O ukraińskim jedzeniu i wrocławskich knajpach

O ukraińskim jedzeniu i wrocławskich knajpach

zamieszczone w: Europa, Ukraina | 0

Wiele razy powtarzałem, że okazja czyni blogera i znowu się nadarzyła szansa by potwierdzić tę teorię. Wizytując bowiem restaurację ‚Kres’ we Wrocławiu, mam zaliczone obie wszystkie restauracje serwujące kuchnię naszych wschodnich sąsiadów mieszczące się w stolicy Dolnego Śląska. A że swego czasu miałem dostać pracę w Kijowie (wybuchła wojna i odwołano ryanair na linii Wrocław-Kijów, więc zrezygnowałem) oraz odwiedziłem Ukrainę i kilka innych byłych republik radzieckich, jestem w stanie porównać dania oferowane na Ukrainie z wrocławskimi.

Nie ma co się oszukiwać i spodziewać się ogromnej egzotyki. To jednak nasi sąsiedzi, a przez długi czas nawet nasi rodacy, zatem szczególnie na wschodzie będziemy mieli bardzo zbliżoną kuchnię. W końcu jedna z naszych ulubionych zup to barszcz ukraiński, nazwany tak nie bez kozery. Na Ukrainie serwowana jest w zasadzie wszędzie w dziesiątkach odmian, ale obowiązkowo z olbrzymią porcją śmietany. Tu ważne wtrącenie: ja mogę się wypowiadać porównując kuchnię ukraińską do dolnośląskiej, a w różnych rejonach Polski, różne potrawy przyrządza się zupełnie inaczej. Pewnie tak jest z kapuśniakiem, u mnie bardzo gęstym i bazującym na kiszonej kapuście, a na wschodzie podawanym raczej z większymi płatami kapusty i bardzo wodnistym. Obowiązkową zupą jest oczywiście soljanka, w przeciwieństwie do krajów nadbałtyckich bazowana także na mięsie zamiast ryb, ale tradycyjnie z oliwkami, cytryną i śmietaną.

Decydując się na śniadanie w hotelu na Ukrainie, możesz być w nie lada szoku. Ja byłem już od drugiego dnia, pierwszego bowiem, pewnie w ramach zaprawy przed kolejnymi bojami, powitały mnie jak najbardziej tradycyjne wędliny, ser, chleb i świeże warzywka. W kolejnych dniach było już nietypowo, bo chyba zimną jajecznicę na słodko można tak określić. Zanim doczekałem się swojej, z podziwem patrzyłem na ludzi sypiących cukier do swojej potrawy i zastanawiając się czy ich bóg opuścił… Dopiero późniejszy risercz pokazał, że na słodki posmak wpływa laktoza z mleka dodawanego do jajek. Kapuśniak jako śniadanie też zaskoczył i, chociaż takie akcje widziałem już wcześniej w Gruzji, z pewną taką nieśmiałością zasiadłem do takiego śniadania. A co powiesz na jedno ze śniadań uwiecznionych na fotce? Jajko z majonezem, pieczone pieczarki, pomidory i papryka oraz parówa, bo inaczej się tego określić nie da, nawet jeżeli wyglądała jak płuca na ilustracji z podręcznika do biologii. A nazywa się chyba sosyska. W ogóle te ukraińskie i rosyjskie wędliny mnie nie przekonują.

Pierogi na śniadanie też się trafiły, ale rozmaite mączne potrawy to absolutna norma na Ukrainie. Tutaj akurat kuchnia ani trochę nie różni się od chociażby litewskiej. Nasze pierogi to wareniki (варе́ники), ale bardzo popularne są pielmeni (Пельмені), do złudzenia przypominające serwowane u nas podczas Wigilii uszka, z tym że z mięsnym nadzieniem. Jak napisałem powyżej, jakość tego nadzienia pozostawia wiele do życzenia, a Olo Żwirski określiłby je zapewne jako ‚kotlet z psa trzeciej kategorii’. Z mącznych potraw trzeba wspomnieć także o blinach, na Ukrainie nazywane Млинці, podawane zarówno na słodko, jak i na słono, w rozmaitych kształtach.

Skoro już o tym mowa – moja babcia pochodziła ze Lwowa, stąd kuchnia ukraińska w jakiś sposób zawsze była obecna u mnie w domu. Na przykład nadzieniem do naleśników był zazwyczaj ser biały z bakaliami. Na Ukrainie miałem okazję skosztować dokładnie tego nadzienia jako deser, w formie upieczonych babeczek. Pyszotka :) Zresztą tradycyjna potrawa wigilijna – kutia (Кутя), powstała z pszenicy łączonej z miodem, makiem mlekiem i bakaliami, pochodzi właśnie z Ukrainy. Słodycze są w ogóle bardzo tanie, a w supermarketach można spotkać coś, czego od dawna już nie ma w Polsce, czyli wyroby niemal domowe, zapakowane na styropianową tackę i sprzedawane na wagę. Oddają to niemal za bezcen, podobnie jak produkowane na wschodzie batoniki wielkich firm. Na zakupy w postaci dwóch piw, kwasu, czekolady, paru batoników, wina i ciasteczek, zapłaciłem mniej więcej 30 złotych.

A no właśnie – napoje, najpierw te bezalkoholowe. Kompoty są nadal bardzo popularne. I bardzo niedobre, mam wrażenie, że to woda z rozrobionym koncentratem. Kwas chlebowy osobiście toleruję tylko mocno schłodzony, a skoro nie miałem okazji go spróbować w tej formie, dałem sobie spokój, chociaż raz użyliśmy go jako popity do butelki Nemiroffa i zdecydowanie była to błędna decyzja gospodarczo-przemysłowa. Alkohol jest niemożebnie tani, szczególnie ten wysokoprocentowy i różnica w cenie między wódkami, a piwem i winem jest absurdalnie niska. Przechodzimy zatem do głównego powodu, dla którego kuchnia ukraińska wygląda jak wygląda – alkohol.

Zacznijmy, niczym A’tomek na ścieżce zdrowia w Bieszczadach, niewinnie, wejściem na bal w strojach dowolnych, czyli od piwa. Obołoń to bezapelacyjna najwyższa półka jeżeli chodzi o światowe koncerniaki. Jest po prostu przepyszny w każdej wersji, których jest naprawdę sporo. I nie ma co tutaj porównywać do Książęcego czy Żywca. Obołoń w swojej standardowej ofercie ma witbiera (Біле), weizena (Пшеничне) czy ale (Оксамитове). Robi też gotowe drinki o voltażu 8%, dostępne w puszkach i butelkach. Widziałem trzy kombinacje: gin+tonik, rum+cola i brandy+cola, próbowałem tylko tego ostatniego, co gorsza na ciepło, i muszę przyznać, że zrobił robotę. Zacny produkt dostępny za znikome pieniążki. Inne popularniejsze marki to Lwowskie (Львівське) należące do produkującego też własną markę koncernu Sławutycz (Славутич), które z kolei jest częścią Carlsberga. Czyli siki Weroniki. Jest jeszcze Czernihowskie (Чернігівське) od AbInBev, czyli Budweiser. Też siki. Bardzo popularna jest rosyjska Baltika (Балтика), w gruncie rzeczy też należąca do Carlsberga. Ceny piwa są zbliżone do polskich, czyli na ukraińskie standardy zarobków – bardzo wysokie.

Dlatego wybiera się wódę, która jest dostępna za bezcen. W sklepach dominują: podbijający powoli świat Nemiroff, ze swoimi charakterystycznymi butelkami i stylem etykiet, Medoff oraz Khortytsa. Jeżeli chodzi o nietypowe dla Polski smaki to na pewno pieprzówka, oparta o teoretycznie ostre papryczki z dodatkiem miodu oraz dostępna tylko u Nemiroffa brzozówka, nazywa w ich reklamach ‚wiosną w butelce’. No, no… ;) Oczywiście produkcja domowa samogonu to także norma, ale gdy ktoś jest rozmiłowany w bardziej szlachetnych alkoholach, pozostaje mu jeszcze ogromna pula koniaków, głównie importowanych z Kaukazu. Też w cenach kosmicznie niskich – na ostatniej stacji benzynowej przy granicy kupiłem dwie butelki koniaków 3 i 5 gwiazdkowe i cztery wagony Marlboro, płacąc za nie 75 złotych. Można? Można!

Z zagrychami, poza znanymi w Polsce, byłem zaskoczony jedząc pomidory marynowane w occie. Najprzyjemniejszą częścią było kiedy pękały, bo późniejszy smak niestety nie zwalał z nóg. Ale nie wyobrażam sobie jeść tego w większych ilościach. Zresztą nie byłem sam – pomidorki były jedyną zagryzką, która została na stole. Za to bardzo szybko zniknęła słonina z cebulą. Nigdy bym się nie spodziewał, że tak mi będzie smakować. Bo tak, dobrze przeczytaliście między wierszami, brałem udział w typowej ukraińskiej libacji alkoholowej. Ok, przygotowanej specjalnie dla grupy, ale i tak z produktami lokalnymi. Na koniec nawet do kupienia za 800 hrywien była wężówka, czyli wódka z wężem w butelce. Szkoda tylko, że na początku lany był przepyszny domowy samogon, a potem, w tych samych butelkach, zwykła kupna wódka. Wyszedł z gospodarza Ukrainiec…

Nie użyłem tego zwrotu przypadkiem. Mój ojciec pochodzi spod granicy wschodniej i w jego kwiecistym słownictwem określenie ‚ty Ukraińcu’ leży kilka kieliszków alkoholu za sukinsynami, chujami i innymi podobnymi zwrotami. Wiąże się to oczywiście z różnicami w pojmowaniu historii przez nasze narody (dla większości Polaków masowe i brutalne mordowanie ludności cywilnej na Wołyniu było ludobójstwem, dla Ukraińców – dobrą zabawą, wojną i walką o niepodległość), ale takie epitety są używane przez wielu starszych mieszkańców Kresów. A przecież mój ukochany Wrocław to w znakomitej większości dawni Lwowiacy.

Przenieśmy się zatem nad Odrę, zatem część czytelników z pewnością uzna ten wpis za zakończony i nieciekawy. I wcale się nie dziwię. Nie będę udawał, że do ‚Hortycy‚ wszedłem przypadkiem. Na grouponie była oferta obiadu dla czterech osób za 120 zł. Mogło by się wydawać, że zal nie skorzystać i nie było tak źle, natomiast daleki jestem od zachwytów nad lokalem przy Więziennej. Oczywiście nie biorę pod uwagę spektakularnych szczurów biegających przy pobliskim śmietniku. To taki wrocławski folklor. Najsympatyczniejszą składową restauracji była kelnerka przebrana w ludowy strój, co najlepszą kulinarną rekomendacją nie jest, ale w świetle poprzedniego wpisu, wcale nie dziwi. Trzeba jednak sobie uczciwie powiedzieć, że restauracja to nazwa na wyrost, bardziej zakwalifikowałbym ‚Hortycę’ jako ukraiński fast-food i wtedy rzeczywiście można to miejsce polecić. Jednak ukraińskiego ducha czuć bardziej w wystroju niż kuchni.

Korzystając zatem z zakrzywień czasoprzestrzeni, teleportujemy się do dnia przedwczorajszego i na Ofiar Oświęcimskich we Wrocławiu. Co obie knajpy mają wspólnego? Szczury. I rozumiem osoby, które mogą stracić apetyt na widok 15cm obłego kształtu zmierzającego w ich stronę. Zaraz obok znajduje się zaś Kontynuacja, czyli jeden z pierwszych wrocławskich multitapów z piwem kraftowym, gdzie ‚wypada’ bywać. I nie wypada mieć własnego zdania. Kontynuacja swego czasu wzięła udział w akcji w wylewaniu piwa Ciechan, stąd ja biorę udział w olewaniu Kontynuacji, bo knajpy są od nalewania piwa, a nie od propagowania poglądów, bez względu czy chodzi o idee narodowe, czy promocję sodomii. I znów można stracić apetyt, stąd kończę dygresje.

Czekanie na danie główne może być sposobem na pobudzenie soków trawiennych i budowanie atmosfery. Pod warunkiem, że przystawki serwowane są na czas i we właściwej kolejności. Nie są. Nie będę się uzewnętrzniał na temat marnej jakości obsługi, bo nie to miejsce, aczkolwiek bardzo dobrze oddany jest klimat Kresów. Dopóki kelnerce nie dasz bardzo wyraźnego sygnału, że chcesz żeby podeszła, sama się raczej nie zainteresuje. Barszcz ukraiński jest taki jak w domu, czyli gęsty, z wieloma warzywami i, co oczywiste, łyżką śmietany. I może tak przywykłem do takich porcji w domu, że nie stanowił dla mnie żadnej sensacji i nie rozumiem zachwytów wśród kulinarnej blogosfery. Może po prostu ktoś jest wychowany na chińskich śmieciach błyskawicznych z woreczka w proszku – wtedy rzeczywiście jest czym się podniecić. Борщ jak to Борщ. Ale bez jajka :)

Po zupie przyszła przystawka… Bez komentarza. Natomiast smak zrekompensował wszystko. To był mój pierwszy kontakt z Ш.У.Б.А., w Polsce nazywanym śledziem pod pierzynką. Sałatka ma świetną historię – podobnież została wynaleziona w czasie Rewolucji Październikowej i nazwę Ш.У.Б.А. rozpisuje się jako Шовинизму и Упадку – Бойкот и Анафема. Znający cyrylicę już wiedzą, innym spieszę z transkrypcją – Szowinizmu i Upadku – Bojkot i Anafema. Warstwy symbolizują i łączą klasy społeczne – burżuazyjny majonez, rewolucjonistyczne buraki, chłopskie ziemniaki i cebulę oraz śledź proletariuszy. Obecnie przepis ulepsza się, dodając ogórka kiszonego, jajka czy marchew. O sałatce można powiedzieć dwie rzeczy. Raz – jest świetna, smakuje naprawdę wybornie, a mi nowalijki rzadko kiedy tak bardzo podchodzą. Zazwyczaj, niczym inżynierowi Mamoniowi z ‚Rejsu’, smakują mi rzeczy, które już znam. Dwa – to musi być wspaniała przekąska do wódki. Śledzik lubi pływać, majonez robi podkład, a potem gdy rzygasz na czerwono, wyglądasz jakbyś miał gorączkę krwotoczną i jest fejm. Sałatka ma mój seal of approval. Nota bene, w świetle powyższej historii, nie rozumiem dlaczego w menu widniało to jako ‚śledź pod szubą’…

Gałuszki się przyjęły i mogą zasłużyć na pochwałę. Upraszczając, to kluski na parze, które potem się zapieka i podaje w sosie. W tym przypadku grzybowym. Bardzo smaczne i, jak to kluski na parze, mocno zapychają żołądek. Oczywiście na Ukrainie gałuszki podaje się z mięsem, jednak skoro jesteśmy w okolicy mocno hipsterskiej, trzeba zrobić ukłon w stronę dziwaków ludzi nie jedzących mięsa. I tutaj powoli kończą się pozytywy. Piwo było ciepłe, co mnie zasmuciło wielce, bo widząc w karcie dań Obołoń, podnieciłem się jak pedofil w miasteczku Bulerbyn. Grog był fatalny, na rumie chyba mocno oszczędzono i zdecydowanie nie polecam, zaś cenę (16 zł o ile pamiętam) uważam za całkowicie nieadekwatną. Gdybym był marynarzem, mając do dyspozycji taki grog, szybko nabawiłbym się szkorbutu. Danie główne w postaci kurczaka po kijowsku byłoby z pewnością lepsze z solą ;) I jest to po prostu kurczak de volaille. Superlatyw należy się bezowo-orzechowemu torcikowi kijowskiemu jako deserowi. Tym bardziej, że otrzymany kawałek był naprawdę wielki.

Clue całości jest takie – poza barszczem, na Ukrainie nie jadłem nic z tego, co w „Kresie”, ale też celowo wybierałem takie potrawy. Niestety, nie mogę polecić ‚Kresu’ ani ‚Hortycy’ każdemu. I to nie ze względu na jakość potraw, tylko na samą kuchnię. Jest ciężkostrawna, pożywna i tłusta, w zupełnie inny sposób niż angielskie śniadanie i bardzo łatwo się przekaloryzować :) Warto próbować nowych rzeczy. Zawsze. Z definicji. Zamiast zawsze – nawiązując do mistrza Dukaja – żyć życiem już przeżytym. Ale nie wyobrażam sobie przejścia na ukraińską dietę w wersji wrocławskiej.

Zostaw Komentarz