Murcia – Nie lubię poniedziałku

Murcia – Nie lubię poniedziałku

zamieszczone w: Europa, Hiszpania | 0

Hiszpania. Piątek, godziny wczesno-popołudniowe. Prawie wszystko pozamykane, bo sjesta i trzeba przygotować się do weekendu. Potem nadciąga weekend, a w poniedziałek, jak pokazała rzeczywistość, trzeba odpocząć po weekendzie. We wtorek ekonomiści hiszpańscy patrzą na słupki i rozmaite statystyki i zastanawiają się dlaczego w kraju jest kryzys. Oczywiście trochę nagiąłem rzeczywistość na potrzeby ironii, ale tak się złożyło, że w Murcji spędziłem właśnie niedzielę i poniedziałek i nie dane mi było zobaczyć wielu rzeczy, na które miałem ochotę. Dlaczego – mniej więcej dlatego, że poniedziałek.

Nie nastawiałem się na zwiedzenie wszystkiego. Murcja ma ponad czterysta tysięcy mieszkańców, więc stosując moją zasadę matematyczną dotyczącą czasu poświęcanego na zwiedzenie miasta, wychodzi prosty rachunek, że Murcja jest do zaliczenia w 9 godzin. Jak wygląda ten algorytm? Liczbę ludności dzielimy przez 100 tys., a następnie mnożymy x2 i otrzymujemy czas niezbędny na zwiedzenie danego miasta. Nie jest to oczywiście algorytm opatentowany, może brzmieć trochę z dupy i z pewnością nie sprawdza się przy małych miasteczkach pełnych zabytków, ale przy średnich sprawdza się jak najbardziej. Dziewięć godzin przy założeniu, że pierwsze kroki skierujemy do informacji turystycznej oraz nie spędzimy zbyt wiele czasu w muzeach, to aż nadto.

Informacja turystyczna znajduje się na placu przed katedrą, ale też jest czynna w specyficznych godzinach, a zatrudnione panie mają wyraźne kłopoty z angielskim. Sam przewodnik, w postaci kserówki z rozpiską cen oraz godzin otwarcia potencjalnych celów turystycznych również jest po hiszpańsku. Największy problem sprawia rozpoznanie hiszpańskich dni tygodnia, ale troszkę poprawia się humor, gdy w rubryce ‚precios’ w większości widzimy ‚entrada gratuita’. W tym pseudoprzewodniku są wyszczególnione wszystkie zabytki i muzea, z adresami oraz, gdy to konieczne, instrukcją jak dojechać za pomocą komunikacji miejskiej. Gdyby było po angielsku oraz z małą mapką, byłoby perfekcyjne. Niestety, mamy to, co mamy. Do poprawki.

Wiecie czym jest kasyno? Mogło by się wydawać, że każdy wie – miejsce gdzie można pograć w pokera, ruletę czy blackjacka. Odpowiedź niby poprawna, ale… Kasyno, które mieści się w Murcii przy jednej z ulic sąsiadujących z katedrą wzięło swoją nazwę od włoskiego słowa casino, od którego pochodzi także etymologia kasyna wojskowego, bardzo popularnego miejsca rozrywki jeszcze w latach 80. wśród rodzin wojskowych w Polsce. Bardziej prawidłową i świadczącą o przeznaczeniu nazwą byłoby chyba gentlemen’s club, które też powoli jest podkradane przez kluby ze striptizem.

Kasyno w Murcji jest zatem budynkiem, gdzie wyższa klasa mogła się spotkać i spędzać czas w kulturalny sposób. Kilkanaście pomieszczeń, każde w innym stylu, każde dopieszczone w najmniejszym szczególe i wykończone naprawdę bogato. Jest ogromna biblioteka w klasycznym brytyjskim stylu. Jest sala balowa, sala dla dam, przeszklony hol, wejście z concierge utrzymane w stylu mudejar (czyli, upraszczając, arabskim). Bardzo unikatowy i ciekawy budynek, w którym można się poczuć jak arystokrata, nawet jeżeli było się w kompletnie nieadekwatnym stroju, tak jak ja.

Rzeka Segura nie dzieli miasta na równe połowy, natomiast jako turyści na pewno nieraz ją przekroczymy. Chociaż gro zabytków znajduje się w pobliżu starego miasta i katedry, to architektura mostów jest na tyle ciekawa, że warto udać się na spacer nad rzeką, tak wieczorem jak i w dzień. Przede wszystkim fantastyczny most wiszący (Pasarela del Malecón). Nie tradycyjny na dwóch przęsłach, a na jednym, wiszący na kilkunastu linach, autentycznie trzęsący się podczas chodzenia po nim. Wybudowany niespełna 20 lat temu, zaprojektowany przez prof. Javiera Manterolę z politechniki madryckiej, stanowi rzadki przykład architektury modernistycznej, która znalazła uznanie w moich oczach. U stóp tego mostu znajd

Kolejnym ciekawym mostem jest Ponte Nuevo (czyli most nowy, drugi wybudowany w mieście most, stąd nazwa nowy), który jeszcze piętnaście lat temu groził zawaleniem i został zamknięty. Jednak zamiast wyburzyć i stworzyć nowy, Hiszpanie przeprojektowali ten most na most pieszy, by zachować część historii swojego miasta i, ledwie stuletni, zabytek. Można? MOŻNA! Natomiast właśnie w tym tygodniu (uzupełniam tekst 16.05.2015) pocięto we Wrocławiu zabytkowy i unikatowy w skali Dolnego Sląska stalowy wiadukt by zastąpić go upaćkanym na niebiesko-pomarańczowe kolory badziewiem. Ale tutaj jest przecież Bantustan.

W rzece, stojąc na Starym Moście (Ponte Viejo) możemy też dostrzec statuę-fontannę nazwaną ‚sardynką na mieliźnie, a nad mostem za szybą znajduje się drewniana rzeźba Matki Boskiej od Niebezpieczeństw (Virgen de los Peligros). Od jej przydomku most nazywa się również czasem Ponte de los Peligros.

W mieście znajduje się także coś, co jest nazwane ogrodem botanicznym, ale jest to chyba najmniejszy obiekt tego typu. Otóż w jednym z parków posadzono po prostu kilka drzewek, krzewów i kwiatów niespotykanych w Hiszpanii, postawiono przed nimi tabliczki i ochrzczono mianem ogrodu botanicznego. Cóż, takie coś to ja mogę sobie zrobić na swoim ogrodzie, ale nie przesadzajmy z nazewnictwem :) Nie da się jednak nie zauważyć ilości parków i pomników. Mowa tu oczywiście o starszych częściach miasta, bo przecież w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, Murcja podwoiła liczbę mieszkańców, trzeba było zatem zacząć nowoczesne budownictwo. Tam nie ma już tyle miejsca na szerokie drogi, na parki, na chodniki z posadzonymi drzewami. Bum, bum! Jeb, jeb! Dwa bloki, trochę asfaltu, huśtawka, wi-fi spot. Potrzeby ludności XXI w. zaspokojone.

Poza Katedrą pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, której poświeciłem osobny wpis, stare miasto oferuje mnóstwo atrakcji. Wielki pałac biskupi, niedawno poddany renowacjom, będący dowodem na wielki wpływ władz kościelnych na dawną Hiszpanię. Zaraz przy pałacu, a może nawet w bryle samego pałacu, w tej chwili już nie pamiętam, znajduje się przepiękny, malutki kościółek. Jest normą, że takie miejsca mają olbrzymi urok i ten przykład potwierdza regułę. Piękny plac z fontannami i rabatami kwiatowymi przed siedzibą uniwersytetu, zaraz obok budynku Rady Miejskiej. Kilka mniej atrakcyjnych kościołów i muzeów. Większość wąskich uliczek została zamieniona w deptaki. Prawie przy każdej są bary tapas i restauracje z ogródkami z cenami dającymi się tolerować. Jak to na starym mieście.

Wiecie czego nie mogłem znaleźć w pobliżu hotelu? Sklepu, sklepiku, czegokolwiek gdzie można kupić coś do picia. Naprawdę długo mi zajęło zanim dotarłem do malutkiego sklepiku prowadzonego przez… Cóż, tu wielkiego zaskoczenia być nie może. Przez dekady historii małymi sklepikami zarządzali Żydzi, teraz niemal wszędzie na świecie zastąpili ich Chińczycy. Taki stereotyp z amerykańskich filmów, który nie wziął się znikąd i nie jest bez podstaw. Dwa sklepy w Murcji – oba prowadzone przez Azjatów. W Maladze jedyny sklep czynny po 22:00, który znalazłem – za ladą Azjata. W Granadzie – to samo. SZOK.

Trochę pozwiedzałem miasto poza głównymi ścieżkami turystycznymi, w poszukiwaniu najbardziej polecanego na TripAdvisorze baru z tapas (który oczywiście był nieczynny). I poza centrum raczej nic się nie dzieje, chociaż to standard dla miast takiej wielkości. Co dziwne dla Hiszpanii, nie ma prawie w ogóle street artu. Ok, przyznam bez bicia, że nie udało mi się dotrzeć ani do Santuario de la Fuensanta, ani do zamku Monteagudo, który i tak był w poniedziałek zamknięty. Ale już z informacji turystycznej dowiedziałem się, że poza obszarem starego miasta do zobaczenia jest tak naprawdę tylko kilka barokowych kościołów i mój pieszy powrót na dworzec tylko potwierdził tę tezę.

Nie ogarniając kompletnie strony hiszpańskiego przewoźnika autobusowego, musiałem na dworzec udać się w ciemno. Jaki był tego efekt? Najbliższy przejazd do Alicante miałem za lekko ponad godzinę. NAJGORZEJ! Z pomocą przyszła mapka na dworcu z zaznaczonym muzeum dosłownie ulicę dalej. Cóż – trzeba zobaczyć, zamiast siedzieć na ławeczce. Właśnie w ten sposób – całkowitym przypadkiem – rozwijam się kulturalnie i artystycznie :) Wejście do muzeum znajduje się z boku kościoła i, niestety, jest płatne. 5€, a dla studentów 4€. Pani w kasie (rozmawiająca po angielsku!) pyta czy jestem studentem, a ja wrednie kłamię. Bo zadziałało tutaj, uknute przez samotnika z Królewca ‚prawo moralne we mnie’ – skoro nie mam czasu by dokładnie zwiedzić muzeum i jestem tutaj przypadkiem, w całkowitym pośpiechu i będę musiał bardzo szybko opuścić to miejsce, nie powinienem chyba płacić pełnego kosztu wstępu :). Na szczęście wyglądam na tyle młodo, że kasjerka na słowo wierzy, że jestem studentem, w dodatku zgadzając się przechować mój plecak. Great success!!

Francisco Salzillo, któremu poświęcone jest to muzeum, jest jednym z najbardziej znanych barokowych rzeźbiarzy nie tylko Hiszpanii, ale i Europy. Związany był głównie z rejonem Murcji, a jego rzeźby znajdują się w większości bardziej istotnych kościołów miejskich. Zresztą Salzillo poświęcił się tylko i wyłącznie rzeźbom związanym z Biblią. Na trzech piętrach muzeum można zobaczyć pojedyncze rzeźby o różnej wielkości, całe sceny, a na parterze znajduje się kaplica, z postaciami już o normalnych, ludzkich, gabarytach. Zawsze imponowały mi osoby o zdolnościach manualnych, w szczególności tak wyjątkowych. Samemu bowiem, jeżeli chodzi o sztukę, jestem kompletnym abnegatem – nie potrafię śpiewać, rzeźbić ani malować. Nie potrafię nawet ładnie pisać. I nie mam tutaj na myśli stylistyki. Muzeum Francisco Salzillo to bardzo dobrze wydane pieniądze, bez względu na to, czy będzie to 4 czy 5€ i polecam odwiedzić tuż przed opuszczeniem Murcji, tym bardziej jeżeli mamy świadomość jak ważną historycznie postacią ten rzeźbiarz był dla regionu i samej Hiszpanii.


Zdjęcia bywają prześwietlone i ziarniste, gdyż już na początku podróży aparat i obiektyw kitowy zaczęły odmawiać posłuszeństwa, co można było zobaczyć dopiero na pełnym ekranie :(

Zostaw Komentarz