Penang – Ogród z przyprawami

Penang – Ogród z przyprawami

zamieszczone w: Azja, Malezja | 0

Zachwycony motylarnią wsiadam w autobus. Nie od razu, bo rozkładu jazdy nie ma, więc nie do końca wiadomo kiedy (i czy) w ogóle coś nadjedzie. W międzyczasie nawiązuję rozmowę z parą turystów z Niemiec, po raz pierwszy od dawna widząc ładną Niemkę. Okazuje się, że mają ten sam cel podróży. Niestety – po dwóch czy trzech przystankach, kierowca zjeżdża na pobocze i stara się coś bezskutecznie wytłumaczyć. W końcu wychodzi z autobusu, pokazuje przystanek i krzyczy ‚BUS! BUS!’ pokazując inny nadjeżdżający autobus tej samej linii. Pewnie trafiłem na zmianę brygady albo coś. Czyli z torbą z zakupami (kupiłem gablotkę z motylami, pamiątki być muszą :)), z plecakiem, w podróży od 7 godzin, w końcu dojeżdżam do Tropical Spice Garden.

Bilet kosztuje 15 ringgit, ale pani zaznacza, że muszę się uwinąć w przeciągu dwóch godzin, bo wkrótce zamykają. Do tego oferują mi, abym swój mandżur zostawił przy kasie. Wspaniale – kolejny dowód na azjatycką gościnność, a jednocześnie wielka ulga przy zwiedzaniu obiektu. Ciężko się robi fotki i swobodnie porusza po, jak się później okaże, dość skomplikowanym terenie, trzymając w ręce reklamówkę-żulówkę pełną fantów. W cenie biletu dostałem naprawdę fajną, profesjonalnie przygotowaną mapkę w języku angielskim – super, zdarza się, że za mapkę trzeba dopłacić – nieważne ile – jest to zdzierstwo. Mapka jest bardzo czytelna, kolorowa, ma oznaczone kluczowe rośliny i miejsca, wszystkie (trzy) szlaki oraz wyjaśnienie wszystkich znaków, na które możemy trafić w obiekcie. Naprawdę – magnificentia, a sami już zauważyliście jak trudno mi przechodzą przez usta – tudzież palce – komplementy :)

Tropical Spice Garden to w zasadzie ogród botaniczny z dużym naciskiem na przyprawy i kilka usług związanych z nimi, o których będzie potem. Mały rys historyczny – chociaż obecnie jako Spice Islands (a po polsku Wyspy Korzenne) określa się grupę wysp na Indonezji, to dawniej, w czasach kolonialnych, prawie cały Archipelag Malajski był nazywany w ten właśnie sposób. Wiecie, Europejczycy przybyli do Azji pod koniec XVIII w. i dopiero wtedy zaczął się do Europy import przypraw na naprawdę wielką skalę. Wcześniej było to możliwe tylko drogą lądową, a ładowność karawany podróżującej przez całą Azję jest znacznie mniejsza niż statku. Tak czy siak… Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądają goździki? Albo pieprz? Imbir? Gałka muszkatołowa? Ja nie. Można to uznać za absurd albo brak wiedzy ogólnej, ale po prostu nie wiedziałem i nigdy się nad tym nie zastanawiałem, a w Malezji miałem okazję przekonać się o tych przyrodniczych ciekawostkach na własne oczy.

Powierzchnia obiektu to niespełna dwa hektary. Mało, ale ponieważ w pobliżu wszędzie dokoła są nieograniczone (na potrzeby takiego ogrodu) pokłady dżungli, jeżeli tylko zaszłaby potrzeba, można z pewnością całość rozbudować. Chociaż w tej chwili chyba nie ma takiej potrzeby. Nie jest sztuką rozciągnąć wszystko tylko żeby, jak mawiają Rosjanie, czislo się zgadzało. A potem turysta musi zapieprzać na przykład 0,5 km pod górkę, żeby rzucić okien na jedno albo dwa drzewka. Absurd.

W ogrodzie zobaczyć można ponad pięćset sztuk tropikalnej flory i fauny, ze szczególnym naciskiem na przyprawy i zioła. Do dyspozycji są trzy trasy tematyczne – dżungla, przyprawy i hmm… dekoracje. Zaprojektowane na tyle rozsądnie, że nie nakładają się na siebie. W przypadku wynajęcia przewodnika, możliwa jest późnowieczorna wizyta, zapewniająca zupełnie inne doznania, zwłaszcza jeżeli chodzi o napotykane zwierzęta, między innymi żaby i jaszczurki.

Mi najbardziej przypadła do gustu trasa z przyprawami i ziołami. W końcu po to tutaj przyjechałem i moje oczekiwania zostały w pełni zaspokojone. Poza oczywistymi rzeczami, które kupimy – wysuszone – w każdym supermarkecie, są rożne inne ciekawostki. Te bardziej zwyczajne to koraliki pieprzu wiszące na drzewach, kwiaty imbiru wyglądające jak… także ten… (żeby nie było, że mi się wszystko kojarzy, ale ktoś mi takie świństwa pokazuje, tak?). Śliczne czerwoniutkie goździki, pachnące zupełnie inaczej niż po wysuszeniu. Kwiaty anyżu. Cynamonowiec, z którego kory uzyskujemy proszek, którego nazwy już się domyślacie. Nasiona kardamonu wyglądające jak pestki dyni albo gałka muszkatołowa, wyglądająca jak brzoskwinki. I tak się zastanawiam – czy gdy Azjata przyjeżdża do europy, to jest w podobnym szoku widząc jabłka, rzodkiewki, rodzynki/winogrona albo kminek.

Większa egzotyka to chociażby pieprz żuwny, używany tak jak tytoń w Ameryce Północnej. Papeda, wyglądem przypominająca limonkę, która jest tak cierpka, że tylko skórka nadaje się do używania w kuchni. Kilka gatunków trawy cytrynowej, coraz popularniejszej w Europie, o której zastosowaniu możecie przeczytać chociażby poniżej. Tongkat ali, czyli naturalna viagra i inne zioła medycyny naturalnej Malajów. Np. ‚cats whiskers’, które zawsze natychmiast leczą mnie z problemów z nerkami. Kacip fatimah, będące roślinnym ginekologiem. I kupa innych ziół, często nie mających nawet polskiej nazwy i nie egzystujących nawet w naszym internecie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zaskoczyła. Ale tego się spodziewałem, bo namiastkę miałem już w Tajlandii. Dżungla żyje! Biały człowiek tego nie widzi, ale słyszy. Szum jest ciągły, o natężeniu hałasu porównywalnym z kosiarką sąsiada za oknem. Wiecie, jak pójdziecie do lasu, to gdzieś coś tam kuka, śpiewa ptak, jakieś świerszcze, żaby. No to wyobraźcie sobie to samo do kwadratu i sześcianu. I jeszcze gdzieś tam nagle coś hałasuje. Wydaje się, że to metr obok na ziemi. Albo dwa. Ale nic nie widać. A po chwili ścieżką przemyka jaszczur. Nie jakieś malutki 10 cm słodziak, tylko wielkie 30-40 cm bydlę.

Inne ciekawe miejsca? Nagle w pobliżu ścieżki widzę piecyk z dwoma czajniczkami i kubeczkami. Myślę sobie – o co chodzi? Jasne, na mapie pomocniczej jest zaznaczony ‚tea shop’, ale ten tutaj wygląda na samoobsługowy. I, ku mojemu zaskoczeniu, taką właśnie informację znalazłem na tabliczkach zostawionych na stole. Byłem w szoku, jako człowiek wychowany  w kraju, gdzie nie ma absolutnie nic za darmo i panuje wszechobecny strach przed tym, że coś zostawione na użytek publiczny zostanie skradzione lub zniszczone. A tutaj mamy darmową napój z trawy cytrynowej słodzony stewią. Oczywiście ciepły, bo w tropikach najskuteczniej pragnienie gaszą ciepłe napoje. Super sprawa, byłem pod wielkim wrażeniem.

Napotkałem też interaktywne miejsce, w którym samemu można z całych ziaren, kory czy korzeni zrobić przyprawy. Są moździerze i próbki wszystkiego co się nam zamarzy. No, może poza wanilią czy szafranem ;) Nie może oczywiście zabraknąć restauracji (bo biznes jest biznes), ale przy niej funkcjonuje także szkoła kulinarna. Nie sprawdzałem cen, ale widziałem wyposażenie i jest na najwyższym poziomie. No i sklep. Tak naprawdę najlepsze miejsce na zakup naprawdę egzotycznych ziół, takich jak wyżej wspomniane cats whiskers. W bardzo przyzwoitych cenach.

Kolejne miejsce na Penang, które było warte zobaczenia. Może nie zachwyciło, to zostawmy naprawdę wyjątkowym atrakcjom, ale nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł tego nie zobaczyć przy okazji pobytu w Georgetown.

Zostaw Komentarz