Bologna – Najlepsze miasto we Włoszech

Bologna – Najlepsze miasto we Włoszech

zamieszczone w: Europa, Włochy | 0

Skąd ten tytuł? Nie jest to oczywiście moje zdanie, bo za mało Buta Italskiego widziałem, by wydawać takie osądy. W 2011 Bologna została wybrana najlepszym miastem we Włoszech, jeżeli chodzi o jakość życia i w tym rankingu wciąż jest w czołówce. A skoro jest to wpis o największym i najładniejszym mieście regionu Emilia-Romagna, tutaj postanowiłem zamieścić kilka uwag ogólnych dotyczących tego miejsca. Ale nie oczekujcie szoku kulturowego. Bądź co bądź jest to miasto leżące nieco mniej niż 1000 kilometrów od granic Polski i w naszym kręgu kulturowym.

Zacznę od najważniejszego, czyli jedzenia. Wbrew nazwie, spaghetti bolognese nie pochodzi z Bolognii. Tradycyjnym makaronem Bolognii jest tagliatelle, najczęściej podawane z ragu (nad u powinien być fiutek, ale nie umiem go zrobić :D). Czym jest ragu? Sosem bolońskim :). Ogólnie jednak makaron to Włochy, a Włochy to makaron i poza tagliatelle dostaniemy tutaj tortellini, spaghetti, rigatoni, gnocchi, lasagne. W szczególności można polecić jedno miejsce – makaron jest robiony na miejscu i gdyby zmieniane codziennie menu nam nie odpowiadało, pewnie na specjalne życzenie dostaniemy wybrany rodzaj pasty. Najlepszą reklamą, jak w każdym innym przypadku, jest lokalna klientela, a tej jest doprawdy mnóstwo.

O pizzy nie będę pisał – koniecznie na cienkim cieście, z klasycznymi dodatkami, musi smakować. Podobnie jak piadina, czyli coś na kształt tortilli. Placek z mąki pszennej złożony na pół z farszem, w typowej formie podawany z mozarellą, pomidorem, prosciutto, ruccolą. Co jeszcze? Wieprzowina w rozmaitej formie, mniej lub bardziej wędzonej i dojrzewającej na różne sposoby. Naturalnie również mortadela, sery, wina, salami… W zasadzie wszystko, co kojarzy nam się z renesansem.

No i lody. Jak to na Półwyspie Apenińskim, lodziarnie (gelaterie) są wszędzie i są majstersztykiem. Ja nie mogłem odpuścić sobie co najmniej dwóch gałek dziennie, a że każda kolejna gałka jest tańsza od poprzedniej, znacznie bardziej opłacało się zamówić cztery niż dwie. Zwłaszcza, że smaki są najróżniejsze, od klasycznych pistacjowych czy straciatelli, po melon, białą czekoladę czy lukrecję. A potem oczywiście kawa. Na ten temat się wypowiadał nie będę, bo sam kawy nie pijam. Raz tylko poprosiłem o espresso, bo byłem naprawdę padnięty, ale z braku materiału porównawczego, na tym zakończę.

Ogólnie ceny nie odstraszają, ale i nie zachęcają. W sklepach są porównywalne z naszymi, produktów dużo tańszych nie zauważyłem, może poza winem. Dużo droższy jest artykuł pierwszej potrzeby, czyli piwo. Wybór jest znacznie mniejszy niż w Polsce, co oczywiste, bo Włosi nie są narodem piwnym, a typowym napojem jest witbier. Przy upale w niektórych marketach nie było nawet wody mineralnej – cały zapas wyprzedany, a mniejsze sklepiki liczyły sobie 1-1.5€ za buteleczkę 0.5l.

Starczy otoczki, teraz o samej Bolognii. Jest to, podobno, najstarszy ośrodek uniwersytecki w Europie, którego otwarcie datuje się na 1088 rok, i drugi najstarszy na świecie. I ten wpływ szkolnictwa, które było synonimem Bolognii przez wieki jest widoczny niemal na każdym kroku i wpłynęło na otrzymany przez miasto przydomek ‚la dotta’ (wyżej wymieniana kuchnia dała przydomek ‚la grassa’ :)). A że przez lata nauka była szeroko związana z Chrześcijaństwem, w mieście jest mnóstwo obiektów sakralnych. Kościołów, monastyrów, kapliczek. Większość tych miejsc starałem się umieścić na poniższych fotografiach, zgodnie z zasadą, że obraz oddaje tysiąc słów.

Całościowo, Bologna potrafi oczarować. Zarówno stare miasto z mnóstwem wąskich uliczek i arkad, wliczając najdłuższe arkady Europy, ciągnące się prawie cztery kilometry, jak i przedmieścia z ogromnymi, starymi willami. Dwanaście bram, które otaczają centrum miasta, pozostałości po murach obronnych. Dwie wieże, na które można wejść, by obejrzeć miasto (niemal) z lotu ptaka. Szósta co do wielkości w Europie, jeżeli chodzi o kościoły, Bazylika św. Petroniusza. Fantastyczna Bazylika św. Stefano, nazywana przez tubylców ‚kościołem – matrioszką’, gdyż składa się z kilku różnych świątyń. Bazylika św. Franciszka. San Colombano z VI. wieku, zamieniony na muzeum instrumentów. Jest jeszcze dzielnica z bardziej nowoczesnymi budynkami, które mnie nie interesują, stąd nawet nie wizytowałem. Oprócz tego muzea, bibliotego, rzeźby, parki… W Bolognii jest bardzo mało betonu i ma się wrażenie, że miasto nie zmieniło się za bardzo przez ostanie dziesiątki, jeżeli nie setki, lat, mimo wielkich zniszczeń w czasie II wojny światowej.

Ponadto w mieście tym przekonałem się do guesthouse’ów. Guesthouse to taki, w wielkim uproszczeniu, płatny couchsurfing. Mamy do dyspozycji kuchnię, lodówkę, łazienkę (najczęściej wspólną, która jest sprzątana) i dość często prowadzą to ludzie młodzi. Akurat w tym przypadku była to polsko-włoska para, dzięki czemu otrzymałem sporo porad odnośnie miejsc wartych odwiedzenia, lepszych kawiarni czy sposobów transportu. Mieli PS3, niestety bez Fify, stąd nie mogłem im pokazać, jak bawią się kozacy z Polski. Mieli też uroczą współlokatorkę. Zgodnie z rosyjskim przysłowiem, że wszystkich dziewczyn nie przelecisz, ale próbować trzeba, pewnego wieczoru, zachęcony butelką Verdi Imperial Stout podjąłem wyzwanie, ale amory trwały kilkanaście sekund, bo bardzo szybko okazało się, że urocze dziewczę z grzywką nie potrafi nawet po angielsku powiedzieć ‚I don’t speak English’, a panika w oczach po usłyszeniu języka Shakespeare’a zdradzała, że nie udaje.

Wracając na właściwe, nomen omen, tory – Bologna jest centrum transportowym północnych Włoch. Bez problemu dostaniemy się koleją do Modeny, Florencji, Ferrary, Werony, a nawet dalej – do Piacenzy czy Mediolanu.

Na rynku starego miasta, Piazza Maggiore, znajduje się fontanna z rzeźbą Neptuna na szczycie i nereidami u jego stóp z piersiami tryskającymi wodą. Logo Maserati bazuje na trójzębie Neptuna z tej rzeźby. To wszystko jednak jest mało istotne – na koniec wpisu mała anegdota, godna Karola Strasburgera. Młode i sprośne Włoszki mówią na tę figurę Neptuna ‚grande’, czyli ‚duży/wielki’. Wystarczy spojrzeć na jedną z fotek, by zrozumieć dlaczego :)

Nie warto zastanawiać się dłużej – niepowtarzalna szansa by usiąść w knajpce o godzinie 14:00, zamówić spritz jako aperitif, kilka oliwek, butelkę wina, obiad, potem kawę… I tak przesiedzieć kilka godzin – bezcenne. Ja lecę znów w październiku. Bilet w Ryanair są po 80zł. Ktoś się dołącza?

Zostaw Komentarz