Monastyr Sapara – ogłuszająca cisza

Monastyr Sapara – ogłuszająca cisza

zamieszczone w: Azja, Gruzja | 0

Na tytułową ogłuszającą ciszę nie trafiłem, ale jestem w stanie ją sobie wyobrazić. Nie trafiłem na ciszę, bo w okolicy Gruzini budowali zabytki :). Ciągle chodząca szlifierka, młoty walące w kamienie, by stworzyć materiał do uzupełnienia luk i wszechobecne krzyki robotników. Jednak wystarczyło odejść od hałasu by dostrzec piękno tego miejsca, położonego na skrajnym odludziu, tak daleko od cywilizacji, że nie zostało doszczętnie zniszczone ani przez Turków, ani Persów, ani Sowietów.

Kompleks leży dwanaście kilometrów od Achalcyche, bez problemu można się dostać tam taksówką (cena do uzgodnienia, szacunkowo około 15 GEL w dwie strony) i zdecydowanie polecam dogadać się na podróż w dwie strony. Pod klasztorem nie ma postoju, nie ma marszrutek, a powrót do miasta wąską górską drogą, po której szaleją gruzińscy kierowcy nie każdemu może przypaść do gustu. Trzeba jednak przyznać, że widoki po drodze są nieprzeciętne. Z początku chciałem nawet napisać niepowtarzalne, ale dość szybko zreflektowałem się, mając w planach jeszcze kilka wpisów dotyczących gór w Gruzji. Droga jest w fatalnym stanie (można zobaczyć jej fragment na jednej z fotek i, uwierzcie mi, jest to raczej prosta część nawierzchni. Te kilkanaście kilometrów dojazdu pod górę pokonaliśmy samochodem o napędzie na cztery koła w lekko ponad pół godziny. Nie wiem ile zajmuje jazda zdezelowaną taksówką, ale przypuszczam, że jest jeszcze dłużej. Ma to oczywiście swoje plusy. Zajmując miejsce przy oknie, co przy panujących warunkach atmosferycznych (35 stopni) było wręcz obowiązkiem, będziecie mogli w spokoju napawać się widokami. Obszar ten jest też podobno świetnym miejscem do birdwatchingu (wiki mówi, że po polsku będzie to ptasiarstwo… hmmmm), nie sprawdziłem. Widziałem wprawdzie jedną osobę płci męskiej w krzakach, ale na szczęście stała tyłem.

Jeżeli z początku wyprawy nie jesteście w stanie dojrzeć nawet zarysu monastyru, niekoniecznie musi to oznaczać, że jedziecie w niewłaściwym kierunku. Chociaż tak się stało na początku w naszym przypadku, dopiero rozmowa z tubylcem kazała jechać w przeciwną stronę. Dopiero po przejechaniu około osiemdziesięciu procent trasy i spojrzeniu pod odpowiednim kątem, dostrzeżecie jeden z kościołów całego kompleksu, kościół św. Saby. Położenie na klifie, z jedną drogą dojazdową, gwarantowało doskonałą pozycję obronną. Próbował to wykorzystać ród Dżakelich, przez długie lata sprawujący rządy na regionem Meschetii, główny fundator większości kościołów Sapary. Niestety, ich pałac, leżący kilkanaście metrów ponad budowlami religijnymi, jest w kompletnej ruinie i niewiele wiadomo o jego historii i samych budynkach, które nadal możemy odwiedzać.

Jednak nawet taka lokalizacja nie pomogła oprzeć się natarciu Imperium Osmańskiego oraz, lata później, zarazie dużo groźniejszej od Ottomanów – Sowietom. O ile Turcy zrabowali tylko rzeczy wartościowe, sam budynek zostawiając w spokoju, o tyle w czasach Związku Radzieckiego, kompleks pełnił rolę szkoły dla młodych pianistów. Tylko powiększyło to zniszczenia elewacji, którą częściowo odnowiono po odzyskaniu przez Gruzję niepodległości. Wtedy też powrócili do klasztoru zakonnicy. W tej chwili mieszka ich tutaj około dziesięciu, część z pełnymi święceniami, część w trakcie nowicjatu, a ponieważ budynki są przystosowane do dużo większej ilości gości, nie ma żadnego problemu z uzyskaniem noclegu. Oczywiście jeżeli potrafimy wystarczająco się wyrazić (jak zwykle polecam rosyjski) oraz umiemy zachować powagę miejsca. Mnisi, podobno, oferują pełną gościnę, zapraszają do udziału w spożywaniu posiłków oraz codziennych czynnościach. W takich momentach docenia się wartość religii jako ruchu społecznego.

Głównym kościołem kompleksu, składającego się z kilkunastu budynków, jest kościół św. Saby. Warto zaznaczyć, że wpuszczeni zostaniemy nawet w krótkich spodenkach, pod warunkiem, że zakrywają kolana. Przed wyjazdem w to miejsce, warto poznać jego historię (chociażby czytając ten wpis), by nie popełnić podobnego faux-pas, które popełniłem ja. Miejsce mi się spodobało, więc chciałem nabyć ikonę przedstawiającą głównego patrona. Pytam zatem Dawida, naszego kierowcy (i tutaj, by dodać komizmu sytuacji, staram się dokładnie oddać mój rosyjski i to, co rozumiałem w odpowiedzi):
– Czyje to miejsce?
– Tutaj mieszkają mnisi.
– Nie, nie. Kto jest tutaj panem?
– (bezradność w oczach) Nie rozumiem.
– (podnosząc głos) Ten monastyr. Świętego Piotra nie. Świętego Pawła nie. CZYJ?
– Aaaa… Świętego Saby.

Przyzwyczajony, że żeńskie imiona kończą się ‚a’, jestem przekonany że św. Saba to kobieta. Idę zatem do mnicha nabyć ikonę, a ten mi daje jakiegoś gościa z brodą. Ja mam minę WTF!? i mówię ‚nie, nie, ja chcę św. Sabę’. Mnich patrzy na mnie, jeszcze nie jak na debila i spokojnie mówi, że to jest Saba. We mnie się gotuje, kierowca się modli, więc muszę poczekać. Wołam go i mówię, że chciałem kupić św. Sabę, a tu mi dają tę ikonę, a ja chcę Sabę. Dawid patrzy na mnie już jak na debila (mnich też, jest już ich dwóch) i mówi, że przecież to jest Saba. No to ja, już z kompletną beztroską, mówię – ale czemu ona ma brodę? Wtedy dostałem krótki wykład o historii, z którego zrozumiałem, że Saba był królem i zbudował ten klasztor. Cóż, jedni za kobietę biorą Jana Ewangelistę, a inni prawosławnych świętych z Gruzji…

Oczywiście moja znajomość rosyjskiego była niedostateczna. Saba był rzeczywiście władcą okolicznego księstwa (ale nie królem Gruzji) i, od kiedy w czasie jednej z bitew uratował życie Chana, pozostawał w znakomitych kontaktach z Mongołami. Mając protekcję Złotej Hordy, Saba ogłosił niepodległość regionu, nazwał się Sagris I Dżekeli i niezagrożony region rozkwitał pod jego rządami. Po śmierci, syn ufundował kościół i nazwał go imieniem ojca.

Moim zdaniem, jest to znacznie ładniejsze miejsce niż znacznie szerzej reklamowane przez gruzińską turystykę monastyry Gelati, Dżwari czy Motsameta. Ponadto, ze względu na położenie na kompletnym uboczu, jest pomijane przez turystów. W Gelati nie mogłem poczuć majestatu obiektu, ze względu na panoszących się turystów (hipokryzja nie pozwala mi zaliczyć się do panoszących turystów :)). A jeżeli doliczymy do tego darmowy nocleg w tak wspaniałym miejscu, wśród zakonników, wrażenia będą niepowtarzalne. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak całość wygląda o wschodzie i zachodzie słońca lub co dzieje się podczas wieczornych nabożeństw. Szczerze polecam, jako jeden z obowiązkowych punktów wycieczki po Gruzji.

Zostaw Komentarz