Piwo rzemieślnicze na Cyprze

Piwo rzemieślnicze na Cyprze

zamieszczone w: Cypr, Europa | 0

Nie mogłem odpuścić sobie wizyty w Aphrodite’s Rock Brewing Company. Po prostu nie mogłem. O koncernowych piwach dostępnych będzie gdzie indziej, tutaj zaś skupię się na jedynym browarze na wyspie, które dane mi było odwiedzić. Jedynym, bo drugi, mieszczący się w Nikozji, czynny był dopiero od 19:00, a stolicę Cypru odwiedzałem raczej przed godzinami wieczornymi. I trochę żałuję, bo Pivo „πίβο” Microbrewery zdaje się być browarem skierowanym bardziej w stronę beergeeka (czy tam entuzjasty piwa :)). Robią single hopy, mieli wędzone marcowe, dubla, żytnie IPA – coś się dzieje, tymczasem w miejscu, które przyszło mi odwiedzić…

Aphrodite’s Rock Brewing Company zajmowało drugie, a obecnie ma już palmę pierwszeństwa, jeżeli chodzi o atrakcje turystyczne w Pafos i pobliżu. Zdaniem użytkowników TripAdvisora. Dość słabe świadectwo o bogactwie kulturalnym tego miasta, które już w 2017 będzie jedną z Europejskich Stolic Kultury. Browar leży niby niecałe dziesięć kilometrów od Pafos, ale każdy, kto trochę po Cyprze pojeździ samochodem, będzie wiedział, że nie oznacza to szybkiej podróży. Nam te 10km zajęło jakieś dwadzieścia minut, bo Pafos było rozkopane, czego nie uwzględniał GPS i trzeba było jechać nieco na wyczucie. A po drugie – stan dróg na Cyprze jest dość kapryśny, a teren górzysty, stąd jeździ się raz szybciej, raz wolniej, ale rzadko ponad 60 km/h (nie licząc autostrady).

Załapałem się na koniec darmowej wycieczki po browarze, której przewodnikiem był sam właściciel. Bardzo zacna inicjatywa. Właściciel jest oczywiście Brytyjczykiem, bo Cypryjczycy wydają się być zbyt leniwi by robić cokolwiek wymagającego rzeczywistych nakładów pracy :) Ale zżymać się nad mieszkańcami wyspy będzie jeszcze na pewno okazja. O ile prowadzący wycieczkę wydawał się zaangażowany i kompetentny, tak jej uczestnicy… Nie, nie wymagam od każdego znajomości procedur warzenia piwa (sam ich nie znam), ale jeżeli kogoś ten proces w ogóle nie interesuje, po co się zapisuje? Browar jest mały, w środku jest głośno, a czasem nie było nic słychać, bo kupa ignorantów się pchała i podczas tripu rozmawiała ze sobą (zazwyczaj po rusku lub niemiecku). Skąd takie zainteresowanie? Sama wycieczka jest częścią ‚microbrewery experience’ trwającego kilka godzin i obejmujące obżarcie i opicie się do granic możliwości – bo jak można inaczej opisać deskę piw, dzbanek lagera i koszyk przekąsek. To wszystko za jedyne 37.50€. Drogo, oj drogo.

Uciąłem sobie krótką pogawędkę z właścicielem, który był dość zadowolony, że znalazł się jakiś klient, który ma pojęcie o browarnictwie. Ja za to byłem rozczarowany, bo okazało się, że owszem – mamy do czynienia z browarem restauracyjnym, ale nie jest to rzemieślnictwo dla beergeeków, a raczej coś wypośrodkowanego między international lagerem, a naprawdę interesującymi stylami. Jakieś mocne portery? Stouty imperialne? W ogóle coś ciężkiego? No nie bardzo. Rozumiem – jest gorąco i cokolwiek o większym woltażu w 35 stopniach ma niewielki sens, ale przecież są jeszcze butelki. A jakich chmieli używają? Brytyjskich i hallertau. Bo najtańsze. Mniej więcej taki był przekaz wypowiedzi właściciela. Bo panie chmiele z Nowej Zelandii to trudny transport i kosztuje krocie (ja nie wiem ile oni tego chmielu by potrzebują, nie wyglądało, żeby mieli więcej możliwości niż kilkanaście hektolitrów), ze Stanów też tanio nie jest, więc tylko do IPA dodajemy cascade. No i witki mnie opadły. Ale to mało – pan się spytał skąd jestem, a kiedy usłyszał że z Polski, to mówił że był w Warszawie i mamy świetną scenę piwną i był w Bierhalle. Miałem łzy w oczach :)

Ok, ja to jak najbardziej rozumiem. Gdyby robić piwo dla geeków, to gość by szybko zbankrutował, bo kogo będą interesowały kwasy czy wędzone portery? Tylko grupkę fanatyków. A tak dostajemy klasyczny restauracyjny zestaw dostępnych piw: sesyjny bitter, English special bitter, Irish red ale, oktoberfest (czyli marcowe), bardzo słaby porter (ale z dodatkiem lokalnego karobu) i IPA. Niezła, chociaż stojąca daleko za przeciętnym produktem polskiego kraftu i wyraźnie niedochmielona. Zresztą pojawił się jeszcze jeden problem – w cypryjskiej dziennej temperaturze piwo grzeje się zbyt szybko. Już z kegów nie wychodziło szczególnie zimne, a po 20 minutach były to niemal zupy. Żeby nie było, że jak zwykle nic nie robię tylko narzekam – trzeba pamiętać, że ja spoglądam na wszystko z perspektywy kogoś, kto pije jakieś 150 premier piwnych rocznie. Dla mnie to wszystko już było, w wielu wariacjach, z rozmaitymi dodatkami. Natomiast jeżeli zazwyczaj pijesz „Żywca” i „Tatrę”, takie miejsce odkryje przed Tobą mnóstwo nowych smaków.

Ach, przy browarze jest restauracja i pizzeria. I pizza jest naprawdę pyszna. Menu jest autorskie i kompozycje smaków, szczególnie lokalnych, są bardzo interesujące i odważne. Wzięliśmy pizzę z serem kozim oraz świeżymi figami, chociaż byłem nastawiony sceptycznie (no bo jak, kurwa, bez mięsa!?!) i był to znakomity wybór. A na deser, do domu, zabrałem sobie komplet cydrów. I to dopiero był strzał w dziesiątkę.

Piłem już sporo cydrów w życiu i, gdzie tylko się da, swojego ryja kieruję przede wszystkim właśnie w stronę jabłecznika zamiast piwa. Tutaj dostałem produkt z najwyższej półki. Jasne, cenowo nie było strasznie wesoło (2.10€ + 0.30€ butelka), chociaż na tle dostępnych w supermarketach Strongbow czy Magners, wcale nie wychodziło tak drogo. Ale cena jest w pełni adekwatna do jakości. Może nawet za niska. Zacząłem oczywiście od klasyki, czyli cydru jabłkowego, wytrawnego, bez żadnych dodatków. I już wiedziałem, że błędem był zakup tylko jednej butelki. Pyszny, idealnie zbalansowana wytrawność ze słodyczą, wysycenie odpowiednie, cudowny aromat świeżego soku jabłkowego. A potem było tylko lepiej. Bo zazwyczaj produktów typu ‚cydr z owocami lasu’ itp. nie toleruję ze względu na atak cukru. A tutaj… Zamiast czystego gruszecznika, w ofercie jest jabłko+gruszka, dająca ciekawy kompromis między wytrawnością jabłka i słodyczą gruszki. Świetna, naprawdę świetna truskawka z limonką. Wiecie, szwedzkie cydry często oferują truskawkę, ale jest po prostu przesłodzonym ulepkiem. Okazało się, że dodatek limonki świetnie kontruje słodycz i znów miałem w ustach wyśmienity nektar. Podobnie zresztą było z leśnymi owocami. Naprawdę wyborne produkty, warte każdego zapłaconego eurocenta, a najlepszym potwierdzeniem będzie, że moja towarzyszka, za cydrami nie przepadająca, była wniebowzięta.

Ogólnie? Aphrodite’s Rock nie byłaby obowiązkowym punktem wizyty w innych miastach. Sęk w tym, że w Pafos panuje taki marazm, że możliwość wyrwania się na kilka godzin z łap wszechobecnego Keo, Liona czy brytyjskich importów jest zbyt kusząca by z niej nie skorzystać. Tylko nie prowadźcie po pijaku, żeby Wam się strony nie pomyliły :)

Zostaw Komentarz