Monastyry okolic Kutaisi

Monastyry okolic Kutaisi

zamieszczone w: Azja, Gruzja | 0

Obiekty sakralne na Kaukazie to temat rzeka. I jeden z głównych celów turystycznych, bo poza walorami przyrodniczymi, jest to największe bogactwo Gruzji. Wprawdzie w pewnym momencie można odczuć przesyt i wszystkie kolejne budynki zdają się wyglądać tak samo. Wiele razy też pisałem, że freski i ikony prawosławne są dla Europejczyka wychowanego w kulturze katolickiej/łacińskiej wyglądają nienaturalnie. Ja nie potrafię się przestawić na ten sposób przedstawiania chrześcijaństwa.

Do monastyru Martvili trafiliśmy w zasadzie przypadkiem. Głównym celem wizyty w okolicach Martvili był kanion, o którym na tripadvisorze przeczytałem tyle dobrego. Opuszczając kanion byliśmy już zaprzyjaźnieni z taksówkarzem, który zarobił na nas przez cały dzień pewnie więcej niż w innych okolicznościach przez tydzień. Stąd spytał czy chcemy w drodze powrotnej do Kutaisi udać się do pobliskiego kościoła. Dlaczego nie, skoro już tu jesteśmy w pobliżu? Dowieziono nas więc pod samą bramę kompleksu, a dalej trzeba było wejść po pozostawiających wiele do życzenia schodach.

Dawniej, jeszcze w czasach pogańskich, wzgórze to pełniło rolę świętą, a pod olbrzymim dębem, symbolem płodności, znajdującym się na szczycie mieściła się najważniejsza świątynia pogańska całej Gruzji – Kapuniya. Okryta złą sławą, bo składano tam ofiary z ludzi, głównie dzieci. Drzewo zostało ścięte po konwersji Gruzji na chrześcijaństwo w ramach walki z pierwszym przykazaniem, ale sam symbol pozostał wśród ludności i poza nazwą Martvili funkcjonuje także Chkondidi, czyli wielki dąb. Obecnie tuż przed katedrą znajduje się jego namiastka, ale sam budynek, podobno z VII w. mieści się na korzeniach tego pierwszego, historycznego dębu. Historycznie, monastyr pełnił nie tylko rolę religijną, co w ówczesnych czasach wiązało się także z rolą edukacyjną, ale i defensywną. Ze szczytu bowiem rozchodzi się widok na niemal całą zachodnią Gruzję.

Nie jest to konieczny punkt do odwiedzenia w czasie pobytu w Kutaisi, bo znajduje się kawał wiejskiej drogi od tego miasta, ale będąc w pobliżu warto zobaczyć budynek określany perłą średniowiecznego gruzińskiego budownictwa.

Nie bez kozery kompleks Gelati należy do najważniejszych zabytków Gruzji. Jest to największe dzieło średniowiecznej zjednoczonej Gruzji, twór i spuścizna Dawida Budowniczego, który za cel postawił sobie utworzyć w pobliżu ówczesnej stolicy – Kutaisi – drugą Jerozolimę. I częściowo mu się do udało – ściągnął do nowo-powstałej w Gelati akademii nauczycieli geometrii, muzyki, arytmetyki, filozofii, greki czy łaciny. Na miejscu rezydowali także najznamienitsi rzemieślnicy i artyści w kraju. Król Dawid Budowniczy nie dożył ukończenia najważniejszej elementu tej układanki – katedry Marii Dziewicy. Został pochowany w pobliżu łuku, w miejscu nazywanym obecnie Wrotami/Bramą Króla Dawida, zdobytą przez syna Dawida – Dymitra I w 1129 na terenie obecnego Azerbejdżanu.

Stopniowo Gelati popadało w coraz większą ruinę, kulminacja zaś nastąpiła w 1510 podczas tureckiego najazdu, złupienia i spalenia kompleksu. Ten sam los spotkał Gelati wieki później z rąk kaukaskiego plemienia, a całości dopełnili Sowieci w 1922, zamykając monastyr i wyganiając mnichów. Dopiero na kilka lat przed odzyskaniem przez Gruzję niepodległości ponownie konsekrowano katedrę, a 2004 prezydent Saakashvili, mający bardzo nacjonalistyczne zapędy nawet został tutaj zaprzysiężony.

Skąd to wszystko wiem? Z internetu! Oczywiście zaraz przy bramie – wejście jest darmowe, to olbrzymi plus wszystkich monastyrów Gruzji, stąd warto kupić w każdym jakąś pamiątkę i wesprzeć w ten sposób mnichów – dopadł nas przewodnik. Cóż, to może zbyt przychylne określenie – jakiś nachalny staruch w stroju typowego dziada proszalnego od razu zagaił rozmowę. „Skąd jesteście? Polska? Dzień dobry!”, po czym szybko przeszedł na język rosyjski i zaczął nas oprowadzać, na koniec kasując za każdego z nas trzech po 3 Gel, co razem dało 10 :D Ja nie jestem przeciwny takim rozwiązaniom, rozumiem że są to grosze dla europejskiego turysty, natomiast NIE CIERPIĘ gdy ktoś mi narzuca się na siłę. Jasne, wydałem raptem 5 zł, ale sam nic z tego nie wyniosłem, bo mój rosyjski opiera się jednak na „Kali chcieć jeść kotlet”, a nie wywodach historycznych o gruzińskiej sztuce.

Z drugiej strony – gdyby nie ten dziad może nie weszlibyśmy ze strachu do kilku miejsc? Bo do Gelati dotarliśmy w niedzielę około południa, czyli w czasie mszy. Natomiast pod przewodnictwem dziada, bezwstydnie (no ok, trochę mi było głupio) chodziliśmy sobie po katedrze i wszystkich sąsiadujących budynkach. Jest pięknie, a musiało być jeszcze cudowniej. Wszystkie freski są restaurowane. Mozaika w stylu bizantyjskim, złożona z ponad 2,5 miliona elementów musiała zostać uzupełniona malowidłem. Ze względu na pracę konserwatorskie nie było także widać kopuły z freskiem Chrystusa Wszechmogącego. Za to w obu pobliskich kościołach – pod wezwaniami św. Jerzego i św. Mikołaja – mieliśmy już pełną swobodę, włączając możliwość wejścia do ołtarza, co chyba nie jest do końca właściwe. Ze spokojem też można było pochodzić po zrekonstruowanej akademii. Prawie udało nam się nawet przewrócić teleskop w dzikiej ucieczce przed szerszeniami.

Och, przechodzą przez Bramę Króla Dawida można podobno dotrzeć do wspaniałego punktu widokowego z rzutem na monastyr i całą dolinę. I to niby tylko 20 minut drogi. Biorąc pod uwagę, że ostatnio jak mieliśmy w Kutaisi mieć lokal 10 minut od przystanku marszrutki, a szliśmy ponad godzinę, daliśmy sobie spokój ;)

Monastyr Motsameta to klasyczny przykład miejsca, którego charakteru nie oddają zdjęcia i wizyta w którym samochodem może nie jest, jak początkowo chciałem napisać, gwałtem na swego rodzaju samotności tego miejsca. Ale Gruzja, jak przypuszczam, jest jednym z krajów, który daje zupełnie inne odczucie w czasie podróżowania taksówkami, czyli typowej turystyki zachodniej, gdy goni nas czas przeznaczony na urlop, a chcemy zobaczyć jak najwięcej, a klasycznego backpackingu. Dlatego właśnie zdjęcia samego monastyru są co najwyżej przeciętne – w środku było dramatycznie mało przestrzeni by złapać dobry kadr czegokolwiek. Z zewnątrz zaś budynki znajdują się na wzgórzu, z którego dojazd możliwy jest praktycznie tylko z jednej strony, a całość dość często przesłaniają drzewa lub inne wzgórza. A do tego taksówkarz jest średnio chętny zatrzymywać się co chwilę do dobrych ujęć.

Nazwa Motsameta pochodzi od gruzińskiego słowa męczennik (czyli jak powyższe Marvili, które męczennik oznacza po grecku). W tym przypadku tytułowymi męczennikami byli bracia Davit i Konstantin, lokalni władcy, którzy podczas VIII-wiecznego najazdu Arabów, odmówili przejścia na islam. Wersja historyczna – zostali utopieni w rzece Rioni, a ich ciała wypłynęły w pobliżu monastyru. Legenda – zwłoki z rzeki wyciągnęły lwy i przyniosły do mnichów. Męczennicy zostali pochowani w klasztorze a przy ich krypcie znajduje się małe przejście. Trzykrotne przeciśnięcie się przez nie gwarantuje wysłuchanie modlitw. Niestety – po pierwsze – dowiedziałem się o tym już po fakcie, a po drugie – nie jestem pewien czy byłbym w stanie przecisnąć się przez cokolwiek, a już na pewno nie przez miejsce stanowiące jakiekolwiek wyzwanie. Nie ma moje gabaryty takie sztuczki.

Niestety, wnętrze kościoła zostało kompletnie zniszczone w czasie pożaru w 1923 roku i obecnie na miejscu są po prostu XXI-wieczne wydruki. Obrzydlistwo. Sowieccy czekiści zabrali też prochy Davita i Konstantina, które później zwrócono, ale nigdy nie udało się odtworzyć ich do poprzedniego stanu. Podobno przeznaczenie dopadło czekistów, ale co nam – turystom z XXI w. – z ówczesnej zemsty?

Będąc w Kutaisi warto zobaczyć Motsametę i Gelati – jedna wycieczka taksówką to jakieś 10-15 lari i trwa max 2-3 godziny. Jeszcze bardziej warto przejść z Gelati do Mostameta pieszo, widoki podobno zapierają dech w piersiach, ale na to trzeba mieć po prostu czas – jedyną rzecz, której nie można kupić i która ogranicza ludzi.

Zostaw Komentarz