Piwo na Malcie – gdzie, jak, po co?

Piwo na Malcie – gdzie, jak, po co?

zamieszczone w: Europa, Malta | 0

Tak naprawdę turystyka piwna na Malcie miała być dla mnie pewnym przełomem, bo większość swoich odczuć przelewałem na filmy. Wychodzę z założenia, że youtube to przyszłość i prędzej lub później, znając mnie to później, przekuję całą swoją aktywność na vlogowanie. Taki plan miał być od początku bieżącego roku i w sumie na Malcie mi się to poniekąd udało, bo mam prawie trzy godziny konkretnego materiały, który trzeba pociąć i zredukować.

Ogólny zarys Malty będzie przy okazji innego wpisu, ale pamiętajcie, że to kraj zamieszkany przez mniej niż pół miliona ludzi, wybitnie katolicki oraz – powierzchniowo – mniejszy od takich tuzów jak Andora, Palau czy Singapur. Zatem całkiem nieźle prezentuje się następujący zestaw: jeden wielki, komercyjny browar, co najmniej dwa mniejsze, rzemieślnicze, jeden multitap, jeżeli można to tak nazwać oraz sporo barów z wyborem butelkowym. Zacznijmy od najprzyjemniejszej części wyprawy i wybierzmy się na północ, na wyspę Gozo.

Tamtejszy Lord Chambray miał być dokładnie zwiedzony, wraz z rozmową z polskim asystentem piwowara, ale w końcu do tak zacnego wydarzenie nie doszło, ze względu na napięty terminarz browaru oraz mój. A po prawdzie, kiedy rzucono mi termin: wtorek 13:00, a samolot miałem 6 godzin później, czyli na lotnisku musiałem być najpóźniej o 18:00, na innej wyspie, czyli jeszcze podróżować promem, który pływa jak sobie chce – wolałem nie ryzykować. I po prawdzie nie jechać na Gozo raz jeszcze, skoro wyspę – i browar! – widziałem już wcześniej.

Jeżeli będziecie się wybierać, sprawdźcie sobie wcześniej na mapie, gdzie dokładnie znajduje się to miejsce, bo zdaje się, że numery budynków nie są akurat w tym mieście popularnym rozwiązaniem. A ulica przy której znajduje się browar jest jedną z dłuższych na wyspie. Na miejscu jest mały multitap browaru – jakieś trzydzieści metrów kwadratowych z czterema piwami ze stajni Lord Chambray. Pozostałe dostaniemy w butelkach. Jest też oczywiście sklep, w którym można kupić koszulki, torby i piwa w butelkach. Bez dwóch zdań to najtańsze miejsce na Malcie by nabyć ten browar – trzy butelki za 8€, a sześć czy dwanaście z jeszcze większym rabatem, podczas gdy sklepowa cena butelki 0.33l Lord Chambray to lekko ponad 4€.

I może taka anegdota. Siedzimy w browarze, sączymy piwo i wchodzi facet, z wyglądu typowy pracownik budowlanki, lub, mniej woalując pewne fakty, robol. Siłą rzeczy przysłuchujemy się rozmowie, z której wynika, że właśnie podjechał pod browar podnośnikiem widłowym i jest gotowy ładować (cholera wie co, ale to nieistotne). Po czym prosi o jedno piwo, które wychyla na hejnał. My jesteśmy jak „whaaaaaaaat”. Rozumiem, że norma maltańska to 0.8 promila, zdecydowanie najwyższa w Europie, ale to już chyba przegięcie, by operować ciężkim sprzętem po wygulganiu nie mniej ciężkiej butelki. Cóż, nie mój cyrk, nie moje małpy, ale od tej pory, szczególnie wieczorami, zasadę ograniczonego zaufaniu zmieniłem na zasadę zerowego zaufania. Aha, tak, przyznaję, też prowadziłem po piwie. Jednym. 0.33l. Prawie na pół. Przy mojej wadze to nic :)

Ogólnie piwo jest bardzo smaczne, a byłem do niego nastawiony sceptycznie, bo Malta ma jeden poważny problem – brak wody. Nie ma rzek, nie ma jezior, żadnych naturalnych zbiorników. Opadów jest niewiele, zimą może trochę więcej, ale na pewno nie wystarczająco by zapełnić wszystkie baseny oraz browary. Stąd wodę się odsala, a każdy, kto przy okazji podróży miał przyjemność skosztować odsalanej wody, ma świadomość, że jest ona słodka w smaku. Jakby poza odsalaniem dodano cukru. Kto raz spróbuje, będzie wiedział. Zresztą woda odsalana smakuje podobnie wszędzie – może jestem tak bardzo przyzwyczajony do naszych mikroelementów w wodzie, że neutralny smak wydaje mi się słodki. Tak czy siak – woda jest poddawana dodatkowemu procesowi osmozy, ale do piwa używana jest zwykła kranówka.

Ciekawym pomysłem jest tytułowanie piw nazwami związanymi z Maltą. Mamy zatem nazwy geograficzne, jak Blue Lagoon (witbier), San Blas (English IPA), Fungus Rock (Dry Stout) czy Golden Bay (Blonde), jak i przyrodnicze – Flinders Rose (Gose). W pewnym momencie chyba jednak inwencja się skończyła i Special Bitter oraz Winter Ale nazwane są po prostu nazwami stylów. Fajnie także, że browar na stronie podaje kolorystykę piwa zgodnie ze standardem SRM oraz ekstrakt brzeczki podstawowej. Mniej fajnie, że skład piw jest owiany tajemnicą. Zresztą nie oczekujcie tutaj fajerwerków. Tylko u nas rzemieślnicy prześcigają się z coraz to dziwniejszymi dodatkami. Wśród piw Lord Chambray najbardziej zaskakuje chyba dodatek kwiatów kapara do gose. Bo jednak skórka pomarańcza w witbierze, w kraju kinnie nie dziwi ani trochę.

Jeżeli chcecie napić się naprawdę dobrego rzemieślniczego piwa rodem z Malty – to jest praktycznie jedyne miejsce, w którym można to zrobić. No chyba, że…

Chyba że akurat jesteście w Valletcie. W stolicy Malty znalazłem bowiem jedyne miejsce, które może kwalifikować się do miana multitapu. 67 Kapitali, bo o nim mowa, znajdziecie na Old Bakery Street, tej samej ulicy, tylko kilkanaście domów dalej, od miejsca, w którym mieszkał George Byron. Jeżeli to ma dla kogoś jakiekolwiek znaczenie ;). To bar stricte rzemieślniczy, bo wszystko co z nim jest ma certyfikaty, znaki jakości, jest robione na miejscu i tak dalej. Jedzenie od farmerów, chleb od piekarzy z ekologicznej mąki, eko-warzywa, zdrowa lemoniada, porządne kawy. No i oczywiście piwa. Osiem kranów, z czego sześć zajętych przez Lord Chambray, a dwa przez Brewdoga. Mógłbym narzekać, ale z drugiej strony – czym zapełnić te krany. Rezygnujemy z koncernów, to z maltańskich browarów rzemieślniczych lejących piwo do kegów zostaje… jeden. Bo są jeszcze dwa browary na Malcie – jeden to The Phoenix, a drugi, którego nazwy nie potrafię teraz znaleźć, jest chyba w ogóle jednoosobowym browarem prowadzonym w kuchni.

Nie myślcie jednak, że 67 Kapitali jest jakimś objawieniem, bo to klasyczny syndrom „najpiękniejszy we wsi”. Ceny są oczywiście adekwatne do rzemieślniczego obiektu w stolicy miasta, co oznacza że na Polską kieszeń są dość wysokie. Za piwo, cydr i zupę zapłaciłem lekko ponad 15€. To sporo. Tym bardziej że zupa, pomimo naprawdę sporej porcji, trochę rozczarowała. Bo to ta sama zupa, która jest WSZĘDZIE na Malcie. Czyli krem na bazie fasoli albo ciecierzycy z dodatkiem zielonego groszku. No bo jeżeli to, co widzicie na zdjęciu wyżej jest zupą kalafiorową, to ja jestem Wielkim Mistrzem Zakonu Św. Jerzego.

A właśnie – całkiem spory, jak zresztą w większości lokali, jest tutaj wybór piwa w butelkach. Ba! Jest całkiem sporo barów na Malcie, gdzie dostaniesz tylko butelki. Wtedy wybór jest spośród około trzydziestu pozycji zazwyczaj i najczęściej bywają belgijskie piwa klasztorne, brytyjskie pół-krafty i sporo Włoch. Często to właśnie Włochy mogą być najlepszym wyborem. I teraz parę słów o kulturze picia w lokalach tego typu. Bywa, w połowie przypadków, że barman otwiera Ci butelkę i mówi ‚sajonara’. Bar ma jakieś 3×3 metry, stąd idziesz z butelką na ulicę i tam pijesz. Bez obaw, to norma. Pod wieloma pubami, szczególnie latem, na ulicach jest aż tłoczno od ludzi. Na przykład w takiej Sliemie, gdzie nie ma miejsca na większe knajpy, Hole in The Wall czy Caffe Berry funkcjonują w ten sposób.

O The Brew będzie na filmie, zaś jeszcze co do wszystkich innych pubów w mieście, których jest po prostu zatrzęsienie – do większości nie warto wchodzić, jeżeli jesteś miłośnikiem rzemieślniczego piwa. W zasadzie standardowy zestaw to dwa, maksymalnie do czterech kranów, z czego połowa zajęta Ciskiem w dwóch wersjach, a pozostałe importami z Wielkiej Brytanii lub, co wydaje się mniej oczywiste, Belgii.

Podsumowując – jeżeli przyjeżdżacie tutaj dla piwa – odpuśćcie sobie. Nie warto i w zasadzie nie ma po co. Nawet Lord Chambray nie robi piw elitarnych, robi dobre, w porywach bardzo dobre, a wszystkie piwa brytyjskie lub belgijskie, które dostaniecie tutaj w marketach i na kranach, dostaniecie też w Polsce. W Carrefourze.