Miasta Sri Lanki – Colombo

Miasta Sri Lanki – Colombo

zamieszczone w: Azja, Sri Lanka | 0

Nie jest łatwo zawrzeć w jednym wpisie wszystkich wrażeń z nielicznych miast Sri Lanki, w których byłem. Na dobrą sprawę nie żałuję, że nie udałem się w nazbyt intensywną podróż szlakami miejskimi. Chociaż Sri Lanka wydaje się być krajem dość homogenicznym, to w rzeczywistości różnice kulturowe dają się zauważyć gołym okiem, a ich podstawą jest oczywiście dziedzictwo historyczne. Nie byłem na północy, która jeszcze stosunkowo niedawno była we władaniu Tamilskich Tygrysów, a wcześniej znajdowała się pod dużo szerszymi wpływami hinduskimi oraz muzułmańskimi. Nie było mi zatem dane zwiedzić kolorowej Dżaffny. Z kolei przez mieszczące się na południu, oparte o dawny fort, Galle tylko przejeżdżałem. I tak samo nie byłem w ważnych historyczne Dambulli, Anuradhapurze czy Batticaloa na wschodzie. I raz jeszcze – nie żałuję, bo natłok – tak kulturowy, jak i masy ludzkiej – był dla mnie wystarczający w bieżących miastach.

Plany oczywiście, jak zawsze, były wielkie! Zobaczyć wszystko! Okazało się jednak, że o ile komunikacja międzymiejska na Sri Lance jest tania i jeździ zaskakująco często, tak z szybkością czy komfortem ma już niewiele wspólnego. Tak, przy 35-stopniowych upałach, dla białego człowieka z nadwagą jest to problem. A pierwszy nocleg mieliśmy w Kolombo. A właściwie w Dehiwali, stanowiącej teoretycznie osobny administracyjny twór podmiejski. I nie jestem w stanie tutaj wyjaśnić, jak to działa, bo nigdy nie rozumiałem takich stworków administracyjnych, tym bardziej że cały zachód Sri Lanki, to właściwie jedno miasto. Główna droga na zachodzie wiedzie od Colombo wzdłuż wybrzeża, aż do Galle i cały czas napotkamy po drodze domu. To dziwi w kontekście Europy, gdzie bywają naprawdę olbrzymie połacie terenów rolniczych. Pamiętam na Ukrainie byłem w szoku, gdy staliśmy nad ranem na autostradzie i jak okiem sięgnąć, po horyzont było widać tylko psa z kulawą nogą. I nie jest to przenośnia.

A dlaczego osadnictwo ma taką formę na Sri Lance? Wydaje mi się, że odpowiedź jest prozaiczna – karczowanie drogi kosztuje. Coś takiego jak drogi boczne czy dojazdowe, poza większymi miastami, po prostu nie istnieją. Z moich obserwacji wynika, że miasteczka to zazwyczaj skupiska podług głównej drogi, zaś jakieś gdzieś tam chaty w dżungli, do których trzeba dojść po klepisku, to już domena biedoty i raczej coś pokroju szałasów (z zachowaniem oczywiście proporcji, określmy to XXI-wiecznymi szałasami). Jasne jest że najpierw były miasta, a potem drogi, ale śmiem twierdzić, że te wszystkie domy na trasie Kolombo – Galle (która ciągnie się przez jakieś 100 km i nazywa się… Galle Road :)) powstały w czasie dość niedawnym. Tym bardziej że przecież kilkanaście lat temu w wyspę uderzyło tsunami.

No właśnie – tsunami przy szerszym opisie Sri Lanki pominąć nie można, bo spośród krajów poszkodowanych przez żywioł, właśnie ta wyspa była na – mało zaszczytnym – drugim miejscu z ponad 30 tysiącami ofiar. Jakkolwiek to brutalnie zabrzmi, w tym kontekście trzeba przytoczyć słowa Józefa Stalina i powiedzieć, że gdy ginie jedna osoba – to tragedia; kiedy ginie 30 tysięcy – to już tylko statystyka. I właśnie z punktu widzenia gospodarki Sri Lanki, ta liczba to tylko kolumna w statystyce, bo straty poczynione przez tsunami w infrastrukturze biednego kraju, były nieporównywalnie większe niż strata promila ludności. Demograficznie niemal błąd statystyczny. Zniszczenia dokonane przez tsunami nadal w wielu miejscach widać, nie tylko w postaci cmentarzy czy pojedynczych krzyży nad oceanem, ale przede wszystkim jako opuszczone i zrujnowane domy, połamane palmy, olbrzymie kamienie, które nie miały racji bytu, by znaleźć się w tym miejscu. Nie wygląda to jakoś bardzo przerażająco, ale osoby wrażliwsze (jak widać po powyższym, ja do superwrażliwych jeżeli chodzi o klęski żywiołowe nie należę ;)) mogą poczuć lekką trzęsawkę brody ;).

Ach tak! Powstało też mnóstwo muzeów poświęconych tsunami, chociaż słowo muzeum winno być w sporym cudzysłowie. Byłem w jednym, ale z tego co widziałem na tripadvisorze, wszystkie wyglądają tak samo – masa odbitek zdjęć z katastrofy i trochę materiałów szkoleniowych za pieniądze z dotacji charytatywnych pokazujących w jaki sposób powstaje tsunami, jak rozchodzą się fale (Captain Obvious i podstawowa wiedza z pierwszej klasy fizyki, ale nieważne). Tylko pytanie – po co to komu? Czy w kraju, gdzie panuje analfabetyzm i bieda naprawdę istotne jest w jaki sposób powstał żywioł, który zabił jeden promil społeczeństwa dwanaście lat temu? Naprawdę? I że niby co ma dać ta świadomość? Dla mnie to wałek przypominający sprzedaż ubezpieczeń od wulkanów, bo firma szwagra właśnie produkuje materiały edukacyjne dotyczące tsunami. Oh, oczywiście wulkanów, nie Vulkanów, przed Vulkanami warto się ubezpieczyć ;).

Ok, bo klasycznie odjechałem z tematem. Najpierw kilka słów o przedmieściach Kolombo, bo różnią się diametralnie od samego miasta. Tak jak napisałem powyżej, nie do końca wiem jakie są uwarunkowania administracyjne tego tworu, za to jeżeli chodzi o ludzi… Przedmieścia Colombo wyglądają jak średniej wielkości polskie miasto. Całość przyrównałbym może trochę do GOPu, chociaż wszystko jest bardziej zagęszczone. Dehiwala-Mount Lavinia, bo tak brzmi pełna nazwa okręgu, jest zamieszkana przez przeszło dwieście tysięcy ludzi i jest to rejon, hmmm… willowy? :) Z braku lepszego słowa, muszę użyć właśnie tego. Oczywiście nie są to nowobogackie wille, znane w wielu miejscach Europy, gdzie pod miastami dość często zdarzają się skupiska yuppies, dojeżdżających codziennie godzinę do pracy i spędzających w niej więcej czasu niż we własnych domach postawionych na kredyt. Tutaj większość domów jest już dość stara i, jeżeli być brutalnie szczerym, sprawiają wrażenie, jakby nigdy nie były luksusowe.

Tutaj miał też miejsce pierwszy szok żywieniowo-sanitarny, o którym pisałem już we wcześniejszych wpisach. Placuszki roti odkładane brudnymi rękami na brudne szklane półki, po których cyklicznie śmigają mrówki, a następnie wkładane do brudnych reklamówek. Innego wyjścia po prostu nie było. W promieniu dwóch kilometrów nie było ani jednej… hmmm… restauracji? Ja nie mam problemów ze street foodem, zatem od razu rzuciłem się na głęboką wodę, profilaktycznie biorąc podwójną porcję ostrego sosu/curry. Dziewczyny, które były ze mną… Jakby to powiedzieć – jadły chyba tylko dlatego, że nie widziały w jakich warunkach przetrzymywana była żywność, ani z czego składały się posiłki. I żyją :) Można? Można.

Z ciekawszych spostrzeżeń? W pobliżu było zoo, podobno jedno z większych w Azji, ale że mieliśmy niewiele ponad dwie godziny na zwiedzanie, nie zdecydowaliśmy się wydać 2000 rupii na bilet (ok. 50 zł). Tym bardziej zdenerwowani faktem, że tubylcy płacili 10% z tego. A poza tym, jako że to przedmieścia, stopień w którym byliśmy gwiazdami ulicy, był niemal nie do ogarnięcia. Nie wiem ile macie lat, ale u mnie na podwórku za dzieciaka kiedy po ulicy szedł murzyn, bez krępacji pokazywało się do palcem, wołało kolegów, bo każdy chciał zobaczyć murzyna. I ja właśnie byłem takim białym murzynem. Wszyscy się oglądali, wszyscy się witali, machali, dzieci pokazywały palcami. A jaką atrakcję stanowił aparat fotograficzny! I mając takich obserwatorów, łatwo się zamyślić, zapomnieć, a to może być diabelsko niebezpieczne.

Po pierwsze – chodniki. Jakie chodniki? Chodniki niby są, ale tak naprawdę – tu dziura, tam dziurka, tutaj brak całej płyty, przy braku uwagi kończący się lądowaniem w metrowym dole w kanale. Może to jest właśnie powód, dla którego nazywamy ich trzecim krajem? Nie wiem, ale stan chodników jest dramatyczny i im dalej od większych miast tym gorzej. Zawsze, zawsze, ZAWSZE patrzcie pod nogi. Jakiekolwiek barierki czy oznaczenia pozostają oczywiście w gestii marzeń :) A jeżeli już idziemy poboczem, to też nie trzeba się nastawiać na ulgowe traktowanie. Jeżeli ktoś nie jest pewny siebie, lub nie potrafi zdobywać terenu metodą małych kroczków, czasem może w ogóle nie mieć możliwości przejścia na drugą stronę jezdni, bo przejście dla pieszych jest marzeniem ściętej głowy. Mały uśmieszek budzi nawet asortyment sklepowy, bo supermarket przypomina raczej dawny wiejski GS. Ale gdybym ocenił całe Colombo li tylko przez pryzmat Dehiwali, miałbym fałszywy obraz stolicy.

Bo samo Kolombo jest diametralnie inne niż obrzeża. Jest ogromne, dość nowoczesne, cały czas żyje i się rozwija. Ale jednocześnie są tam olbrzymie kontrasty i trzeba przyzwyczaić się do sytuacji, które dla nas mogą się wydawać pochodną biedy, jednak po kilkunastu dniach obserwacji, wydają mi się być kwestią różnic kulturalnych. Na przykład uliczne jedzenie z totalnie obskurnych budek, w, jak mogłoby się wydawać, ekskluzywnej części miasta. Tutaj nowy wieżowiec, tam nowy wieżowiec, obok buduje się kolejny, a po drugiej stronie ulicy – zestaw mniejszych i większych knajpek, wózków, małych sklepików, które sprawiają wrażenie jakby nigdy nie miały kontaktu ze środkami czystości. Tą ekskluzywną część miasta zresztą też trudno wyodrębnić, bo wszystko jest zrobione bez jakiegokolwiek większego pomyślunku. Tak jakby w każde wolne miejsce starano się upchać wieżowiec. Zresztą ma to odwzorowanie w statystykach – gdyby wziąć pod uwagę dziesięć najgęściej zaludnionych miast na świecie powyżej pół miliona, Colombo aspirowało by do pierwszej dziesiątki, a po wykluczeniu miast z Indii, pewnie nawet załapałoby się do top3.

Jest gęsto, wszystko jest wszędzie, a w dodatku ciągle gdzieś się coś buduje. Głównie wielka płyta i rozmaite wieżowce, co nie dziwi – miejsca mało, ludzi dużo. Budowy oczywiście pracują przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, pewnie przez komplet dni w tygodniu. BHP? Nie rozśmieszajcie mnie. Naprawdę myślicie, że w kraju, w którym siła robocza jest tańsza niż materiały, a higiena żywienia niemal nie istnieje, będziecie mieli do czynienia z BHP? Nie ma czegoś takiego. Stroje robocze? Kilka osób miało kamizelki odblaskowe. I tutaj kolejna dygresja, która pewnie strasznie zaboli rozmaitych lewaków, bo na kilometr będzie śmierdziała Korwinem, ale… tak buduje się bogaty kraj. Chiny czy Stany Zjednoczone nie zbudowały potęgi na przestrzeganiu kodeksu pracy, na ośmio-godzinnym dniu pracy czy pięćdziesięciu wolnych dniach roboczych każdego roku. Potęgę gospodarczą, od której potem można odcinać kupony, buduje się potem, cierpieniem i łzami. Rzekłem.

O świątyniach i religii będzie zupełnie osobny wpis, stąd musicie się na razie zadowolić zdjęciami, a ja sobie płynnie przejdę do starego miasta, które zazwyczaj jest wizytówką każdej metropolii i każdego miejsca z historią sięgająca dłużej niż kilkadziesiąt lat. I w sumie jeżeli kiedyś byłeś w jakimkolwiek mieście kolonialnym, to możesz śmiało powiedzieć że byłeś we wszystkich. Owszem, różnice są, natomiast ogólny koncept, charakter, zarys, wydaje się niemal jednakowy. Nic dziwnego, wszak kluczowe miejsca kolonii były takie same – port oraz ewentualne doki, fort obronny, magazyny i plac handlowy. I właśnie tak wygląda stare miasto Kolombo – dawna główna ulica nadal nazywa się Main Street i nadal pełni rolę centrum handlu. Dużo ludzi? To mało powiedziane – nie pamiętam gdzie ostatnio widziałem takie tłumy – chyba w Bangkoku, lub w niedzielę na Montmartre w Paryżu. Człowiek na człowieku – istny raj dla kieszonkowców czy terrorystów. Zresztą nie tak dawno miały na Sri Lance miejsce krwawe zamachy Tamilskich Tygrysów. Łącząc te tłumy ze wspominanymi wcześniej krzywymi i dziurawymi chodnikami oraz drogami oraz kuszącymi straganami i sklepami, a także wiecznie zaczepiającymi naganiaczami – trzeba uważać.

Co można kupić? Wszystko. Od żywności, przez media po ciuchy i pamiątki. Wszystkie firmy świata, rozmaite modele. Czy oryginalne? Nie. Czy jakościowo dobre. Ciężko powiedzieć – Hugo Boss, na przykład, ma szwalnię na Sri Lance, stąd nie jest niemożliwe by część towaru była wywożona na lewo. I chociaż może się wydawać, że wszędzie jest to samo – to nieprawda. Można znaleźć prawdziwe perełki, ale trzeba poświęcić dużo czasu na szukanie na Pettah Market – największym, starym targowisku w mieście, czynnym głównie w weekendy. Jest ono połączone w Main Street i sam nie wiem jak wielką ma powierzchnię, bo wątpię bym przeszedł połowę. I jeżeli chcesz zobaczyć absolutnie wszystko, co jest dostępne na Sri Lance, podczas wizyty w jednym miejscu – to jest właśnie najlepsze miejsce.

Są wielkie galerie handlowe, zapełnione zarówno sklepami z towarami oryginalnymi, jak i podróbkami. Galerie w pełni klimatyzowane, co potrafi być wytchnieniem w upalne dni. Są europejskie sieciówki żywnościowe – głównie te obecne wszędzie – Burger King, McDonalds, Pizza Hut. Supermarketów nie brakuje, a nawet jeżeli są daleko, to przejazd tuktukiem jest naprawdę tani, a w stolicy wszyscy kierowcy mają licznik i są zobowiązani go używać, stąd nie ma ryzyka, że ktoś was oszuka. A jeździ się dość przyjemnie, bo akurat na drogach nie oszczędzano – tutaj nie ma ograniczania ruchu w trosce o rowerzystów czy innych takich bzdur. Pięć pasów – i tak często zakorkowanych – bo ktoś rozumie, że drogi są od jeżdżenia. I, co ciekawe, większość dróg jest jednokierunkowa, nawet tych pięciopasmówek. To dość śmieszne, widzieć tak szerokie ulice, działające na takiej zasadzie, jak niektóre nasze osiedlówki.

Ogólnie jednak, Kolombo nieco rozczarowuje – szczególnie mnie, jako miłośnika porządku. Wszechobecny chaos, na ulicach, chodnikach, wśród kierowców, nieznośny smród z gnijących śmieci, a przede wszystkim brak – lub bardzo mizerne – oznakowania dla turystów. To najbardziej boli – lecąc na Sri Lankę koniecznie zaopatrz się w wydruk googlemaps lub – lepiej – ściągnij mapę Sri Lanki offline albo po prostu kup lokalną kartę SIM. Zasięg jest zaskakująco dobry, a za 10GB i kilkaset rupii na SMSy i rozmowy, wydałem niecałe 10€. I z tych 10GB połowę zabrałem z powrotem do Polski. A w sytuacjach kryzysowych, GPS i googlemaps ratuję dupę. I z tą wulgarną radą Was zostawiam :)

Zostaw Komentarz