać co jest ok, a co jest nie ok ze „Złotym Psem”, zjedźcie na dół. Mnie zachęcił Docent z polskieminibrowary.pl, głównie wspominając o grzanym weizenbocku. Rzuciłem zatem hasło „Grażyna, jedziem tam” i pojechaliśmy.

I rozczarowanie. Co jest dobrym piwem na zimę? Mocny stout, najlepiej imperialny? Złożony, gęsty, rozgrzewający porter? Okazuje się, że pumpkin ale. Grzane. Albo nie – jak klientowi się podoba. Niby można, w Ameryce lubią i chętnie piją pod koniec jesieni. Ale w Ameryce też biją murzynów i mają, podobno, kapitalizm :P Nie wszystko, co jest za wielką wodą, sprawdza się na Starym Kontynencie.

No to bierzemy oba dostępne grzańce – wspomnianego pumpkin ale (Bernrye Pumpkin – challenge – zamówcie to – wymówcie bernrye, szczególnie po 3-4 piwach – kto to wymyśla!!?) oraz weizenbocka (Femme Fatale). Podane w ładnym kufelku, w środku pomarańcz z goździkami, czyli klasyka. Ale… Dynia sama w sobie nic nie daje. Pieczona dynia, która została tutaj dodana, ma dość specyficzny aromat i smak – bardzo mdły i niewyrazisty. Jest zapychaczem, trochę jak ziemniaki, swego rodzaju beznamiętną papką i bardzo chętnie przyjmuje inne zapachy. Tutaj na pierwszy plan przebija się żyto, które wyraźnie oddało przede wszystkim pewną ziemistość oraz cierpkość. Moim zdanie to zestawienie w Bernrye Pumpkin nie zagrało. Gorzki grzaniec nie jest tym, czego szukamy! Gorzki grzaniec nie rozgrzewa, nie daje przyjemnego uczucia w brzuszku.

Weizenbock jest już lepszy, pozostałych piw nie sprawdzałem po raz kolejny, bo życie jest zbyt krótkie, by pić słabe piwo. A rok temu okazało się, że są co najwyżej średnie.

Kuchnia. Ostatni raz byłem na jedzeniu w „Browarze Złoty Pies” latem 2016 i wrażenia miałem mieszane. Zamówiony sznycel po wrocławsku okazał się kotletem schabowym :) Bardzo pokaźnych rozmiarów, trzeba przyznać, ale z adekwatnym okresem oczekiwania. Do tego stoliki w ogrodzie rozstawione tak ciasno, że nie dało się praktycznie ruszyć. Samo jedzenie dość smaczne, chociaż czytając ostatnie recenzje, nie nastawiałbym się na kulinarną ucztę. Ceny? Deska przekąsek do piwa dla 2-3 osób to chyba 69zł. Eeeee? Że co? To ja nie wiem co jest na tej desce. I się nie przekonam, bo nie jest to moja półka cenowa. W ogóle rok temu menu imponowało i było niemal książką, z której ciężko było coś wybrać. Obecnie? Jest krótko i zwięźle bez zbytniego wyboru. Z jednej strony – to dobrze, bo gwarantuje świeże składniki – nigdy nie uwierzę, że mała restauracja jest w stanie zaoferować szerokie menu z różnorodnymi świeżymi składnikami. Niewykonalne. Z drugiej strony – tylko dwie zupy? A biorąc pod uwagę, że menu jest zaprojektowane i laminowane, to pewnie jest stałe, więc rotacji brak. Nie ma nawet zupy dnia, co jest zazwyczaj standardem.

Muszę dokonać plagiatu samego siebie i powielić opinię sprzed roku innymi słowy – Browar Złoty Pies jest bardzo dobrym projektem marketingowym. Nowoczesna strona internetowa, świetny wystrój, fantastyczna lokalizacja, ogarnięty piwowar, social media ninja od facebooka też robią robotę (co nie jest normą wśród wrocławskich restauracji, oj nie jest; mamy rok 2017, a czasem nadal ktoś dopuszcza wściekłego właściciela do odpowiadania niezadowolonym klientom i wdawania się w pyskówki). Wiecie, apetyczne zdjęcia jedzenia, dobrze zareklamowane piwo, wszystko jest pozytywne, tryska energią i naprawdę zachęca do wizyty. Jednakże – pod względem piwnym naprawdę nie warto, a kulinarnie też można trafić lepiej (tutaj daje mocne 7/10 za jakość, ale tylko 3/10 za stosunek tej jakości do cen).

Facebook: https://www.facebook.com/browarzlotypies/
Ontap: –


A przed rokiem:

Mający niedawno premierę „Browar Złoty Pies” z trudem łapie się do kategorii multitap. Umiejscowiony w kamienicy na rogu Rynku i Wita Stwosza, nawiązuje do dawnych tradycji browarnictwa, gdy większość pijalni produkowała własne piwo. Niestety, nawiązuje też do tego, że zazwyczaj piwo to było fatalne. Ale po kolei. Wystrój jest fenomenalny. Może jest trochę za ciemno, ale ten półmrok dodaje klimatu, takiego industrialnego wnętrza browaru. Jest przyjemnie i przestronnie, tylko nie rozumiem dlaczego właściciel nienawidzi swoich pracowników. Uwaga, panie właścicielu/menadżerze, dziewczyny mają cycki! I cycki są fajne. Każdy pijąc piwo lubi popatrzeć na cycki. Nawet inne dziewczyny. A tutaj koszula, kołnierzyk, krawat, szelki. To nie przedwojna. Ale nieważne… Natomiast gdybym miał robić rankingi czystości kibli, to Złoty Pies mógłby z pewnością powalczyć o czołowe miejsce. Nie tylko wśród browarów. Ale żeby pójść do kibla trzeba najpierw coś zjeść lub wypić. I tu zaczynają się problemy.

Bo o ile zjeść można dość smacznie, to na pewno najeść się już nie można. A przynajmniej nie standardowymi porcjami. Jasne, smalec ocierał się o mistrzostwo świata i prawie dorównywał domowemu, ale deska piwna jeżeli miała być dla czterech osób, to chyba jeżeli dwie nie jedzą, zgodnie ze złotą prezydenta, co to tańczył na grobach w Katyniu, że litr wódki na dwóch jest ok, pod warunkiem że jeden nie pije. Ale to browar, więc pożywienie jest tylko dodatkiem do dania głównego. A weizen z Browaru Złoty Pies zdobył srebrny medal na ostatnich Poznańskich Targach Piwnych w kategorii hefeweizen. No i teraz tak – albo na targi poszedł inny browar niż jest lany w lokalu, albo konkurs powstaje, jak modnie się mówi w polskich internetach, „we współpracy” – zresztą polecam sprawdzić organizatorów, albo do konkurencji nie zgłosił się żaden porządny weizen. A tych w tym roku w Polsce wyszło niemało.

W browarze można kupić cztery piwa – czeski lager (12), który jest chyba najlepszy ze wszystkich oferowanych piw, mimo że nie użyto mojego ulubionego Zateca. Marcowe/amber – jak to marcowe, prawie w ogóle niepijalne. Wyżej wymieniony weizen, który jest strasznie wodnisty, w ogóle nie ma ciała i aromatu. Nie umywa się do Paulanera, nie mówiąc o Polskiej Pszenicy z Redena czy Pszenicznej Bombie. No i IPA. Ale to raczej LIPA. Czyli, by nie być złośliwym, light/lager IPA. Nic się nie dzieje w tym piwie. Naprawdę. 60 IBU, nowozelandzkie chmiele, a powstał mocny full. I to przy cenie 14 zł za 0.4l. Seriously? Czyli jakieś 17,50 zł za 0.5l IPY z dolnej półki. Ktoś chyba chce wydoić krowę o wdzięcznej nazwie ‚piwna rewolucja’. Zachłanność ludzi nie zna granic. Jeżeli Pinta może zrobić jedne z lepszych piw w Polsce, pokryć koszty transportu, a puby sprzedają po 12-13 zł za 0.5l i nadal mają zysk, pewnie niemały, to komuś tutaj pieniądze przesłoniły rzeczywistość. I oby mu te monety stanęły w gardle. Bo piwo nie stanie – ma za mało treści.

Złoty Pies będzie jednym z najpopularniejszych lokali w mieście, bo ma dobrą drogę marketingową, którą poznałem trochę od innej strony. Za to na razie nie napijecie się tutaj dobrego piwa. I przypuszczam, że dopóki będzie to właśnie tylko produkt marketingowy nastawiony na przeciętnego piwosza, który wychował się na Żubrze i paluszkach, to jakość piwa się nie zmieni. Bo można serwować półprodukt, a kasować jak za porządny browar rzemieślniczy. Hajs się zgodzi, a przeciętny piwny Janusz i tak nie zauważy różnicy, bo przecież w Spiżu czy Bierhalle leją to samo ;) Ja natomiast w Browarze Złoty Pies byłem dwa razy – pierwszy i ostatni.

Zostaw Komentarz