Kuala Lumpur – Największa ptaszarnia na świecie

Kuala Lumpur – Największa ptaszarnia na świecie

zamieszczone w: Azja, Malezja | 0

Kiedy jeszcze wizytowałem ptaszarnię w Kuala Lumpur, na ulotce z mapką była opisana jako ptaszarnia z największą otwartą przestrzenią dla ptaków na świecie, ale obecnie informacja ta zniknęła ze strony. Nie należy się tym przejmować, a obiekt po prostu wpiszcie w swój grafik pobytu w Kuala Lumpur. Jeżeli lubicie przyrodę, a nie macie czasu lub cierpliwości, by wybrać się do dżungli, KL Birdpark jest idealnym miejscem na spędzenie kilku godzin.

Dostać się tam nie będzie łatwo. Oczywiście skorzystałem z taksówki. Tak jak w Tajlandii, najskuteczniejszą i relatywnie najtańszą metodą przemieszczania się jest taksówka. Ceny gazu są tutaj bardzo niskie, więc i stawka za kilometr jest niewielka, nawet jeżeli samochód sprawia wrażenie, że zaraz ma się rozlecieć. Ważna zasada – jeździmy na taksometr! Pierwsze słowa po wejściu do taksówki to pytanie czy pojedzie na ‚meter’. Jeżeli nie, grzecznie zamykamy drzwi i czekamy na następną, która nadjedzie w przeciągu kilkunastu sekund. Różnica w cenie? Nawet trzykrotna. Jeden minus – może być problem z dogadaniem się z kierowcą, bo zgadzający się na taksometr zazwyczaj nie mówi po angielsku. I tak właśnie miałem w przypadku Birdparku. Zanim wpadłem na to, by wyciągnąć ulotkę i pokazać palcem, o co mi chodzi, wcześniej udawałem ptaka i robiłem różne dziwne odgłosy w taksówce :D

I skoro już wspomniałem o taksówkach, to z powrotem raczej taksówki na ‚meter’ nie znajdziecie. Bo o ile w centrum można przebierać jak w ulęgałkach, to tutaj panuje niemal bandycka jednorodność. Kurs z powrotem do centrum za określoną kwotę, a jak nie, to z buta. I w zasadzie, jeżeli masz czas, to nie jest to najgorsza opcja.

A jak jest w środku i co można zobaczyć? Przede wszystkim ptaki Malezji, które stanowią około 90% z ponad dwustu gatunków żyjących na terenie ptaszarni. Oczywiście do klimatu tropikalnego nie jest trudno się zaadoptować, stąd ściągnięto ciekawe okazy z innych miejsc, między innymi kazuary, orły, tukany czy emu, ale nadal większość stanowią kolorowe ptaki Malezji. Z oczywistych przyczyn, część ptaków jest pozamykana w klatkach. Jedne są drapieżne, inne po prostu mogą być z różnych przyczyn agresywne dla zwierząt, a nawet wizytujących turystów. Podejrzewam też, że niektóre są zamknięte ze względu na swoją wyjątkowość. Bo ptaszarnia to nie tylko obiekt wystawowy, ale także miejsce do badań nad i reprodukcji ptaków zagrożonych wyginięciem.

I właśnie te badania to także powód dla stworzenia olbrzymiego otwartego terenu dla ptaków. Otwartego pozornie, bo z góry ograniczonego siatką, ale na tyle wielkiego, że ptaki czują swobodę i chętniej się rozmnażają. Mają do dyspozycji drzewa, sztuczne lub zaaranżowane miejsca do gnieżdżenia, skały i wodospady, więc starano się oddać jak najwięcej ekosystemów Malezji. No i hektary przestrzeni do latania.

Już przy okazji wpisu o podobnej ptaszarni w zoo w Tajlandii, zachwycałem się koncepcją otwartego parku dla ptaków. Stanowi on bowiem swego rodzaju safari, gdzie masz wrażenie że przebywasz wśród zwierząt na wolności. Oczywiście tylko pozorne i jeżeli patrzysz na wszystko przez palce, wchodząc w pewną konwencję, ale to nieporównywalnie lepsze uczucie niż przechodzenie od klatki do klatki, gdzie na kilku metrach sześciennych zamkniętych jest kilkanaście ptaków schowanych za drobnym ogrodzeniem. Jest to też lepsze dla samych ptaków, bo stwarza im znacznie lepszą iluzję wolności, nawet jeżeli jest to nadal tylko iluzja.

W końcu – można zobaczyć ptaki w naturalnym środowisku. Nawet jeżeli, choć zabrzmi to absurdalnie, jest ono wygenerowane przez człowieka. Ktoś powie: „ale przecież nikt nie zastąpi prawdziwej wyprawy do dżungli czy do parku narodowego”. Tak i nie. Tutaj mamy wszystko niemal na talerzu, wystarczy się rozejrzeć i można zobaczyć prawdziwą ferię kolorów i różnorodności. W dżungli? Zrób sobie prosty eksperyment i, gdy nadejdzie wiosna, skocz do najbliższego parku i spróbuj zlokalizować jakiegoś śpiewającego ptaka. A potem wyobraź sobie, że dżungla jest kilkanaście razy głośniejsza niż park czy las.

Oczywiście nie może się obyć bez minusów, a raczej jednego, ale wielkiego minusa – ceny. 50 Ringgit dla obcokrajowca (tubylcy płacą połowę tej ceny i taka gradacja to standard niemal wszędzie poza Unią Europejską, w Unii wszyscy płacą wyższe ceny :)). Ponieważ ringgit przekłada się na złotówki niemal w skali 1:1, jest to dość droga impreza jak na kieszeń przeciętnego polskiego turysty, ale to akurat bolączka całej Malezji, które w porównaniu do wszystkich krajów ościennych, bardzo się ceni.

Zostaw Komentarz