Náchod – To je debilni mesto

Náchod – To je debilni mesto

zamieszczone w: Czechy, Europa | 1

Podróżując po Czechach, może się zdarzyć, że zaszyjesz się w jednym z malutkich miasteczek, takich jak Náchod. Chociażby ze względu na konieczność noclegu. Taka właśnie była moja sytuacja – szukając taniego noclegu po czeskiej stronie granicy, trafiłem do niewielkiej miejscowości granicznej między Polską a Republiką Czeską. I tutaj zaczął się malutki dramat.

Do Náchodu dotarliśmy wczesnym wieczorem w niedzielę i doprawdy była to jedyna sensowna baza hotelowa w pobliżu, nie licząc airbnb w kosmicznych cenach w pobliskich wioskach. Wyjaśnienie tej sytuacji jest nad wyraz oczywiste – Náchod był do niedawna miejscowością graniczną (no, może nie tak niedawna, ale kiedy rzuci się okiem na czas, który minął od uwolnienia ruchu na granicy polsko-czeskiej, człowiek uzmysławia sobie jak szybko i nieubłaganie nadgryza nas ojciec czas). Pewnie z tego powodu baza noclegowa jest tutaj chociaż nieco lepsza niż w pozostałych miasteczkach naszych południowych sąsiadów.

No właśnie – miasto czy miasteczko? Dwadzieścia tysięcy ludzi to niby niedużo, ale trzeba pamiętać, że to kraj o prawie cztery razy mniejszej populacji od Polski oraz zupełnie innym rozkładzie gęstości – prawie 50% populacji żyje w pięciu największych aglomeracjach, a ćwiartka w obszarze Pragi. Stąd Náchod określiłbym już jako miasto średniej wielkości. I termin ‚miasto’ jest tutaj jak najbardziej wskazany nawet de iure, o czym może stanowić chociażby rynek. Zresztą historycznie, Náchod stanowił relatywnie istotne miejsce, skupiające między innymi przemysł tkacki, fortyfikacje obronne (o których zaraz) czy też sporą bazę kulturalną, w dużej mierze dzięki czeskim staraniom o zachowanie tożsamości narodowej podczas rządów astro-węgierskich. Po latach, mimo utraty znaczenia w czasach komunistycznych, Náchod to nadal największe miasto na trasie z Polski do Hradec Kralove i dalej w głąb Czech, chociaż z perspektywy atrakcji turystycznych, polecałbym spędzić nocleg w Kudowie Zdroju.

Dlaczego? Tu pojawia się problem, o którym pisałem już rok temu podczas moich drobnych wojaży po Czechach, a który w mniejszych mieścinach urasta niemal do rangi katastrofy. Na miejsce dotarliśmy po godzinie 19, ale zanim ogarnęliśmy rzeczywistość, przywitała nas 9 wieczorem. Cóż to za problem, skoro hotel mieliśmy usytuowany w samym rynku? (tu trzeba dodać, że secesyjny Hotel u Beranka robił robotę, nawet jeżeli **** dostał mocno na wyrost; lokacja w rynku, świetne śniadanie, darmowy parking, same plusy, cena też znośna). Już rozmowa z concierge/recepcjonistką w hotelu dawała powody do obaw. O tej porze jedzenie? Spróbujcie tam, a może też tam… Niestety, jeden z lokali był już nieczynny, a drugi, chociaż jeszcze otwarty, miał już zamkniętą kuchnię. W niedzielę około 21:15!! Ja rozumiem, gdybyśmy byli na jakiś peryferiach. Albo był to dzień powszedni. Nie. Pozamykane. Serce miasta. Rynek. Ani żywej duszy! Nie zjesz chłopie, do sklepu też nie pójdziesz, bo żadnej przysłowiowej ‚Żabki’ nie ma, a czeski biznes o tej porze odpoczywa. W przypływie desperacji myśleliśmy o podróży do Kudowy, ale że byliśmy po połowie butelki wina – to też odpadało.

W końcu zdesperowani znajdujemy jakąś czynną kawiarnię z parasolami Primatora – będą chociaż jakieś kalorie :). I tutaj kolejny łut szczęścia – okazuje się, że kelner/barman/właściciel mówi zaskakująco dobrze po pol-czesku. Niestety, tutaj szczęście się kończy, bo okazuje się, że ‚Náchod to je debilni mesto‚ i o tej porze jakieś jedzenie to neni, a od niego dostaniemy co najwyżej pucharek lodowy. Na ratunek rusza jednak jeden z klientów – gdzieś powinien być jeszcze czynny kebab! ‚Grażyna, jedziem tam!’ – pada komenda i ruszamy w poszukiwaniu kebaba. Co za upodlenie. Człowiek wolny od takiego żarcia mniej więcej od trzech lat, nie miał większego wyboru – głodować i pić alkohol na pusty żołądek lub upodlić się najgorszym rodzajem ulicznego jedzenia. Sympatyczny sprzedawca, z rodziną z Polski, nie mówiący ani słowa po polsku, na pewno ułatwił wybór i tak właśnie człowiek wrócił z łupem.

Ten problem jest jeszcze bardziej wyraźny następnego ranka. Okazuje się bowiem, że po przejściu dookoła rynku, w mieście za bardzo nie ma co robić. Żadnych muzeów, kościołów, parków, niczego. A nawet zabudowa poza rynkiem jest jakaś taka… bezpłciowa. Cóż – miasto może pełnić tylko i wyłącznie rolę bazy wypadowej do pobliskich atrakcji.

Zresztą doskonale pasuje to do mojej teorii odnośnie czasu potrzebnego na turystyczne zwiedzenie całości danego miasta.Chyba nigdy o tym nie pisałem – otóż z mojego doświadczenia, oczywiście odliczając jakieś docelowe atrakcje leżące poza miastami, by zwiedzić miasto potrzebujemy posłużyć się następującym wzorem: liczba mieszkańców / 200000 * λ = ∑ dni. Przy czym λ to współczynnik gęstości zaludnienia i powierzchni. Spójrzcie na przykłady – Paryż to 2,4 mln mieszkańców, co daje 12 dni, ale dobrze wiemy że w tydzień jesteśmy w stanie oblecieć całość. Analogicznie Nowy Jork. Czy nawet Warszawa. Z kolei Wrocław (3,5 dnia) ze względu na specyficzną zabudowę, nie potrzebuje zmiany współczynnika. Jak, porównując inne miasta w których byłem, Edynburg czy Granada. Idąc dalej – Bangkok – prawie 8 mln ludzi (40 dni) musi mieć także dostosowany współczynnik ze względu na olbrzymi teren zajmowany przez miasto. Podobnie jest z Kijowem. No chyba że ktoś potrafi odnaleźć piękno w blokach…

Ok, wstawiamy zatem Náchod do naszego wzoru i dostajemy 0,1 dnia. Niecałe dwie i pół godziny. I wszystko się zgadza – tyle mniej więcej zajmuje obejście ryneczku oraz wejście na zamek. No właśnie – górujący nad miastem zamek świetnie wygląda na obrazkach. Na zamek z rynku wiedzie droga przez lesiste wzgórze – dość stroma, licząca podobno około trzystu stopni. Ostatnia przebudowa zamku pochodzi z czasów barokowych i, wziąwszy pod uwagę jak prezentuje się leżące u jego stóp miasteczko, jest w bardzo dobrym stanie i bez wątpienia jest najbardziej istotną (bo jedyną :)) atrakcją Náchodu. Jeżeli oceniać go przez pryzmat miasta – jest fantastyczny, jeżeli na tle innych budowli takiego typu – nadal warty odwiedzenia.

Nie znajdziecie tutaj wprawdzie olbrzymich ogrodów usianych kwiatami czy rzadkimi roślinami. Nie będzie malowideł, posągów, gargulców czy rzygaczy. Jest kilka interesujących detali architektonicznych, między innymi przecudna brama wejściowa, wieża z – wydawałoby się – wspaniałym widokiem, niestety w wielu miejscach przesłanianym przez dachy zamkowe (co zresztą widzicie na fotkach). I w zasadzie jest jeszcze jeden problem – mimo potencjału wieży – panorama nie może zachwycić, bo nadal patrzymy na to samo miasto, definiowane przez malutki ryneczek.

Wewnątrz zamku można zwiedzić jeszcze wystawę gobelinów, którą sobie darowałem, bo… cena. Nie, nie jest jakaś nad wyraz wysoka, ale wziąwszy pod uwagę moje zainteresowanie tematem, wydatek czegokolwiek na ten cel byłby szaleństwem :). Ach! I są dwa niedźwiadki! Znaczy chyba są – bo akurat byliśmy rankiem, w dość parnej atmosferze, zatem misie schowały się w legowiskach. Atrakcja jaka-taka, fajnie że są, ale gdybym miał dziecko i mi beczało, że chce zobaczyć misia, bo obiecałem, że będzie… chyba lepiej wybrać się do zoo.

W zasadzie to największym plusem miasta jest właśnie hotel – ceny za 4* są jakieś 25% niższe niż w Kudowie czy pobliskich polskich ośrodkach wątpliwej rangi, a to tylko kilka kilometrów. Nie oczekujcie jednak fajerwerków turystycznych. I zorganizujcie sobie wcześniej kolację ;)

Jedna odpowiedz

  1. Offka
    | Odpowiedz

    Świetny wpis. Wczoraj wybraliśmy się około godz.19 do tego miasteczka a tam ciiisza.Pojedynczy ludzie na ulicy, wszystko pozamykane poza cichymi lokalami a po rynku chodzi kilku rosłych nastolatków o ciemnej karnacji z pistoletem – zabawką ( mam nadzieję,że zabawka). Widok w diaiejszych czasach wzbudzający od razu strach i niepokój. Odechciało mi się robienia rundy nawet wokół rynku… A tak blisko Kudowy, w której są wody mineralne,park i mnóstwo turystów…

Zostaw Komentarz