Multikulti po mojemu, czyli Paryż oczami naziola

Multikulti po mojemu, czyli Paryż oczami naziola

zamieszczone w: Europa, Francja | 4

Tak, tak, tytuł jak najbardziej prowokacyjny i pewnie za jakiś czas będzie co najmniej śmieszny, a na pewno w obliczu dezaktualizacji obecnej narracji co najmniej kontrowersyjny, ale tak – dla wielu obecnych mediów kwalifikuję się obecnie do kategorii ‚nazista’. A najśmieszniejsze jest to, że do prawdziwych nazistów nikt by mnie, znając moje poglądy gospodarcze i ogólne, nie wpuścił, ale to nie jest istotne – trzeba przypiąć człowiekowi łatkę. No to mam łatkę ksenofoba, homofoba, nietolerancyjnego rasisty, a nawet – jak się dziś okazało – nazisty. Przykro? Ani trochę, chyba nawet można być dumnym z takiego przydomku. A kto miał rację pokaże dopiero jeden z nieubłaganych żywiołów i mam nadzieję, że będzie to czas, a nie ogień.

Tak, przez cały czas piję do wielokulturowości i napływu imigrantów z Syrii, a że niedawno wróciłem z Paryża, chyba drugiego po Londynie najbardziej multikulturowego miasta w Europie, postaram się skrobnąć co nieco o tym, jak ja to widziałem, spoglądając na Paryż nieco dalej niż z turystycznych szlaków. Gwoli wyjaśnienia, we Francji mam rodzinę, stąd informacje przedstawione tutaj nie biorą się tylko i wyłącznie z moich obserwacji, ale także z tego co usłyszałem od ludzi wychowywanych od dziecka w Paryżu, czasem nie posiadających już polskiego obywatelstwa i na co dzień stykających się z problemem wielu kultur. Żeby obraz był pełen, trzeba się cofnąć w czasie. Mniej więcej do czerwca, kiedy kuzyn był u mnie we Wrocławiu i rozmawialiśmy o potencjalnej III Wojnie Światowej. Kiedy ja myślałem, że przeciwnikiem może być Rosja lub Chiny (to jest dłuższa sprawa dlaczego), kuzyn cały czas myślał o konflikcie ze światem arabskim. Dlaczego?

Tak naprawdę, w Paryżu murzyni nie stanowią już żadnego problemu (hmm… zabrzmiało rasistowsko? ;)), gdyż w pełni się zasymilowali, a gdyby z większego obrazka wykreślić turystów, pewnie okazało by się, że murzynów jest już więcej niż białych. A na pewno więcej niż Arabów. Niestety, to Arabowie stanowią największy problem, głównie ze względu na szeroko rozbudowany socjal. Sprawa, która w moich liberalnych żyłach wzbudziła wrzenie szkarłatnej krwi. Przykłady można mnożyć, ale te najgroźniejsze to chociażby zasiłki za każde n+1 dziecko, co w patriarchalnej kulturze arabskiej robi z kobiet reproduktory. Minimalny zasiłek dla bezrobotnych to chyba 1100 € plus rozmaite dodatki i oczywiście mieszkanie.

Mieszkania własnościowe to w Paryżu nie lada wydatek. O ile takiego nie odziedziczyłeś, to nawet na obrzeżach miasta (miasta, nie aglomeracji) ceny rzędu kilkuset tysięcy Euro nie są wygórowane, a w centrum trzeba zapłacić ponad milion. A socjalne mieszkania? Jest różnie – raz lepiej, raz gorzej. Różne osiedla wiążą się z różnymi sąsiadami i okolicą. Ja sypiałem na północy, w zaułku gdzie rezydowali głównie pracownicy szpitala. Tak, jeżeli jesteś pracownikiem szpitala lub dowolnego innego sektora publicznego, dostajesz z urzędu mieszkanie. Oczywiście nie za darmo – w przeciwieństwie do bezrobotnych. Ale warunki finansowe są naprawdę wyśmienite i każdy kto może, pisze się na taką opcję. Zresztą jest to jeden z głównych powodów olbrzymiego zainteresowania pracą w sektorze publicznym we Francji.

Mieszkałem jakieś 8-10 minut pieszo od Moulin Rouge i kuzyn mi opowiadał, że 500 metrów dalej jest już Afryka. I niczym niewierny Tomasz, dopóki nie zobaczyłem, nie wierzyłem. Obyło się bez wkładania palca, głównie ze względu na smród i strach. Zresztą nie pojechałem tam zwiedzać, a przejeżdżałem tylko samochodem w drodze powrotnej z Disneylandu i swoją relację opieram na kilku postojach na światłach. Za szybko? Oj, wydaje mi się, że gdybym spędził tam więcej czasu, to padły by tu znacznie mocniejsze słowa. Jeżeli w ogóle miałby kto pisać. To, co zobaczyłem, przypominało post-apokaliptyczny klimat rodem z Fallouta, a ulice z zewnątrz za bardzo nie różniły się od miasta duchów – Prypeci. No, jeden detal był diametralnie inny – po ulicach snuły się i kłębiły człekokształtne postaci.

Nie jestem w stanie ze stu procentową pewnością potwierdzić, że byli to przedstawiciele gatunku homo sapiens sapiens. Owszem, prezentowali różne cechy, które antropolodzy przypisują zorganizowanym gromadom, stadom, a nawet i społeczeństwom, ale może był to tylko przypadek? Przede wszystkim wszędzie dookoła były śmieci. W parkach, na ulicach, na chodnikach, większe kupki przy ławkach, mniejsze w zupełnie losowych miejscach. Oczywiście wśród śmieci bezwstydnie hasały sobie szczury (chociaż to nie ewenement, pod Trocadero śmigały takie skurwensyny, że bałem się, że mi statyw przewrócą ;)) i małe dzieci koloru brudnego. Na trawce, wśród tych stert odpadków, gnijącego żarcia, porozrzucanych ubrań, a nawet fragmentów armatury sanitarnej – lub mówiąc bardziej dosadnie – kibli – piknikowali sobie ludzie na beczce pełniącej funkcję grilla. W międzyczasie ktoś obok grzebał w śmietniku, a obok inny odlewał się na nieczynną skrzynkę pocztową.

Jakiś lokalny menel z brodą (już zdecydowanie murzyn, a nie Arab), ubrany w typowy strój letni – gruby wełniany sweter wchodzi w czasie ruchu na środek ulicy i snuje się między samochodami jak zombie z „The Walking Dead”. Na światłach podbiegają dzieci, a raczej już młodzież. W Polsce jest to samo, ale chociaż myją samochody, za co oczekują wynagrodzenia. Francja wychowała pasożyty, więc nikt nie próbuje nawet pracować – przychodzą i po prostu mówią „DAJ”. Daj pieniążka, bo mu się należy. Bo tak go nauczyło państwo. Da dach nad głową, zabierze pracującym i da nierobom, a ci mają tylko jedno zadanie – mnożyć się. Niczym wirusy infekujące organizm. Aż do śmierci.

Nie wierzyłem w to. I normalny turysta rezydujący w centrum, bądź poruszający się tylko do pobliskiej stacji metra i od razu nad Sekwanę też tego nie zobaczy. W centrum jest czysto, schludnie, jest mnóstwo ludzi sprzątających wszystkie papierki i niedopałki. Publiczne toalety, oczywiście darmowe, mnóstwo dobrze utrzymanych parków, uśmiechnięci ludzie, policjanci, drogie sklepy. Mam wrażenie, że to tylko fasada. To już jest rak, którego wyleczyć się chyba nie da. Im więcej jest gęb do wykarmienia, tym większe ryzyko olbrzymiego buntu. A kiedy zacznie się bunt – nikt nie będzie się czuł Francuzem, a każdy będzie miał swoją ojczyznę, której będzie wierny. Algierię, Maroko, Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej czy Mali. Pytanie nie brzmi czy będzie rewolucja, tylko kiedy Paryż czeka następna Bastylia.

I teraz tak, zanim posypią się gromy i doniesienia do prokuratury – wprowadzanie świeżych elementów do zamkniętych obiegów ma swoje olbrzymie plusy. Pominę oczywiste aspekty biologiczne, ale ograniczona i (być może?) kontrolowana imigracja ma jak najbardziej sens i wzbogaca obie strony. Sztukę, literaturę, muzykę, taniec, modę. Kuchnię! Wyobrażasz sobie Polskę bez kebabów? Każde miasto kebabami stoi, a przecież to tacy sami imigranci jak każdy inny. No, może nie do końca tacy sami, bo pracujący ;). Nie da się jednak nie dostrzec tego pozytywu – idziesz ulicą Paryża (mówię tutaj o cywilizowanych obrzeżach, a nie centrum) i masz multikulturowość na wyciągnięcie ręki. Kebab (bez baraniny czyli chuja wart ;)), zaraz obok restauracja afrykańska, chińska buda, owoce morza ze straganu, elegancka europejska restauracja, irlandzki pub. W sklepach to samo – kilkanaście rodzajów kaszy, mięso zwykłe, mięso halal, ziemniaki, bataty, banany pastewne, jam. A jak się nie podoba, to w pobliżu masz dwa sklepy z jedzeniem z Afryki, dwa z Indochin, jedzenie bio, piekarnię francuską, piekarnię arabską, jedzenie koszerne. No żyć nie umierać, ja porządny ryż lepki muszę kupować online :/ A we Wrocławiu, jednym z największych miast Polski, nie ma dobrej knajpy z jedzeniem meksykańskim, arabskim ani hinduskim. Są drogie knajpy, dobrych nie ma.

Dobra, a co to ma wspólnego z imigrantami? No przecież to proste – asymilację. Ja nie mam żadnego problemu z tym, że przyjedzie sobie gość i otworzy tutaj knajpę z arabskim żarciem, parzy porządną kawę albo handluje dywanami – może będzie Al-Sapkowski. Z tego będę miał pożytek ja – nowe miejsce do przebywania, on – pracę i lepsze warunki życiowe, jak i państwo, które zedrze z nas obu podatek. I niech sobie wybuduje meczet, jeżeli jest mu potrzebny do szczęścia (yeah, I said it!) albo chodzi w turbanie po mieście. Nie miałbym problemu z sąsiadem muzułmaninem czy żydem. Jednym ;) Ba! Jestem skłonny nawet do zgody aby państwo opłaciło przyjazd takiemu uchodźcy/imigrantowi (o ile jakoś potwierdzi to swoim CV) i pomogło zacząć biznes. Nie ma natomiast zgody na jakikolwiek socjal na dłuższą metę, bo to droga do ściągania, jak trafnie ujął Korwin-Mikke, ludzkich śmieci. Co więcej – tacy ludzie powinni być karani znacznie surowiej niż obywatele polscy w przypadku złamania prawa. Ok, koniec tematu. Na razie ;)

Paryż to oczywiście jest, i od zawsze było, miasto artystów. Świadczą o tym dziesiątki muzeów na każdym kroku, rzeźby w parkach, na placach i mostach oraz, co oczywiste, dziesiątki potomków dawnych twórców, czyli uliczny performance. Na ulicznych artystów trafiasz wszędzie, pod każdym kościołem, na każdym skrzyżowaniu, nad Sekwaną, w metrze, na Polach Elizejskich, na Trocadero, pod Wieżą Eiffla, z boku Notre Dame. Zobaczyć można pełną gamę nowoczesnej, i nie tylko, sztuki. I to w wydaniu, które, jak mogło by się wydawać, już dawno odeszło w zapomnienie. Bo jaki jest stereotyp grajka w Polsce? Najczęściej żul zbierający na piwo, chociaż trzeba przyznać, że wielu artystów zaczynało (Gabriel Fleszar) lub z wyboru (Mariusz Goli) występuje na ulicy. Nie wiem czy w myśl zasady, że sztuka jest tak naprawdę dla ludzi, czy może ulica daje jakiś niepowtarzalny klimat.

Z drugiej strony kiedyś był eksperyment socjalny (jak ja nienawidzę tego słowa!), w czasie którego jeden z czołowych skrzypków świata, na którego koncert bilet kosztuje setki dolarów, wyszedł na ulicę ze Stradivariusem i zaczął grać, nie wywołując żadnego zainteresowania. Nikt nie miał czasu ani ochoty aby się zatrzymać i posłuchać geniusza. Czy w Paryżu łatwo przegapić wirtuoza? Pewnie tak, bo by go dostrzec trzeba mieć smykałkę w chociaż jednej dziedzinie sztuki. A przecież stolica Francji oferuję wszystkie możliwe dziedziny sztuki.

W metrze na jednej ze stacji wsiadł może 12-letni chłopak z przenośnym radiem, z którego puścił instrumental do ‚Candy Shop’ 50 Centa i zaczął rapować. Zainteresowanie nie było zbyt duże, a sytuacja jest dość nagminna poza godzinami szczytu. Wydaje mi się, że wolę takiego MC niż polskich didżejów puszczających Popka lub innych cymbałów herosów XXI w. w środkach komunikacji publicznej. Chociaż mechanizm jest ten sam. Na Polach Elizejskich, zaraz przed gigantycznym, wielopiętrowym salonem Citroena ze ślizgawką z piątego piętra na parter i obok McDonaldsa rozbiła się grupa breakdancerów – Brazylijczyk, Portugalczyk i Francuz. Tutaj zboczę nieco z kursu – nie jest prawdą, że Francuzi nie mówią po angielsku. Znajomość jest mniej więcej taka sama, jak w każdym innym kraju Eurosojuza i kto chce, ten pomoże i odpowie. Chociaż z tymi chęciami bywa różnie. Dużo szybciej jednak odpowie jakiś losowy młody człowiek na ulicy niż, często podstarzały, kelner. Zbaczając z tematu, na który zboczyłem – seksi kelnerki w rajstopkach i mini we francuskich kafejkach, znane choćby z ‚Allo, allo’, to kolejny mit.

Wracając do artystów – wychodząc z metra przed Notre Dame już z daleka było słychać rytmiczne afrykańskie dźwięki i chwilę przystanąłem pod pomnikiem archanioła Michała, by posłuchać czegoś prawdziwie egzotycznego. W cieniu bramy Luwru, przed prażącymi płomieniami słońca ukryła się matka z córkami, grające na mandolinach utwory zdecydowanie pasujące do majestatu Miasta Światła. No bo czy może być coś bardziej adekwatnego i budującego atmosferę niż ‚Aria na strunie G’ Bacha? Panie dostały pinionżka. Chłopak wyglądający na Mongoła czy innego przedstawiciela ludów wędrownych Azji środkowej pod Sacre Coeur nawet nie miał futerału, do którego zbierał fundusze. Wydaje się, że przyszedł na wzgórze Montmartre tylko dla samej możliwości tworzenia muzyki. Na Trocadero całe schody były zajęte widzami biorący udział w performance grupy komików/tancerzy.

Prawdziwy zachwyt w mym sercu, bo przecież sztukę odczuwa się sercem, a nie szkiełkiem i okiem, wzbudził człowiek bez dłoni, ubarwiający jedną z ulic postaciami Disneya. Radząc sobie z takim kalectwem, potrafił za pomocą kredy zrobić coś, czego ja bym nie mógł zrobić mając w pełni sprawne palce po dniach ćwiczeń. Przypuszczam, że będąc artystycznym imbecylem, nie potrafiłbym nawet dobrać stosownych kolorów. Zażenowali mnie tylko ludzie, którzy nagrywali pracującego w pocie czoła inwalidę przez dobrych kilka minut, a potem odeszli, nie zostawiając nawet eurocenta. Załamka.

Nad Sekwaną z kolei roi się od ludzi operujących pędzlem i farbkami czy tworzących szkice węglem, skoro już wcześniej nawiązałem do klasyki polskiej literatury. Zresztą rzeka płynąca przez centrum Paryża to temat na osobny akapit, bo jest to wyborny przykład pokazujący jak wiele dobrego może dać socjal. Deptaki wzdłuż rzeki są zadbane i czyste, przynajmniej w centrum, i faktycznie tętnią życiem. Tak artystycznym, jak i kulinarnym oraz sportowym. I teraz będzie znów rasistowsko i naziolsko – spójrzcie na powyższe fotki. Biało, nie? Wszędzie indziej na ulicach czy w metrze widać znacznie mniej białych niż kolorowych, a tutaj? To nie jest tylko kwestia asymilacji, chociaż w dużej mierze na pewno tak, ale także zarobków. Bo chociaż we Francji jest diabelnie drogo, to i zarobki są na niezłym poziomie, szczególnie w stosunku do socjalu. I ludzi stać na chodzenie po restauracjach. Tych pracujących.

Rewitalizacja Sekwany nadal trwa. Rozpoczęto procedurę oczyszczania wody w rzece i w przeciągu kilkunastu lat Sekwana ma być krystalicznie czysta, umożliwiając kąpiel w rzece. Nie wiem, jak będzie to wyglądało w kontekście powolnej islamizacji Francji, ale pomysł jest zaiste wyśmienity. Zresztą woda w kranach paryskich jest podobno jedną z najczystszych we Francji i totalnie zdatna do picia. Tu jednak byłbym sceptyczny, bo z tego co słyszałem, w Paryżu wszystko jest najlepsze :) Taka naleciałość Francuzów już od niepamiętnych czasów.

W kontekście pomysłów na to, co przywieźć z Paryża jako pamiątkę, powrócimy do tematu imigracyjnego. ‚Pamiątkami rządzi mafia z Mali’. Trochę śmieszkowałem, kiedy usłyszałem ten tekst od kuzyna, ale potem poszedłem na miasto i… Poza sklepami nie kupisz żadnej pamiątki od nie-czarnego. Każdy, kto ma jakie takie rozeznanie w różnicach między ludźmi, potrafi na oko rozpoznać z jakiego rejonu pochodzi dany człowiek. Słowianin różni się od Iberyjczyka, Meksykanin od Argentyńczyka, a Koreańczyk od Japończyka. I WSZYSCY sprzedający suweniry pochodzili z Czarnej Afryki. Podobno jest tak, że są to niezarejestrowani nigdzie goście bez dokumentów, którzy przypłynęli na łódkach i policja nawet nie próbuje ich ścigać, bo wie że to nie ma sensu. Trzeba będzie im dać statu uchodźcy albo deportować albo cholera wie co zrobić, więc póki handluje tymi metalowymi wieżami i jakoś sobie radzi, zostawia się go w spokoju.

A poza wieżami jest jeszcze najnowszy hit, czyli kij do selfie. I tylko w każdym miejscu chodzą za człowiekiem czarne cienie i mówią ‚selfie, selfie, sir, selfie’. Za 5 Euro. Wieże sprzedają po 1€ za pięć sztuk. Możesz wytargować nawet siedem za tego jednego Euro. Poza tym dostaniesz podróbki wszystkiego, wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć. Czapki z new ery po kilka Euro, torebki od topowych projektantów, biżuteria, wszystko jest wszędzie, przygotowane na kocach przystosowanych do natychmiastowego spierdolenia ewakuowania się przed policją. Oczywiście, jak pisałem wyżej, tylko dla pozorów.

Inteligentniejsi z handlarzy przy 33-stopniowym upale zamiast wieżyczek, których nikt nie kupuje, handlowali wodą. Bo w centrum Paryża nie ma sklepów. Wcale. Nie przesadzam. Nie wystarczy wejść w boczną uliczkę, żeby trafić do ichniejszej ‚Żabki’. Nie, sklepów NIE MA. Idziesz do restauracji i płacisz za wodę 0.25l 4€, a za kanapkę 5€, albo śmigasz z kanapkami. Jak pierwszy raz wybrałem się do knajpy i zobaczyłem najgorsze piwo w cenie 5€ za 0.33l to na drugi dzień miałem już butelkę wody w plecaku. Bo 0.33l piwa to ja wypijam podczas zamawiania większego piwa ;). No i ci sprytniejsi handlarze mieli przenośną lodóweczkę i sprzedawali wodę z najtańszej supermarketowej dystrybucji po 1€. Można? Można. Przypuszczam, że lekką ręką zarabiają 10€ na godzinę, mając zysk co najmniej 70 centów na butelce. Bez podatków, czysty rynek i dziki kapitalizm.

I właśnie takich ludzi w Europie potrzeba.

4 Odpowiedzi

  1. Bbb
    | Odpowiedz

    Czytać się nie da. „Ludzkie śmieci”. Gratuluję.

    • FD
      | Odpowiedz

      Jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno :D:D:D

  2. Kasik
    | Odpowiedz

    A właśnie, że świetnie się czyta, ale u niektórych zdaje się, jedyna prawda, jaką znają, pochodzi z „jedynie słusznej (do niedawna) telewizorni”, więc trudno od nich wymagać, by patrzyli na świat obiektywnie :]

  3. Krysiek
    | Odpowiedz

    Genialny tekst ja stargowałem pakiet wieżyczek 20szt. za 2 euro he he Polak cebulak ;-)

Zostaw Komentarz