Mdina – Ciche miasto

Mdina – Ciche miasto

zamieszczone w: Europa, Malta | 0

Są na świecie miejsca, z których fotki zawsze wyglądają tak samo. Nie, nie mam na myśli tego, że fotografowany jest zawsze ten sam obiekt. To akurat norma, że w Paryżu do zdjęć wybiera się Wieżę Eiffla, w Londynie Big Bena, a w Barcelonie Sagrada Familia. Z Mdiną jest zupełnie inaczej, bo fotki stąd wyglądają tak samo z dwóch powodów. Raz, że jest to malusieńkie miasteczko, stąd ilość potencjalnych punktów do robienia zdjęć jest mocno ograniczona. Dwa – Malta potrafi fotograficznie być bardzo monotematyczna. I niekoniecznie jest to wadą czy zarzutem.

Tak jak cała Malta, tak samo Mdina wprost tryska historią. Owszem, na wyspie są miasta ewidentnie nowoczesne i turystyczne, chociaż i w nich można znaleźć elementy sprzed wielu, wielu lat. Mdina natomiast wydaje się być prawdziwą podróżą w czasie. Podróżą, którą Maltańczycy zdają się umiejętnie podsycać stosownymi zakazami i nakazami. Czyli, jak się okazuje, są też dobre obostrzenia :). Charakter Mdiny zachował się do tego stopnia, że w pierwszym sezonie ‚Gry o Tron’, miasto pełniło funkcję King’s Landing. Oczywiście efekty komputerowe mocno przesłaniają rzeczywisty obraz dawnej stolicy Malty, ale kto raz był w tym mieście, bez problemu rozpozna kluczowe budynki, których przecież nie jest tak wiele. Potem, nie wiem czy nie ze względu na uciążliwość dla mieszkańców, filmowanie przeniesiono do Dubrovnika.

Kiedy piszę ten tekst, ukończono już chyba renowację i restaurację murów obronnych Mdiny, która trwała od niepamiętnych czasów. Ale był to jedyny dowód na to, że miasto żyje i cokolwiek w nim się dzieje. Bo pierwszy raz byłem w Mdinie w 2007 i za każdym razem, kiedy tam wracam, czuję się jak w domu. I doprawdy nie rozumiem jak pomieszane trzeba mieć wyczucie kierunku, orientację w terenie oraz zdrowy rozsądek, aby zgubić się w uliczkach Mdiny. Jasne, to brzmi bardzo poetycko i magicznie, ale rzeczywistość jest taka, że przejście z jednego krańca miasta na drugi trwa jakieś dziesięć minut. Bo przecież, chociaż zgodnie z nazewnictwem to miasto, rozmiarami przypomina raczej średnią wieś, oscylując wokół spartańskich trzystu mieszkańców. A ograniczenie murami obronnymi uniemożliwia dalszą rozbudowę, co oczywiście jest jak najbardziej pozytywne dla turystyki.

A jak bardzo mieszkańcy Mdiny korzystają z tej turystyki? No raczej nie bardzo. Niewątpliwie profitem jest cisza. Miasto jest kompletnie odcięte od świata, wewnątrz obowiązuje całkowity zakaz wjazdu dla osób nie będących rezydentami, od czasu do czasu przejedzie tylko dorożka, a ludzie są proszeni o zachowanie ciszy. Z drugiej strony, jest to chyba jedyne miasto na Malcie, gdzie nie tylko nie ma pastizzerii na każdym rogu, ale nie ma jej w ogóle! Trzy czy cztery restauracje, dość drogie ale nie do przesady, ot nieco ponad maltańskim standardem. I sklepiki z pamiątkami. Większość z nich to chińskie badziewie udające przedmioty średniowieczne, dostępne także we Włoszech czy Hiszpanii. Jakieś pistolety, muszkiety, miecze, szable, figurki rycerzy czy delfinów. Kompletnie nie warte uwagi. Natomiast jest jedna rzecz, z której Mdina słynie i stanowi jedną z lepszych pamiątek z Malty. Sklepu nie sposób przegapić, bowiem znajduje się w zasadzie zaraz przy bramie wjazdowej do miasta.

O szkle z Mdiny można pewnie napisać książkę. A gdzieś tam z tyłu głowy chodzi mi chęć nakręcenia filmu z Ta’Qali, skoro już mam goPro xiaoMi, tradycyjnie bowiem postaram się polecieć na Maltę w przyszłym roku. Oczywiście są szkła ładniejsze i brzydsze, bardziej i mniej kolorowe, użyteczne i dekoracyjne, a przede wszystkim tańsze i droższe. Czy ceny są wysokie, nie potrafię ocenić, bo nie wiem ile zwyczajowo kosztuje taka artystyczna zastawa stołowa. Trzeba jednak zaznaczyć, że wszystkie elementy są bajecznie kolorowe i nie każdemu przypadną do gustu. Za niespełna dziesięć Euro dostaniesz już jednak drobny upominek w postaci świecznika czy zwierzątka, który będzie najlepszą możliwą pamiątką z Malty i niepowtarzalnym elementem związanym z tą wyspą.

Skoro miasto nie było zmieniane architektonicznie od końca XVII w., a i wówczas było tylko zrekonstruowane po trzęsieniu ziemi, stanowi fantastyczny przykład średniowiecznej zabudowy, która jest już tak rzadka na Starym KOntynencie. Przerzedzona wojnami i wiecznym ‚unowocześnianiem starego’ Europa, nie posiada już zbyt wielu podobnych miejsc, do tego tak fantastycznie zachowanych. W ogóle wiecie dlaczego uliczki w Mdinie są takie wąskie? Ma to dwie funkcje – Malta to oczywiście już bardziej klimat podzwrotnikowy niż śródziemnomorski i latem zdarzają się tu prawdziwe upały. Wąskie uliczki piętrowych domów dają tak bardzo pożądany cień. Drugie zastosowanie to, oczywiście, funkcja obronna. Znacznie łatwiej jest bronić się, w przypadku przebicia się wroga przez bramę, przed najazdem znacznie liczniejszych się w takich wąziutkich uliczkach niż na szerokim placu.

Mdina jest oczywiście nierozerwalnie związana z religią katolicką. Katedra św. Pawła (św. Paweł zresztą podobno osiedlił się w Mdinie po tym, gdy jego statek rozbił się u wybrzeży Malty, a w miejscu wybudowania katedry ochrzcił ówczesnego namiestnika Malty Publiusza, wcześniej go uzdrawiając) z płatnym wejściem oraz sąsiadującym muzeum katedralnym, poświęconym głównie chrześcijaństwu jest prześliczna. Niestety, wewnątrz obowiązuje zakaz wykonywania zdjęć. Zaraz obok znajdziesz także, zamknięty dla turystów, pałac arcybiskupi. Poza tym są dwie kaplice – św. Mikołaja i św. Agaty oraz kościół św. Rocha i opactwo Karmelitów. Niestety zazwyczaj zamknięte i dostępne tylko przez kratę. Niedostępny jest także zakon benedyktyński. Pozostałe płatne atrakcje są tradycyjną hucpą dla turystów i kompletnie nie warte złamanego eurocenta.

Nazwa Mdina pochodzi od arabskiego słowa al-Medinah, czyli po prostu miasto. O oczywistych powiązaniach Malty ze światem arabskim jeszcze będzie. Zatem co znajduje się dookoła miasta? A jeżeli miasto ma tylko jedno wyjście przez bramę, to co znajduje się sensu stricte przed miastem? Przedmieścia. Skoro zatem idziemy arabskim tropem – Rabat. Miasteczko Rabat jest oddzielone od Mdiny przepięknymi ogrodami Howarda. Rabat jest też najlepszym miejscem do zaparkowania samochodu – nie daj się zwieść rozmaitym blogerom piszącym, że do Mdiny samochodem nie ma co jechać, bo nie ma gdzie zaparkować. Owszem, nie ma, ale Rabat jest w zasadzie po drugiej stronie fosy, a miejsca tam dostatek.

Historycznie najistotniejszym miejscem w Rabacie są katakumby św. Pawła. Nazwa powinna wystarczyć jako wyjaśnienie, co to za miejsce. Jest to pierwszy dowód chrześcijaństwa na Malcie, natomiast ich rzeczywista wartości wizualno-rozrywkowa… Cóż, pewnie trzeba być fanem tego tematu by te katakumby docenić. Chodzisz bowiem przez kilkanaście minut po labiryncie niemal identycznych jaskiń, a bilet kosztuje 5 €uro. Za to spacer z Mdiny do katakumb jest wyśmienitym sposobem na poznanie miasta. I w zasadzie obowiązkiem, bo Rabat jest bardzo klasycznym maltańskim miasteczkiem.

Z wszystkimi cudownymi domkami, kolorowymi balkonami i licznymi roślinami. I, w przeciwieństwie do wschodniej części wyspy, miasteczkiem bardzo tradycyjnym i cichym. Bez problemu znajdziesz tu już typowe dla Malty cukiernie z ciastkami migdałowymi, cannoli czy zeppoli. No i oczywiście pastizzerie, niestety dość małe, stąd czasem wybór asortymentu jest niewielki i musimy zadowolić się tym, co jeszcze pozostało. Zaraz koło kościoła św. Pawła jest też rodzinna piekarnia z przepysznym pieczywem, chociaż także trzeba trafić na świeże wyroby, gdyż nie jest czynna 24 godziny na dobę. A nawet nie 10 godzin.

Rabat to wyborne miejsce do przechadzek, jako przeciwwaga Mdiny. Jako kontrast między dawnym miastem a przedmieściami. Kontrast, który pomimo upływu czasu jest wciąż bardzo dobrze zarysowany i stanowi wspaniałą lekcję historii Malty, doskonale uzupełniając Vallettę, Trzy Miasta i Marsakloxx.

I teraz na podsumowanie napiszę coś, co pewnie zabrzmi dziwnie. Mdina jest dużo piękniejsza z daleka niż z bliska. Kiedy jedzie się do niej jedyną, zazwyczaj pustą, drogą przez maltańskie winnice i pola innych roślinek, mieszcząca się na wzniesieniu Mdina zdaje się być wisienką na torcie. Czuć taką podróż w czasie, niczym pielgrzym zmierzający do świętego miejsca. Nigdzie na horyzoncie nie widać kominów ani linii elektrycznych (no, prawie :)). Jest po prostu baśniowa. Wewnątrz zaś… trochę tej magii mija. Wąskie uliczki jakkolwiek urokliwe są jednak monotonne i ograniczają widok. Podobnie jak w jedną całość wydają się zlewać budynki z piaskowca. Pozostaje zatem pewien niedosyt, niedosyt budowany przez wygląd i majestat Mdiny widziany z dala. Chociaż nadal jest to drugie, po Valletcie, najważniejsze miejsce stworzone przez nowożytną cywilizację.

Zostaw Komentarz