Miasta Sri Lanki – Kandy

Miasta Sri Lanki – Kandy

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 0

Kandy to kulturowa stolica Sri Lanki. Cóż, zabrzmi to trochę złośliwie, ale kultura w większości wyspy jest tak nikła, a miasta przepełnione rozmaitym przemysłem i tłumami ludzi, że wystarczy naprawdę odrobina odejścia od tego industrialnego stylu, by zyskać miano „stolicy kultury”. Oczywiście przesadzam, jak zwykle, bo ta nazwa to, w dużej mierze, spuścizna historyczna, a zdjęcia dobrałem tak, by potwierdzały tezę. Tak, to bardzo brzydki zabieg, zakrawający o cenzurę czy propagandę, ale muszę to zrobić, by w końcu przedstawić trochę inną stronę Sri Lanki. By skończyć plusami, muszę jednak zacząć od minusów.

A tych jest multum. Przede wszystkim coś, czego nie byłbym w stanie przedstawić na zdjęciach – po środku Kandy mieści się piękne jezioro. To teraz osoby mające odrobinę wyobraźni i znających prawa natury proszę o chwilę zadumy – co może się stać ze zbiornikiem o bardzo małej rotacji wody, otoczonym drzewami (więc siłą rzeczy opadające liście lecą do jeziora) i mnóstwem ptaków, w kraju, w którym przywiązuje się bardzo małą wagę do higieny oraz temperatura rzadko spada poniżej 25 stopni Celsjusza. Tak, brawo! Wszystko gnije i śmierdzi i w zasadzie powinniście się cieszyć, że nie osiągnięto jeszcze techniki, która pozwala na zapamiętywanie i przenoszenie zapachów przez internet. Oczywiście nie jest to jakiś strasznie okropny smród, bywało się w gorszych miejscach, ale jest bardzo uciążliwy i wlecze się za nami wszędzie.

Jezioro zresztą nie jest tego jedynym powodem – w gruncie rzeczy Kandy leży na wysokości ponad 450 m. n.p.m., a centrum i wspominane powyżej jezioro jest w swego rodzaju kotlinie. Stąd na obrzeżach rano budzi nas naprawdę świeże i rześkie, górskie powietrze, ale już w dole przewiewu nie ma. A co dzieje się w godzinach szczytu jest trudne do opisania. Wszystkie 3-4 pasy jednokierunkowych ulic zajęte są do tego stopnia, że poruszanie się piechotą jest niewiele wolniejsze niż samochodem. Czyli smród gnijącego jeziora jest przykrywany i mieszany ze smrodem spalin z najtańszych i najstarszych samochodów w Azji, które w Europie pewnie nie przeszłyby zbyt wielu norm jakości. A by opisać to, co wypuszczają z siebie autobusy – brak mi słów. Raz mieliśmy nieprzyjemność jechać tuk tukiem koło autobusu i stać przy nim w korku i robiło się słabo. A należę do ludzi, którzy przy każdej wizycie na stacji benzynowej z przyjemnością zaciągają się zapachem :). Ach tak – korki trwają ciągle – od późnego poranka do wczesnego wieczora i są wszędzie – tak na ulicach, jak i na chodnikach.

To właśnie drugi problem, chociaż nie każdy może go zauważać i w ogóle traktować jako przeszkodę. Ja, jak wielokrotnie pisałem, lubię samotność. Może nie do końca samotność, bo jest to słowo jednoznacznie negatywnie zabarwione. Lubię być w najlepszym możliwym towarzystwie – samego siebie. W Kandy nie jest o to łatwo, o ile nie zejdziemy z najbardziej popularnych szlaków. Tylko że poza tymi popularnymi szlakami nie ma za bardzo czego oglądać – tam Kandy wygląda jak każda inna wioska na Sri Lance – wątpliwej jakości i urokliwości chaty, brudne i sfatygowane chodniki, śmierdzące kanały wzdłuż niektórych ulic. Odniosłem wrażenie, że o przestrzeń publiczną nie dba się w ogóle. Nie tylko publiczną zresztą, bo prywatną, ale od strony zewnętrznej także.

Uwaga! Wyjdzie ze mnie prawak i faszysta! Do tej pory miałem wrażenie, że to dominacja krajów postsowieckich. Nieudany projekt homo sovieticus spowodował, że cała przestrzeń publiczna jest niczyja, zatem można ją zniszczyć, zdewastować i rozkraść. Widziałem to w Bułgarii, na Ukrainie, w Gruzji. Jesteśmy tego świadkami na każdym kroku w Polsce. Ostatnio wizytowałem Nadodrze – dzielnicę Wrocławia wypełnioną głównie socjalnymi kamienicami zamieszkałymi w dużej mierze przez, nie bójmy się tego słowa, margines społeczny. To, co się tam dzieje, żywo przypomina właśnie dzielnice w krajach byłego Związku Radzieckiego, a rozmaite próby rewitalizacji (za publiczne pieniądze oczywiście) są raczej próbą wyprowadzenia kasy z budżetu dzięki zawyżonym cenom przetargowym. Na dodatek z produktem nie dostosowanym do popytu. Boli mnie to tym bardziej, że dumny jestem jednak z germańsko-czeskiej spuścizny kulturowej Wrocławia, jednej z trzech stolic Prus, który w centrum, poza Rynkiem, przypomina slumsy z ganiającymi szczurami, obdrapanymi kamienicami, zaszczanymi, śmierdzącymi klatkami, a gdy coś się już zrobi, zaraz półdebile marzą po ścianach sprayem lub naklejają wlepki z żenującymi hasłami, błogosławiącymi Jedyny Słuszny Klub We Wrocławiu.

Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – bo za to nie płacą. „Ktoś” im robi remont kamienicy. „Ktoś” im rewitalizuje podwórko. „Ktoś” im naprawi chodnik. „Ktoś” daje zasiłek na piwerko. „Ktoś, ktoś, ktoś” płaci im za wandalizm, za nieróbstwo, za cały dzień spędzony na ławeczce pod blokiem i teksty „panie kierowniku, nie będę ściemniał, potrzebuję 2zł do piwka”. Cóż, kierowniku, ja też potrzebuję. I wtedy muszę zrobić taką magiczną czynność, która nazywa się PRACA. Słyszałeś o tym? Za pracę dostajesz w zamian takie karteczki z wizerunkami polskich króli, które w sklepie możesz wymienić na piwko. Gdyby ten nierób sam odnowił swoją kamienicę lub sam odrestaurował i zagospodarował podwórko, nie pozwoliłby by sąsiad poszedł się na nie odlać po libacji alkoholowej. Bo, KURWA (i tak długo wytrzymałem bez przekleństwa), poświęcił swój czas i swoje życie na udoskonalenie swojego otoczenia.

To nie jest domena Wrocławia, a nawet Europy Wschodniej. W każdym większym mieście Europy Zachodniej wystarczy jeden rzut oka, by określić czy jest to dzielnica domów/mieszkań prywatnych czy może mieszkają tutaj rozmaici degeneraci żerujący na reszcie społeczeństwa. W krajach postsowieckich jest to spotęgowane do niesamowitej skali – czasem się czułem gdybym cofnął się w czasie o kilkadziesiąt lat – nawet jeżeli tamte czasy znam tylko z filmów czy opowieści starszych członków rodziny. A na Sri Lance?

Dokładnie tak samo – jakby ktoś dostał w spadku lub w innych okolicznościach budynki kolonialne i zupełnie o nie nie dbał. Jasne, przy takim stężeniu spalin, trudno jest dbać o białą elewację, ale niektóre domy sprawiają wrażenie jakby od czasu dominacji brytyjskiej nie zrobiono z nimi zupełnie nic. Żadnej renowacji, żadnych usprawnień, oczyszczenia, troski. Tragedia. I zanim ktoś napisze lub pomyśli, że wynika to tylko z biedy – nie jest tak. Kraj i ludzie nie należą do najbogatszych, owszem, ale przekłada się to na ceny materiałów budowlanych oraz siły roboczej. Jest to zdecydowanie kwestia woli i niewłaściwej gradacji potrzeb, chociaż tutaj nie mogę przyjąć, że to co dla mnie jest ważniejsze (czyli środowisko w którym żyje na co dzień) jest istotniejsze niż ważniejsze rzeczy dla kogoś (czyli na przykład nowy telefon czy ciuch).

Były minusy, były wynurzenia polityczno-życiowe, czas na plusy. Będzie ciężko, bo komplementy przez klawiaturę przechodzą mi równie ciężko, co przez usta. Najpierw kompletnie abstrakcyjne – miasto ma jakiś bliżej nieokreślony klimat. Może ta cała „kulturowość” wynika z mieszanki studencko-pielgrzymskiej? Studenckiej, bo cała aglomeracja Kandy jest jednym z większych ośrodków uczelnianych na Sri Lance, z drugim najstarszym uniwersytetem wyspy, a także mnóstwem szkół średnich. Bo trzeba sobie powiedzieć jasno, że szkoła średnia nie jest wcale standardem w biednych krajach. Nawet podstawówka czasem wykracza poza możliwości finansowe rodziców. A młodzi ludzie jakoś łagodzą obyczaje i w tłumie młodzieży człowiek czuje się trochę pewniej niż w tłumie osób starszych. Szczególnie jeżeli ktoś, jak ja, nadal się z młodzieżą utożsamia, nawet jeżeli jest już to tylko pod względem mentalnym, bo – słowami wielkiego wieszcza, Kazimierza Staszewskiego – jedyne co mnie wkurwia u młodzieży, to że już więcej do niej nie należę.

Pielgrzymi z całego świata, zjeżdżający do Kandy by zobaczyć ząb Buddy, to zupełnie inna bajka. Trudno traktować ich poważnie, tak samo jak trudno poważnie traktować katolików, jeżdżących oglądać kości świętego Xa czy Ygreka. Plusem jest jednak sama ich obecność, bo automatycznie podnoszą poziom usług (zagraniczny turysta oczekuje w biednym kraju wyższego poziomu usług niż tubylec, to normalne) oraz podświadomie – a może nawet zuepłenie celowo – władze zwiększają bezpieczeństwo w mieście, bo przecież nikt nie przyjedzie modlić się do zęba Buddy, jeżeli będzie mu groził zamach terrorystyczny czy bandyci na ulicach. Chociaż trzeba przyznać, że od czasu upadku Tamilskich Tygrysów, na Sri Lance jest spokojnie. O świątyni, buddyzmie i hinduizmie czy mnichach będzie w osobnym wpisie, do którego muszę się naprawdę porządnie przygotować merytorycznie, bo buddyzm, który zobaczyłem na Łzie Indii, nijak miał się do tego, co widziałem wcześniej w Tajlandii.

Jedną z głównych atrakcji miasta jest Kandy City Centre. Nie, nie jest to stare miasto, a galeria handlowa, wybornie wpasowana fasadą w ulice Kandy. W ogóle tutaj trzeba oddać Kandy pewien ład architektoniczny. W przeciwieństwie do Kolombo, próbowano zachować starsze budynki. Sukces był oczywiście tylko częściowy, ale przecież nie jest łatwo w miasto o setkach lat historii wpleść galerię handlową – tutaj się udało. Jej atrakcyjność turystyczna? Cóż – jedno piętro to niemal wyłącznie banki, poza tym kilka marek globalnych – zarówno odzieżowych, jak Triumph, Adidas czy Nike, jak i kulinarnych – chociażby Burger King. Zawsze śmieszy mnie kiedy idę do Burger Kinga czy McD w obcym kulturowo kraju, bo jestem zaskoczony menu. Tutaj, poza standardowymi burgerami, było dostępne oczywiście curry :) Sęk w tym, że Europejczykowi taka galeria, chociaż bardzo wychwalana przez tubylców, nie zaimponuje. Mamy takich kilka w każdym większym mieście, a pewnie co najmniej jedną w miastach mniejszych.

Za to jeżeli chcecie zakupić pamiątki, w Kandy znajdziecie prawdziwą perełkę. Sytuacja na rynku pamiątek wygląda tak, że na większość monopol ma państwo. Jasne, zawsze znajdzie się kierowca tuk tuka, który zna kolegę, który ma wujka, który ma wszystko spod lady. Rzeczywistość wygląda wówczas tak, że płacimy jednemu za transport, drugiemu prowizję, trzeci ma fatalny asortyment i albo wyjdziemy z pustymi rękoma, albo kupimy coś, co nas w zasadzie nie interesuje. A w Kandy jest taki sobie sklepik, z dala od centrum miasta, ale nie na tyle by nie opłacało się pojechać. Prowadzący sklep Roshan handluje chyba na lewo, bo żeby wejść trzeba najpierw zadzwonić, a w środku nie ma oficjalnych cen, dom przypomina jeden wielki magazyn z pięcioma pokojami zastawionymi pamiątkami, ale wybór jest olbrzymi, a towary wysokiej jakości i około 30% taniej niż w oficjalnych, państwowych sklepach, na które można się korwinowsko zżymać, ale nie da się ukryć, że asortyment mają pierwszorzędny. Roshan ma właściwie to samo, tylko taniej. Nie można się targować, ale właściwie nie ma potrzeby. Przykłady – wykonany ręcznie z drzewa tekowego Ganesha w oficjalnym sklepie na Sri Lance kosztuje około 9-10 tys. rupii (nieco ponad 30€), a u Roshana 6 tysięcy. Pozostaje tylko problem, jak to przetransportować do Europy :) W ogóle ten sklep to fajne miejsce jako atrakcja – Roshan to kawał chłopa (190cm/110kg lekką ręką) i w tej swojej plątaninie towarów porusza się nieco niczym słoń w składzie porcelany, a to tego mówi po angielsku z tym komicznym, lankijskim akcentem.

A czy da się bardziej zejść z ceny? Pewnie! Roshan przecież nie jest producentem, a po prostu ma dostęp do lokalnych rzeźbiarzy, kuśnierzy i innych rzemieślników. I przecież nie robi tego za darmo, zresztą chyba nikt nie miałby wobec niego takich oczekiwań. Trochę dziwi niemal całkowita legalność procederu, bo jednak stanowi konkurencję dla oficjalnych sklepów w centrum, trzeba jednak pamiętać, że tutaj wolność gospodarcza rozumiana jest w zupełnie inny sposób. Albo idziesz do sklepu, gdzie wszystko ładnie stoi na półeczkach, gdzie chodzi za tobą sprzedawczyni, bez względu na to, czy sobie tego życzysz. Albo do Roshana, bo prawda jest też taka, że sporo osób wybiera zakupy tutaj, jako formę walki z… hmmmm… reżimem?

Och! Rzadko, naprawdę rzadko polecam noclegi, ale w Kandy znalazłem coś, co kwalifikuje się jako prawdziwy homestay. Ginza Rest mieści się w idealnej odległości od śmierdzącego centrum miasta, a jednocześnie na tyle blisko, by za tuk tuk zapłacić grosze lub dostać się do centrum piechotą. No i pod drzwiami jest autobus, który kosztuje grosze. Do tego prowadzący hostel – matka z synem – mówią dobrze po angielsku, co nie jest normą na Sri Lance, a domowa kuchnia jest naprawdę z wysokiej półki. Może nie najwyższej, bo jednak to miejsce budżetowe, ale jeżeli dostarczycie odpowiednie składniki, to dostaniecie bardziej wyszukane rzeczy. Sprawdzone na podstawie koktajli z guawy czy woodapple.

Co warto zobaczyć w pobliżu Kandy? Plantacja herbaty, o której pisałem wcześniej jest na pewno warta zobaczenia, podobnie jak ogród botaniczny w pobliskim Perediniya – obie atrakcje do zaliczenia w ciągu jednego dnia, a przy okazji zahaczyć o ładną wieżę pamiątkową, poświęconą Williamowi Dawsonowi, budowniczemu drogi z Kolombo do Kandy, który zmarł w 1829, po dziewięciu latach budowy i nie miał okazji zobaczyć swojego dzieła ukończonego. Jest także dżungla/park/rezerwat leżące kilka kilometrów od miasta – świetne miejsce dla kogoś, kto ma ochotę na „dżunglę kontrolowaną”, czyli poczuć i zobaczyć prawdziwy las tropikalny, a jednocześnie nie ryzykować spotkania z bardzo dzikimi zwierzętami.

I jeszcze dwa „rezerwaty” bądź „szpitale” czy tam „sierocińce” dla słoni. Słowo rezerwat nieprzypadkowo jest w cudzysłowie. Słonie bowiem albo ogląda się z daleka za kosmiczne pieniądze, albo można je nakarmić za pieniądze jeszcze bardziej kosmiczne, w zależności od tego, który „rezerwat” wybierzemy. Czy słonie się tam męczy? Nie wiem, nie byłem. Ja już słonie w życiu widziałem, zatem pojechać gdzieś, zapłacić za to prawie sto złotych i nie do końca dostać to, czego oczekuję – nie za bardzo mi odpowiadało.

No to jak z tym Kandy – warto odwiedzić czy nie? Tak, chociaż z zupełnie innych powodów niż sam planowałem – dla mnie miała to być baza wypadowa do innych miast w pobliżu. Ot – do Nuwara Eliya to 80km, czyli niby idealna wycieczka na jeden dzień. Sęk w tym, że komunikacja na Sri Lance działa tak fatalnie, że te 80km przebywa się w prawie trzy godziny! To samo jest z Sigiriya, czy innymi atrakcjami teoretycznie leżącymi nieopodal. Natomiast żeby zobaczyć jak wygląda kolejna wersja Sri Lanki – po stolicy Kolombo i plażowych mieścinach dla wagabundów – jest to jak najbardziej ciekawe urozmaicenie i w tych kategoriach proponowałbym Kandy traktować. Ewentualnie jeżeli koniecznie chcesz zobaczyć ząb Buddy ;)

Zostaw Komentarz