Piwo w Paryżu – Le Triangle

zamieszczone w: Europa, Francja 0

Jak zapewne wiecie, na tym blogu nie ma lukrowania ani kłamstwa, nie ma i nigdy nie będzie lokowania produktów. W przeciwieństwie do Mariusza Max Kolonko, nie tylko mówię, że mówię, jak jest, ale naprawdę mówię :) Takie tam masło maślane wyszło. Zatem bez zbędnego przedłużania przechodzę do pointy – mikrobrowar i pub kraftowy Le Triangle w Paryżu był chyba najgorszym wypadem piwnym w stosunku cena/jakość, na którym byłem.

I piszę to, mimo iż mam świadomość, że właściciel i główny piwowar może to czytać, bo bardzo zainteresował się moim blogiem i że w ogóle znam się na piwie, trochę pytał jak to jest w Polsce, o trendy u nas. Sam zaś dowiedziałem się, dlaczego tak wiele piw ma nazwy wietnamskie lub z Wietnamem się kojarzące – piwowar jest synem Wietnamki i Francuza, bądź co bądź z historycznego punktu widzenia jest to dość popularna mieszanka.

La Triangle znajdziecie raczej z dala od szlaków turystycznych, chociaż w pobliżu znajdziecie jedno miejsce nie wymieniane często przez poradniki turystyczne, a dość romantyczne i widowiskowe, czyli kanał Saint-Martin. Stosunkowo niedaleko jest też warty odwiedzenie cmentarz Pere Lachaise. Dosłownie skrzyżowanie dalej mieści się też niesławna Le Petit Cambodge, miejsce strzelanin z 2015 roku. Najbliższe, większe stacje metra – bo przecież w Paryżu bez metra to jak bez ręki – to plac Republique i Belleville.

Lokal jest naprawdę niewielki i trudny do znalezienia, a ze względu na położenie, dość drogi. Ok, wiem że to Paryż, miejsce gdzie podły lunch serwowany taśmowo, będzie kosztował 10€, ale nie spodziewałem się, że za pintę piwa przyjdzie mi płacić 7.5€. Tym bardziej, że będzie to oszukana pinta :( Otóż w La Triangle możemy dostać piwo w trzech pojemnościach: galopin (słodkie słowo oznaczające urwis) – kieliszek 13cl, demi – półóweczka 25 cl i pinta – 40cl. Tak. Pinta tutaj to 0.4l. Putain, chciałoby się powiedzieć! Bo ja wiem, że pinta imperialna, brytyjska to nie to samo, ale wikipedia jasno wykłada nam, że pinta paryska to 0,952 litra (inne regiony Francji mają swoje pinty, doczytajcie :)). Skąd zatem wzięło się 0.4l – objaśniam, wyjaśniam – z chciwości.

Wraz z kuzynem spróbowałem wszystkiego francuskiego, co było na kranach, darując sobie gościnne występy z UK czy Szwajcarii i wyszło 36€. Auć :( Prawie 160 zł, we Wrocławiu by nas z multitapu pewnie wynoszono, bo dla dwóch osób taki budżet wystarczyłby do odcinki. Tutaj dostaliśmy niecałe dwa litry piwa – cenniki macie poniżej. 3€ za kieliszek to gwałt na polskim portfelu. Z samych piw z La Triangle bez dwóch zdań najsmaczniejsze było Hastings, ambre inspirowane krajami północnymi, z dodatkiem jałowca. Całkiem przyjemne było też grisette, a saison mocno rozczarował, ale nie przywykłem do soli w saison. Rozmawiam zatem już po zamknięciu brewpubu z piwowarem i mówię, że to bardziej gose niż saison. Cóż – nie wiedział co to gose. Amator.

Po godzinach dostałem pamiątki w postaci etykiet i zostaliśmy zaproszeni do piwnicy :) Miałem cichą nadzieję, że dostaniemy coś z tanku, a kiedy zobaczyłem beczkę po sauvignon blanc, oczy na pewno mi się zaświeciły, ale okazało się, że nie dla psa kiełbasa :) Piwo jeszcze nie gotowe (tak, miałem czelność poprosić o próbkę, skoro już mnie lekko wciętego zapraszają do piwnicy i wydałem dość sporo, to czemu nie).

Podsumowanie będzie dość brutalne – jeżeli Was stać – spoko. To nie jest ani wyśmienite piwo, ani specjalnie wyjątkowa lokacja, posiadająca fantastyczny klimat. Jednakże Paryż jest swego rodzaju kraftową pustynią, a na bezrybiu i homar ryba :)