Miasta Sri Lanki – Hikkaduwa, Tangalle, Ambalangoda

Miasta Sri Lanki – Hikkaduwa, Tangalle, Ambalangoda

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 0

Patrzę za okno – pada. Początek maja w Polsce – 6 stopni Celsjusza i deszcz. Patrzę na zdjęcia i przypomina mi się jak gorąco było w lutym na Sri Lance. Tak, niedługo do nas także dotrze kontynentalne ciepłe powietrze z Azji i będziemy mieli niemal tropikalne upały, ale to jednak nie to samo. Nie można porównywać 30+ stopni w mieście czy nawet nad jeziorem lub polskim morzem z 30+ stopniami w prawdziwych tropikach, gdzie leżysz w cieniu palm, a woda ma temperaturę zupy. I, jak to bywa z zupami, pozostaje tylko kwestia czy ktoś lubi ciepłe zupy – przecież niektórzy preferują chłodnik. Ja tam zupy lubię, a gradacja temperatury winna być następująca: zupa ma być gorąca, morze ciepłe, a piwo zimna. Jakiekolwiek pomieszanie temperatur w tych dziedzinach powoduje odruchy wymiotne i obrzydzenie na twarzy.

Tradycyjnie wybrałem do miejsca mniej odwiedzane. Nie, niekoniecznie kompletnie dzikie i ignorujące turystykę, ale jednoznacznie leżące z dala od pięcio- czy czterogwiazdkowych hoteli. Wybrałem miejsca, gdzie kierują się przede wszystkim ‚backpackerzy’. Dlaczego tak? Cóż, napiszę po raz kolejny. Kwestie ekonomiczne na pewno mają znaczenie – hotele kosztują nieporównywalnie więcej niż hostele lub pokoje w domach Lankijczyków. W ogóle ze względu na mizerną infrastrukturę turystyczną, ceny hoteli zdają się być rozdęte poza granice przyzwoitości, do poziomu hoteli we Włoszech czy Hiszpanii. A za pokój w miejscowościach podanych poniże dla dwóch osób w najlepszym sezonie zapłacisz pewnie nie więcej niż 20$, a w czasie pory deszczowej pewnie i połowę z tego.

Oczywiście trzeba zaakceptować pewne minusy. Na przykład ciepła woda jest produktem niemal luksusowym. Większość domów ma zbiorniki na zewnątrz, dzięki czemu woda i tak się nagrzewa, a w 30+ stopniach woda o temperaturze 20 stopni stanowi przyjemne ochłodzenie, ale są osoby, które mogą na to narzekać. Wtedy trzeba dłużej poszukać lokalu z nowinkami technicznymi w postaci podgrzewacza wody. Podobnie ma się sprawa z klimatyzacją – przeważnie za klimatyzację robią tylko wiatraki i… na dobrą sprawę to lepiej dla zdrowia. Jasne, przyjemnie wejść w czasie upałów do pomieszczenia o temperaturze rzędu 20 stopni. Sęk w tym, że częste śmiganie w tę i z powrotem szybko spowoduje jakieś problemy z zatokami i ogólne bóle głowy. A metoda by zasnąć w upałach jest prosta – zmęczyć się do tego stopnia, by po prostu położyć się i zasnąć. Da się, da się. A ja jestem wybredny jeżeli chodzi o warunki do spania. Nie spodziewajcie się też świeżutkiej pościeli co dnia lub nowiutkich łóżek z Ikei. Gospodarka niedoboru i mentalność lenia – śpi się tam gdzie się da, na czym się da. I kiedy się da :)

Ale zanim przejdziemy na plażę, najpierw kilka słów o klasycznym małym miasteczku w wydaniu lankijskim, a jako swoisty corpus delicti posłuży nam Ambalangoda. Ambalangoda nie jest przypadkowym wyborem, bo pozwala opowiedzieć o bardzo ważnej tradycji Sri Lanki – maskach. To miasteczko jest kolebką tradycji zakładania masek oraz tradycyjnych tańców, a także największym ośrodkiem produkującym jedną z najbardziej popularnych pamiątek turystycznych ze Sri Lanki. Są trzy typy masek – typowo aktorskie kolam, które pełniły funkcję podobną do masek teatralnych w starożytnej Grecji (z najbardziej nam znanych kultur), ale mimo wszystko nie mają na celu oddania rzeczywistych cech ludzkich, a są mocno przerysowane i wyglądają dość groteskowo. Drugi rodzaj masek – sanni – służy do egzorcyzmów i odpędzania demonów, odpowiedzialnych za osiemnaście rozmaitych chorób dręczących ludzi. Począwszy od migren czy gorączki, przez bóle rozmaitych części ciała, aż po tak poważne przypadki jak cholera – nie ma przypadłości, której nie uleczy taniec szamana w masce demona, który na moment staje się właśnie demonem. Każda choroba bowiem jest personifikowana przez innego demona, którego trzeba przywołać i złożyć mu ofiarę, a taki demon – jak to z demonami bywa – najchętniej ciągnie do swojej facjaty :)

Ostatni typ masek to maski raksha lub rakshasa, czyli nawiązanie do hinduizmu. Nie jestem w stanie opisać całej historii stojącej za rakshasami, bo nie do końca je rozumiem, a pełnią tak rozmaite role w hinduskich kulturach, że ciężko znaleźć właściwe informacje. Próbując powiązać wszystko, czego się dowiedziałem – rakshase zostały stworzone przez Brahmę, czyli hinduskiego boga-stwórcę i strącone na ziemię ze strachu. Żywią się ludzkim mięsem, są czarodziejami, iluzjonistami, zręcznymi wojownikami, potrafią latać – ogólnie reprezentują wszystkie cechy, których boją się ludzie na każdej szerokości geograficznej. W Ramayanie rządziły Sri Lanką pod wodzą Ravany i tu jest pewna ciemność, bo nie znam ani trochę tego hinduskiego siedmioksiągu, więc nie mogę powiązać dlaczego maski rakshy pełnią funkcje ochronne (te z wężami) czy przynoszące szczęście (te z pawiami). Wszystkie maski są tworzone z drzewa balsowego, są zatem bardzo lekkie i stanowią chyba najlepszą, a na pewno najbardziej unikatową i kolorową pamiątkę z wyspy.

Ale wróćmy do miasta, która ma dwa istotne elementy – drogę główną i dworce: autobusowy oraz kolejowy. Całe życie i tłumy zdaję się skupiać wokół tych miejsc – tworzy się samoistny targ na chodnikach, jest serwowane jedzenie z obwoźnych budek, tłumy ludzi handlujący wszystkim czym się da. Da się spotkać nawet słonia. I Ambalangoda to najlepsze miejsce na zakupy rzeczy codziennego użytku. Turystów tu prawie nie ma, stąd ceny są ukierunkowane na Lankijczyków i właśnie tu (lub w analogicznych miastach) trzeba kupić to, czego nie wzięliśmy ze sobą z Europy. Na przykład klapki za 2 złote (tak, 2 zł za klapki, które służyły mi przez dwa tygodnie). Koszulki, kapelusze, parasole – wszystko poza chemią jest tutaj nieporównywalnie tańsze i zamiast targać ze sobą walizy z Europy, lepiej wszystko kupić na miejscu. Poza sklepami, dworcami i szkołami, niewiele się dzieje.

Ok, ale zostawmy te industrialne klimaty, które tak bardzo przypominają stolicę Sri Lanki w miniaturce i przenieśmy się już na plażę. Ale stopniowo. Hikkaduwa, leżąca na zachodnim wybrzeżu Sri Lanki, to takie połączenie miasteczka mocno skupionego na typowo lankijskich cechach, opisanych powyżej, z ideałem backpackerów, turystów niskokosztowych oraz osób wybierających mniej popularne kierunki. Oczywiście tylko w teorii. Wiecie jak to jest z miejscami, które mają być mało popularne, a potem są opisywane w Lonely Planet czy Rough Guide. Nagle pojawiają się bogaci turyści z Niemiec czy Rosji, którzy chcą spróbować tego pseudoundergroundu. I z jednej strony masz wille dla prawdziwych wagabundów, gdzie nocleg kosztuje kilka dolarów, jest wspólna łazienka i prysznic, a już przecznicę dalej lepszej jakości hotel, z lepszej jakości restauracją, prywatnym wyjściem na (pewnie) lepszej jakości plażę, przeznaczony dla, w swoim mniemaniu, lepszej jakości ludzi. Tak, gardzę tym. Nie wiem, ile musiałbym mieć pieniędzy, żeby zamykać się takiej mentalnej klatce lepszości i pojechać do obcego kulturowo kraju, tylko po to, by spędzać czas w, niemal, własnym sosie.

I nie traktujcie tego opacznie – Hikkaduwa nadal ma świetny klimat, wspaniałą plażę z rafą koralową otwartą w całości dla turystów, w której to aż roi się od mniejszych i większych, multikolorowych ryb. Za 2-3 złote chodzący w pobliżu tubylce wypożyczą maskę do snorkelingu i hulaj dusza – podwodny świat stoi przed Wami otworem. Oczywiście pod warunkiem, że nie macie takiej wyporności jak ja :) Wtedy jest jeszcze przedniejsza zabawa – bierzecie ze sobą na plażę kawałek chleba i wchodzicie z nim do wody. Ryby dosłownie jedzą z Waszych rąk, ocierają się o nogi i ogólnie jest kupa zabawy. Na poziomie kilkuletniego dziecka, ale przecież im dłużej pielęgnujemy w sobie dziecko, tym dłużej żyjemy :) Bogaty turysta ma natomiast jeden plus – ściąga w pobliże atrakcje turystyczne. Biedny łazik z plecakiem, który liczy każdy grosz, nie wprowadza do lokalnego obiegu ekonomicznego znaczących zastrzyków finansowych, dzięki czemu te obiegi są nadal dziewicze i prezentują lokalną kulturę niemal nietkniętą petrodolarów czy Euro.

W pobliżu powstały zatem rozliczne sanktuaria dla żółwi, które szerzej przedstawiłem przy okazji innego wpisu. Muzea poświęcone tsunami, o których gdzieś tam też wcześniej pisałem. Wycieczki po lokalnym jeziorze. O! O tym nie było! Niecałe 20 km na północ od Sri Lanki jest płytkie jezioro z lasem namorzynowym oraz specyficznym ekosystemem, który występuje w miejscach, gdzie woda morska łączy się ze słodkowodną z jeziora. Oczywiście dojeżdżając do rozlewiska tego jeziora, od razu nadbiega kupa naganiaczy. „Chodź, chodź, zobaczysz, to nic nie kosztuje”, po czym wołają szefa całej inwestycji, który przynosi mocno sfatygowaną książeczkę i pokazuje po kolei co takiego napotkamy w czasie wycieczki. A będzie oczywiście wszystko – warany, małpy, krokodyle, lampart, mnóstwo rozmaitych ptaków, jaszczurki, może nawet słoń. Do tego przykładowa hodowla ryb razem z rybami ogryzającymi nogi (jakkolwiek to się nazywa), proces przetwarzania cynamonu, przepiękna świątynia buddyjska… Taaa… Wiecie jak to jest z reklamami wycieczek turystycznych? No to tutaj było tak samo :) Jedyny plus, że udało się utargować 50% ceny wyjściowej (2000 LKR do 1000 LKR i nasz kierowca tuk tuka pojechał gratis, czyli pewnie nawet niższa cena była opcją). Ale biorąc pod uwagę, że wycieczka trwa jakieś dwie godziny – a nasza trwała dłużej, za co sternik dostał opieprz od kierownika po powrocie – jest to uczciwa cena.

A przynajmniej byłaby uczciwa, gdyby wszystko z broszurki się sprawdziło. Ale akurat tak się złożyło, że wszystkie zwierzęta odpoczywały lub były na wakacjach. Z obiecanego zestawy dane nam było zobaczyć warana oraz kormorany. I to w zasadzie tyle. Słabo. A praktycznie wszystkie pozostałe atrakcje były dodatkowo płatne. I oczywiście 5zł za masaż stóp w wykonaniu rybek to grosze, w porównaniu z Polską, ale jednak gdzieś tak podświadomie dostałem przekaz, że wszystko jest w pakiecie. Muszę jednak przyznać jedno – wizyta na wyspie zamieszkanej przez jedną rodzinę, która – jak opowiadał przewodnik – w całości żyje z produkcji gadżetów z cynamonu, była warta w zasadzie każdych pieniędzy. Jak powstaje cynamon – przyprawa – wiedziałem mniej więcej, ale dopiero tutaj dowiedziałem się dokładnie co i jak, a jeżeli youtube pozwoli, już wkrótce wrzucę stosowny filmik.

Innym bardzo ciekawym miejscem jest Seenigama Muhudu Viharaya – świątynia tradycyjnej dla Sri Lanki mieszanki hinduizmu i buddyzmu, która mieści się na wyspie oddalonej jakieś sto metrów od brzegu morza. Cała jej cudowność polega na przetrwaniu olbrzymiej fali tsunami, mimo niekorzystnego położenia. Żeby dopłynąć do świątyni, trzeba oczywiście opłacić łódkę, a nie jest to tanie, chociaż jak zwykle można wynegocjować do 50% zniżki, nawet jeżeli jest to zniżka z 6 do 3 zł, negocjuje się na Sri Lance dla sportu. Wszędzie, gdzie nie ma ceny, można ją negocjować. Bazar, sklep z pamiątkami, usługi, łapówki. Wszędzie. Sama świątynia jest malutka, można sobie połamać lub pokaleczyć nogi wchodząc na nią, a przecież trzeba boso, bo… no bo trzeba. I tę świątynię także zobaczyć trzeba, mimo że jest bardzo malutka, nie ma gigantycznego posągu Buddy, Wisznu czy Ganesh, jednak sama lokalizacja decyduje o wyjątkowości.

A gdy już znudzi się Wam ten zgiełk podróżników, wybierzcie się jeszcze bardziej na południe. Zgodnie z zasadą – im dalej od głównego lotniska i wielkiego miasta, tym mniej turystów, w Tangalle nie znajdziecie zbyt wielu ludzi. Tak jak Hikkaduwa jest pełna Rosjan czy Czechów, narodów tradycyjnie mało podróżniczych, tak w Tangalle nie dość, że nie znajdziecie zbyt wielu podróżników, to w ogóle turystów jest tutaj jak na lekarstwo. W porównaniu z innymi, bardziej znanymi i stricte turystycznymi miastami, tutaj rzeczywiście jest się niemal atrakcją. To zupełnie inna Sri Lanka, niż w każdym miejscu, w którym byłem i… chyba najlepsza. Bo chociaż jesteś traktowany niczym atrakcja i niemal każdy uśmiecha się do ciepie – co dziwne całkiem bezinteresownie, to jednocześnie dość szybko jesteś w stanie się zaaklimatyzować.

Miasteczko wydaje się być stosunkowo niewielkie, bo jego architektura jest zupełnie inna niż pozostałych siedlisk Lankijczyków, w których byłem. Zamiast tworzyć olbrzymiego skupiska na malutkiej przestrzeni, Tangalle rozpościera się po olbrzymiej powierzchni, dochodząc niemal do skalistych klifów i, mocno przereklamowanego „Blowhole„. Część klifów tworzy bowiem wcięcie, w które wpada fala i rozbijając się o skały tworzy specyficzną fontannę morskiej wody. Chociaż najlepiej zjawisko obserwować w czasie pory deszczowej i porywistych wiatrów, będąc na Sri Lance mieliśmy odrobinę szczęścia. W tym rejonie fale zazwyczaj są olbrzymie, a podczas mojego pobytu były tak wysokie, że pobliskie szkoły surfingu nie oferowały zajęć, a do tego do Blowhole udało nam się dostać bardzo późnym wieczorem. Wieczorem zegarowym, bo przecież południe Sri Lanki leży niemal przy równiku, więc dzień trwa tam zazwyczaj od 6 do 18. My dotarliśmy nad klify w okolicach 21, po drodze mijając jadowitego węża i, dzięki znajomemu kierowcy tuk tuka, weszliśmy poza godzinami przyjęć. Jak było? Średnio. Ok, dla kraju, w którym o klify trudno, jest to jakaś atrakcja, natomiast turyści – z tego co widziałem po tripadvisorze – są raczej rozczarowani. Trudno bowiem być zachwyconym czymś tak przyziemnym.

Sporą atrakcją jest niedzielny targ. Tangalle, mimo niewielkich, jak na Sri Lankę, rozmiarów, jest jednak największym miastem w okolicy i, siłą rzeczy, centrum handlu. Targ, który znajdziecie na filmiku z youtube, jest o tyle istotny, że pozwala zapoznać się z całą jadalną florą Sri Lanki, stanowiącą podstawę lokalnej kuchni. O kuchni też już pisałem – dostaniecie tutaj wszystkie egzotyczne owoce, zarówno takie o których słyszeliście, jak i totalne nowości. A nawet te smaki znane z Europy dają się poznać w zupełnie innym świetle. Odwiedziny tutaj to pozycja absolutnie obowiązkowa, nawet jeżeli nie znajduje się w przewodnikach i nawet jeżeli byliście wcześniej na legendarnym Pettah Market w Colombo.

Ponadto jest to kwestia specyficznego klimatu, którego nie da się porównać z niczym innym, i który jest już tak trudny do napotkania w skomercjalizowanej Europie. U nas, nawet w halach targowych, handel odbywa się bez tradycyjnych negocjacji cen, z elektronicznymi wagami oraz metkami na każdym produkcie. Tutaj jest inaczej – o cenę musisz zapytać sprzedawcy, a następnie ją negocjować – niczym w krajach arabskich, jest to niemal w dobrym guście. Owoce i warzywa są ważone na starych wagach szalowych (takich jak na fotkach powyżej), za pomocą metalowych odważników, którymi dziewczynki bawiły się w sklep za czasów mojej młodości. Przechadzając się po takim targu chłoniesz obcą kulturę na każdy możliwy sposób i za pomocą każdego ze zmysłów – słuchasz zgiełku tubylców, widzisz nowe, nieznane owoce, które możesz dotknąć, powąchać, a nawet posmakować.

Pierwszego dnia dotarłem do Tangalle późnym wieczorem, niemal nocą, stąd dopiero rano ujrzałem plażę w pełnej okazałości. Miałem ten komfort, że wychodząc z pokoju na taras, miałem cudowny widok na błękitne niebo, żółty piach, od czasu do czasu przecinane zielenią palm. Miało to też swoje minusy – w nocy po suficie, który wykonany był z grubej folii, śmigały różne stworzenia, które nie tylko wywaliły kosz na śmierci leżący na tarasie, ale także wyjadły z niego wszystko, co nadawało się do zjedzenia. Do dnia dzisiejszego nie jestem pewien, co to było – bezdomne psy, małpy, których po okolicy włóczyło się mnóstwo, czy może wiewiórko-szczury, tradycyjne dla wyspy, jednak sama świadomość, że coś biega lub pełza po tym pseudodachu budziła przerażanie. Poranny widok natomiast rekompensował wszystkie nocne niedogodności, a szum morza przyjemnie uspokajał, do tego stopnia, że zamiast dwóch, na plaży w Tangalle spędziliśmy cztery noce.

Warto też było wstać wcześniej, by na plaży uświadczyć wschód słońca w kompletnej samotności. Jak okiem sięgnąć ani żywego ducha przez dwa kilometry, poza kilkoma psami oraz jednym rybakiem. Tylko krystalicznie czysty i drobniutki piasek, szum morza i olbrzymie fale, sięgające głęboko w ląd, przyjemny wiatr, dzięki któremu ranne spacery po wybrzeżu były czystą przyjemnością, chociaż już po kilku godzinach zamieniały się w udrękę. Wschód jest o tyle wspaniały, że plaża leży idealnie na południu wyspy, stąd, gdyby ktoś miał ochotę, może śledzić dokładną drogę słońca po horyzoncie. Oczywiście po takim seansie skończy z mocnymi oparzeniami, ale być może znajdzie się odważniak, który oceni czy było warto.

Plaże Hikkaduwy i plaże Tangalle to jak niebo i ziemia. Hikkaduwa jest raczej tłoczna, wąska, ze spokojnym spadem i ledwie odczuwalnymi falami. Tangalle to przy niej potwór – wysokie na metr, a nawet nieco więcej fale, uderzające o każdej porze dnia i nocy nie są do końca bezpieczne, zwłaszcza dla dzieci. W zależności także od miejsca, głębokość dość szybko osiąga niebezpieczny poziom. W niektórych miejscach nawet po zejściu kilku metrów w morze, osiągniemy głębokość dwóch metrów – jeszcze bardziej niebezpieczna kombinacja z częstymi i wysokimi falami. Zyskujemy za to spokój. W szczycie na plaży nie widziałem więcej niż dwadzieścia, może trzydzieści osób. Prawdziwa perła dla samotników, przypomnę bowiem, że na Sri Lance byłem w czasach szczytu turystycznego.

W pobliżu znajdują się także dwie warte uwagi świątynie, które (tak, zgadliście) opiszę przy innej okazji. W jednej znajdziemy przeogromny posąg Buddy oraz dziesiątki przykazań i wskazówek, za co w buddyzmie można trafić do piekła. Druga to typowa świątynia na skale, podobna do szeregu innych, mieszczących się na wyspie. Przygotujcie się na kilkaset schodów, czasem bardzo stromych, które trzeba pokonać boso. I na odganianie przewodników – do nas przyczepił się jakiś chłopak, który po zejściu chciał 1000 Rupii, tłumacząc że taka jest stawka. Oczywiście na początku nie wspomniał, a zazwyczaj gdy ktoś o tym nie wspomina, to ceną jest ‚co łaska’. A nie ma po co szafować pieniędzmi, tym bardziej jeżeli jakość usługi nas nie zadowala.

I to w zasadzie jest komplet atrakcji turystycznych Tangalle w promieniu kilkudziesięciu kilometrów – nieco dalej mieszczą się parki narodowe i krajobrazowe, do których Tangalle stanowi świetne miejsce wypadowe.

Powyżej pokazałem Wam trzy diametralnie różne miasta tego samego kraju. Wybór miejsca urlopu lub wycieczki pozostawiam Wam samym, oczywiście sugerując wizytę w każdym z nich. Są na tyle ciekawe, że warte uwagi i jednocześnie tak różne, że nie będziecie mieli wrażenia powtarzalności. Sam nie muszę chyba podkreślać, że najbardziej podobało mi się w Tangalle, gdyż cenię małomiasteczkowość, ciszę i spokój, jednak Sri Lanka ma atrakcje dla każdego, kto nie jest ortodoksyjnym miłośnikiem czystości i higieny ;)

Zostaw Komentarz