Piłem piwo u ŻYDA!

Piłem piwo u ŻYDA!

zamieszczone w: Azja | 0

Już widzę te głosy: ‚taki z ciebie Prawdziwy Polak?’, ‚z żydami się bratasz?’, ‚pozuje się że niby prawicowiec, a tak naprawdę – giń lewaku’. Stąd niniejszy post będzie miał charakter edukacyjno-informacyjny odnośnie polityki i szeroko pojętej prawicowości, a nie tylko piwa. Bo (spoiler alert!) o piwie w Izraelu to za bardzo nie ma co pisać. Zrobimy sobie zatem w przerywnikach pogadankę o Żydach, o „przedsiębiorstwie Holokaust”, o szoa w obecnym Izraelu i jak to jest z koszernością w piwie.

Ale żeby od razu nie tworzyć brzydkiej atmosfery wokół wpisu, zacznę od chyba najlepszej miejscówki w Izraelu, czyli Beer Bazaar przy ulicy Levinsky. Beer Bazaar zaczął swoją działalność na legendarnym Carmel Market w 2013 i szybko stał się marką znaną praktycznie w całym kraju, jako główni propagatorzy izraelskiego piwa rzemieślniczego. Sprzedawali piwo przez internet, przez jakiś czas funkcjonował klub piwny, działający na zasadzie subskrypcji, gdzie za jakieś 200 szekli miesięcznie (przypominam, że liczymy 1 ILS = 1 PLN) pod drzwi dostarczano ci 12 piw. Ała, ceny prawie jak w loży jeża Artezana ;) Na rynku izraelskim nie są to kwoty koszmarne, bo zwykły sikacz w puszce kosztuje do 10 ILS, więc dwa razy więcej za piwo rzemieślnicze, to znacznie mniej niż u nas. My za craft płacimy już 3-4 razy tyle, co za koncerniaki.

W Beer Bazaar byliśmy w czwartek wieczorem, czyli – w Izraelu – dosłownie mały piątek, ponieważ w piątek wieczorem zaczyna się szabas i nic nie działa, a przynajmniej w ortodoksyjnych zasadach – nie powinno. Bo nie wolno pracować. Z tym że mało kto już takich zasad przestrzega. Trochę jak z postem w Polsce – niby w piątek tylko ryby, ale schabowy zawsze spoko :) Tak czy siak – w czwartek wieczorem – pustki. Poza nami była jedna para, jeżeli chodzi o obsługę też słabo, bo wprawdzie kelnerka była, ale już z jej wiedzą było średnio. Stąd wszystkiego musiałem się dowiadywać od swojego gospodarza z airbnb, któremu do entuzjasty piwa, ba, nawet do piwnego Janusza, bardzo daleko.

Pierwsze zdziwko to dwie ceny deski piw. Może inaczej – taka sama cena, jeżeli weźmiesz cztery piwa lub pięć. I taka sama pojemność. Gdzie tu logika zapytacie. Przy pięciu piwach dostajecie zestaw obowiązkowy, przy czterech – wybieracie sami. Ciekawa koncepcja. No to zestaw obowiązkowy raz. 55 złotych. Ałaaaaaaa! Nawet po kilku dniach nie potrafiłem przywyknąć do izraelskich cen. Tym bardziej przykro zrobiło mi się, gdy okazało się, iż stosunek cena/jakość leży i kwiczy. Z piw z deski dość poprawny był weizen i IPA było całkiem niezłe. Trzeba jednak wziąć poprawkę, że temu IPA daleko do znanych na polskim rynku mocno chmielonych IPA. Gdybym miał do czegoś porównać, to taki Żywiec APA się kłania. Tripel kompletnie niepijalny i alkoholowy. Deska opróżniona, dostałem kilka podkładek jako pamiątki i ruszyliśmy coś zjeść, w międzyczasie rozmawiając z naszym gospodarzem o różnych sprawach.

Aha, na antresoli były urządzenia piwowarskie – pytałem czy tutaj ważą – nie, piwo jest z Kiryat Gat. „A co to jest na górze?” „beczki i różne takie graty”. Aha! Ja umiem rozróżnić graty od małych fermentorów. Ale nie będę wnikał, może myśleli że jestem szpiegiem z krainy deszczowców :)

Wsiadamy zatem do samochodu (prowadzący nie pije, bo nie lubi) i jest okazja porozmawiać o sprawach różnych, także tych mniej przyjemnych. Miałem to szczęście, że trafiłem na człowieka otwartego, w podobnej grupie wiekowej, który nie bał się poruszać nawet najgorszych tematów. My sobie rozmawiamy, a czytelnikom przedstawię z jakimi poglądami jechałem do Izraela, jakie poglądy w kwestii antysemityzmu posiadam od kilku lat i dlaczego mi z tym dobrze. Przede wszystkim – jestem liberałem. W Polsce, w dużej mierze dzięki głupotom wygadywanym przez Korwina-Mikke, przyjęło się równać liberała do faszysty i antysemity. A jest przecież niemal dokładnie odwrotnie – liberała nie obchodzi czy w domu jesteś Żydem, buddystą, muzułmaninem lub czy wierzysz w potwora spaghetti. Nie obchodzi co jesz, z kim śpisz, gdzie pracujesz. Dla liberała najwyższą wartością jest wolność jednostki, stąd żaden liberał i w zasadzie żadna osoba posiadająca rozum i godność człowieka nie będzie wypowiadała się pozytywnie o Hitlerze. Ale…

Ale musiało nadjeść. I choć jeżeli po „zły Hitler” daję „ale”, to brzmi to jak usprawiedliwienie, to ma to zupełnie inny cel. Czyli „przedsiębiorstwo Holokaust„. Nie będę się szerzej na ten temat rozpisywał, poświęcę mu tylko jeden, może półtora akapitu i krótko wymienię najbardziej przekonujące mnie tezy. Przede wszystkim uznanie ludobójstwa na Żydach za największą zbrodnię tego typu w dziejach ludzkości. Cóż, obrzydliwym wydaje się porównywanie czystych liczb w tej gestii i nie da się ukryć, że w aspekcie technologicznym, Niemcy podczas zagłady Żydów wspięli się na zupełnie inny, do tej pory nieznany poziom, ale gradacja ludobójstwa jest równie absurdalna, co gradacja śmierci w mediach, kiedy ofiary masowych wypadków otrzymują wsparcie od państwa, bo jest to medialne. Jest to analogiczna zasada, dzięki której Żydzi do tej pory mają czelność domagania się odszkodowań, nawet jeżeli odszkodowania tyczą mienia, a nie wyceny śmierci. Bo przecież dużo łatwiej dać odszkodowanie ofiarom „największego ludobójstwa w historii” niż jednego z ludobójstw.

Można teraz powiedzieć, że jestem obrzydliwym antysemitą. Że podważam wszystko, co wydarzyło się wobec Żydów na polskiej ziemi. Ale przecież nie o to chodzi. Zastanówcie się – kiedy ostatni raz słyszeliście w telewizorku czy w innych mediach o Kongu Belgijskim, rzezi Ormian, hołodomorze, komunistycznych mordach w Chinach i ZSRR (no, to akurat bywa), Rwandzie, Kambodży, masakrze w Nanking? O Europejczykach, którzy wspólnych sumptem zgładzili rdzenną ludność Ameryk i Australii – chociaż tutaj traktuje się ludobójstwo jako podboje. W końcu historię piszą zwycięzcy :) Tak właśnie działa przedsiębiorstwo Holokaust. Przynajmniej w mediach. Bo pytając człowieka w Izraelu, usłyszałem odpowiedź ‚wiesz co, my mamy dużo większe problemy tu i teraz – z każdej strony wrogowie, każdy chce nas zabić. Nie żyjemy w stresie, przyzwyczailiśmy się do tego. I o shoah nie zapominamy. Ale pokolenia się zmieniają i jeżeli coś znasz tylko z opowieści dziadka czy babci, to nie siedzi w tobie tak bardzo. Szczególnie w naszej (tj. Żydów, przyp. mój) obecnej sytuacji politycznej„.

Obiecałem dwa akapity, są dwa. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem. Tak jak zaznaczyłem – jestem liberałem, wierzę w wolność, także tą do posiadania swoich, nawet najbardziej kontrowersyjnych, poglądów. A dlaczego młodzi Żydzi myślą tak, a nie inaczej, wyjaśnię jeszcze szerzej przy okazji innego wpisu. Albo vloga. Tak, będą vlogi. Yay! Tymczasem dojeżdżamy do Norma Jean.

Norma Jean ma najlepsze noty na ratebeer i dlatego wybrałem ją/to jako cel. I okazało się, że owszem, porządnych piw tutaj sporo, ale już z samego Izraela – nie tak wiele. Zresztą nie liczcie na zagraniczne sztosy. Tu nie bedzie KBS z Founders’a. Nie ma nawet Brewdoga. La Chouffe z Belgii, Fullers z Wielkiej Brytanii, niemiecki Radeberger, czeski Primator. Ot, klasyka z wielu krajów. Z Izreala były tylko trzy piwa, ale nie spróbowałem wszystkich, bo… CENA. Byłem tego wieczoru tylko w dwóch knajpach, wypiłem dwa duże piwa (0.5l – na polskie warunki duże, bo tutaj popularny jest dzbanek z litrem piwa) i jedną deskę piw i zostawiłem 125 zł! Dramat! Ok, w Holandii ceny były relatywnie podobne, ale tam jakość była nieporównywalnie wyższa. Z jednej strony można powiedzieć, że przecież w Ziemi Świętej się dużo zarabia, ceny mogą być zatem adekwatne. No i ok. Ale bez przesady – to są podstawowe jasne piwa, a kwoty za nie są najwyższe, jakie widziałem w Europie. Na Ukrainie z takim budżetem by mnie wynosili z lokalu. Przez dwie noce!

O Norma Jean nie ma co więcej pisać. Może warto wspomnieć o normach z pubów Wielkiej Brytanii – uhonorowaniu stałych bywalców oraz barmanów. Ci pierwsi mają swoje miejsca przy barze, funkcjonujące oczywiście na zasadzie grzecznościowej, trochę jak miejsca dla inwalidów w autobusach. Chociaż nie, tutaj barman po prostu wygoni cię, jeżeli zobaczy na horyzoncie człowieka, na którego standardowym miejscu siedzisz. Aha, o godzinie 18:00 byliśmy w knajpie jedynymi klientami. Yup, tak wygląda picie piwa w Izraelu poza sezonem turystycznym.

Przenieśmy się zatem do innego miasta. Na południe, na malutki wycinek pustyni wrzynający się pomiędzy Jordanię, a Egipt, do niewielkie nadmorskiego miasteczka Eilat, izraelskiego Mielna. W osobnym wpisie wyjaśnię, dlaczego nie ma żadnego powodu by tam jechać. Póki co jednak, skupmy się na piwie. Pewnego wieczoru, spragniony alkoholu, zostałem zaciągnięty przez swój nos do sklepu całodobowego dla turystów. Dlaczego zaznaczam, że dla turystów? Była sobota wieczorem, czyli szabas, zatem wszystkie tubylcze sklepy były nieczynne, jedyną szansą były nadmorskie, skierowane do turystów, prowadzone często przez Arabów. Co tam zastałem? Większość światowych marek produkujących eurolagera. Heineken, Carlsberg, Guiness, VanPur (yup, oczywiście najtańszy :)), ale mnie zainteresowała promocja 3 lokalne piwa za 27 szekli. No to bierzemy! Była to zła decyzja. Gdzieś tam na dole są fotki i opisy tych… ekhm… płynów. Ich identyfikacja była bardziej ekscytująca niż picie.

Kolejnego wieczora mieliśmy ruszyć na pustynię oglądać gwiazdy, ale na ratebeer znalazłem brewpub gdzieś na obrzeżach miasta. „Grażyna, jedziem tam!” padło hasło, pustynia poczeka, a przecież im później, tym lepiej, tym więcej będzie wyraźnych gwiazd na niebie, prawda? Czyli skok na piwko jest nawet zalecanym rozwiązaniem! Oporu nie było, bo w mieście na dobrą sprawę nie ma co robić. Adres na ratebeer jest błędny, stąd drogi musiałem szukać w sklepie ogrodniczym, który chyba był sklepem z przedmiotami do hodowli marihuany. Wchodzę.
– Excuse me, do you know where can I find brewery around here?
– What?
– Brewery?
– Sorry?
– Beer.
– Ah yes. NJS DYA* A A_) AE*Y&&%$ APFSA FSAMFJ SAFS AFS (to słowa po izreaelsku) – po czym pokazał ręką ogólny kierunek.
Utwierdzam się tylko w przekonaniu, że nie należy na wyjazdach używać skomplikowanego języka.

Soof The Brewery zaskoczyło pozytywnie. Bardzo pozytywnie. Nie jakością piw, te były po prostu przeciętne, ale całą otoczką. Przy wejściu powitały nas (dwie osoby) dwie kelnerki, niemal bijące się o obsługę. Dostaliśmy stolik, kartę i tutaj już kilka pozytywów. Żytni lager z miodem i miętą. Pszeniczniak z bazylią. Blonde ale z imbirem i kolendrą. Dark ale z wiśniami i syropem z daktyli (dodawanym w czasie warzenia, a nie jako syrop do smaku). Do tego deski nie było w ofercie, a ja mogłem wypić tylko jedno piwo! Zanim się dobrze obejrzałem, wjechała deska. Ale jak to? Przecież nie ma deski w menu. Tak, deska (ok.40ml) jest gratis, abyś zapoznał się z wyrobami i wybrał co ci pasuje. SUPER! Szkoda tylko, że z wymienionych wcześniej interesujących piw nie było niczego.

Za to był piwowar! Spytałem czy można pogadać chwilkę – nie było problemu, podszedł i opowiedział jak wygląda sprawa w Izraelu. A nie wygląda dobrze. Przede wszystkim dlatego, że nie mają surowców. W Izraelu nie ma tradycji uprawiania ani chmielu, ani jęczmienia. A nawet gdyby ten ostatni był, to i tak nie ma słodowni. Stąd wszystko trzeba importować. Najczęściej z Niemiec. Dlatego też tak trudno o dobre IPA w Izraelu, bo amerykańskie chmiele tutaj prawie nie docierają. Piwowar opowiadał, że warzy się z tego, co akurat jest. Czasem jest tydzień opóźnienia w dostawie, czasem nawet miesiąc, a jednak jeżeli ma się brewpub, to coś w ofercie trzeba mieć. Poza tym teraz (byłem w połowie grudnia), nie ma za bardzo sezonu na syrop z daktyli, kolendrę czy inne świeże dodatki do piwa. Stąd na stanie mieli tylko piwa bazujące na słodach.

A jak to jest z koszernością piwa – spytałem fachowca. W gruncie rzeczy nie ma problemu, bo koszerność pokrywa się w zasadzie z Reinheitsgebot, czyli niemieckim prawej czystości piwa, stanowiącym że piwo składać się tylko z jęczmienia, wody i chmielu, każdy z tych składników jest bowiem koszerny. A co z drożdżami? Nie były znane za czasów Reinheitsgebot, nie były tym bardziej w czasach biblijnych i Tory, stąd raczej są dozwolone. Większy problem jest z dodatkami. Wszystkimi. Bo żeby piwo z dodatkiem było koszerne, w teorii powinien przyjść ekspert – taki żydowski sanepid – i to ocenić. W praktyce jednak wszystkie piwa produkowane w Izraelu uznaje się za koszerne, a ortodoksyjni żydzi i tak preferują wino (a i to w umiarze, bo upijanie się nie jest do końca zgodne z Talmudem).

Dostaliśmy obowiązkowe przekąski (oliwki i korniszonki) – oczywiście w gratisie – i bardzo rozczarowaliśmy obsługę, nie zamawiając niczego do jedzenia. Za to rozkoszując się przyjemnym IPA, podziwialiśmy naprawdę świetny wystrój lokalu, łączący elementy industrialne (lampy ścienne i nogi do stolików z rur) z elementami etnicznymi (obrazy na suficie i w stołach usypane ze słodów to prawdziwy majstersztyk). I zastanawialiśmy się – jak to wszystko funkcjonuje. Nie tyko browary czy multitapy. Prawie każdy obiekt gastronomiczny w Izraelu cierpi na przerost zatrudnienia. I to nie o jedną kelnerkę/kelnera, tylko o pięć! Lokal z falaflem, w którym byliśmy my i jedna rodzina obsługiwało ośmiu chłopa. W Soof były cztery kelnerki, dwóch kelnerów, barmanka, piwowar, menadżer, a jeszcze pewnie kuchnia. A oprócz nas dwa zajęte stoliki czteroosobowe. Słowami Maxa Kolonko – to się nie dodaje!

Podsumowanie? Izraelskie piwowarstwo ma swoje, niemałe, problemy. Z chmielem, ze słodem i innymi, tak dobrze u nas dostępnymi surowcami. Do pewnego stopnia z cenami. Z kulturą picia piwa, także w kontekście ortodoksyjnego judaizmu. Pewnie także z brakiem tradycji. Chłopaki walczą (a być może i dziewczyny… chociaż w ‚koszernej’ kulturze… chyba nie ;)), a dopóki walczysz jesteś zwycięzcą, ale wielkich sukcesów w niedalekiej przyszłości nie widzę. Na razie stoją w gównie po szyję i robią przysiady.

Zostaw Komentarz