Mccheta –  Kolebka chrześcijaństwa w Gruzji

Mccheta – Kolebka chrześcijaństwa w Gruzji

zamieszczone w: Azja, Gruzja | 0

Gdy we wszystkich przewodnikach i na stronach agencji turystycznych czytałem, że Mccheta (Mtskheta, na dalsze potrzeby wpisu będziemy używać polskiej nazwy) to jednodniowa wycieczka, spodziewałem się wielkiego miasta pełnego zabytków i kościołów. Mapka w ‚Lonely planet’ zdała się to potwierdzać, a mózg podświadomie – lub zupełnie świadomie – zdał się przeoczyć tak istotny element tej układanki jak skala. Stąd chociaż przeznaczone na wizytę dwie godziny wydawało się minimum, spokojne wystarczyło by zobaczyć wszystko co było do zobaczenia. Nawet dwa razy – zaraz wyjaśnię dlaczego. Mccheta rzeczywiście jest przesiąknięta historią, ale jednocześnie jest malutka.

Tytułem wstępu, wieczorem dnia poprzedzającego wyjazd do Mcchety przybyliśmy do Tbilisi. Późnym wieczorem, pociągiem z Batumi i tu zaczęły się jaja. Bo dojazd do naszego hotelu (co jest tak bardzo na wyrost, jak tylko może być) nie był usłany różami, a komfort podróży w pociągu był znacznie większy od pobytu w hotelu, prowadzonym przez Pakistańczyków. Historię wspominamy pozytywnie, stąd relacja się odbędzie żeby oszczędzić wam ewentualnych nieprzyjemności w podobnym miejscu. A był to hotel, wg booking.com z trzema gwiazdkami. Ja, jako że należę do klientów awanturujących się, wystawiłem mu stosowną ocenę, chociaż widziałem wśród innych oceniających Polaków dających noty w pobliżu maxa. Cóż, widocznie osoby jeżdżące do Tbilisi mają niskie wymagania, ale po kolei.

Pierwszy taksówkarz, który zaczepił nas po wyjściu z pociągu rzucił za dojazd 30 Lari. Niby niedużo, ale my zęby zjedliśmy na turystyce – nigdy nie korzysta się z taksówkarza, który a) sam się pcha żeby nas podrzucić b) czatuje pod dworcem. Dla takiego człowieka jesteśmy po prostu jak młoda licealistka po całonocnej libacji – łatwym łupem. Stąd usłyszał od nas ‚no thank you’ i po odejściu dosłownie 10 metrów dalej podszedł do nas inny taksówkarz, który wcześniej widział że spławiamy poprzedniego. My już ustaliliśmy, że jak zażyczy sobie połowę, to nie odmówimy, głównie dlatego że nie znaliśmy cen panujących w stolicy Gruzji, gdzie gaz jest tańszy od wody mineralnej. Pyta dokąd – pokazujemy nazwę ulicy – rzuca kwotę 10 Lari. Jak gorący nóż w masełko :) Tylko po dojechaniu do ulicy z adresu okazało się, że żadnego hotelu tam nie ma. Co więcej – nie ma w ogóle takiego numeru domu! Taryfiarz wziął komórkę, najpierw zadzwonił – chyba – do kolegi, pokłócił się, po czym pyta nas czy mamy telefon do hotelu. Na szczęście tyle rosyjskiego znamy, że zrozumieliśmy. A może była to po prostu międzyludzka podświadomość, że jak człowiek X ma problem, to człowiek Y żyjący tysiąc kilometrów dalej ma podobne rozwiązanie? Okazało się, że nasz ‚hotel’ jest w jakiejś bocznej, ciemnej uliczce, do której trzeba jechać za stacją benzynową nieoświetlonym zjazdem…

Złotówa dostał 15 Lari za fatygę i pomoc – my nie zbiednieliśmy, a facet autentycznie się starał. Gospodarz przybytku wyszedł przed ‚hotel’ i powitał nas angielskim słyszanym głównie na helpdeskach anglojęzycznych firm. Niepoprawna politycznie wersja brzmi ‚ciapaty’, poprawna – osoba z Indii lub okolic, jak się później okazało – Pakistanu. I już na wejściu pierwszy szok – pokazując budę przy wejściu mówi – tu jest WC. Popatrzyliśmy tylko po sobie i oczy każdego mówiły ‚chyba sobie, kurwa, jaja robisz’. Całe szczęście jeszcze jeden kibel i prysznic były w środku, chociaż minusem było, że z prysznica woda leciała w dwóch miejscach poza samą słuchawką. Pokoje były jeszcze większym żartem. Właściciel mówi, że nasz pokój – mieliśmy klepnięty 3-osobowy – jest ‚przez przypadek’ zajęty, więc da nam dwa zastępcze. Możecie je zobaczyć powyżej – musiałem uwiecznić najgorsze warunki, w jakich przyszło mi spać. Klima? Hahaha… jasne ;) W końcu 31 stopni w pokoju, którego naturalnie nie można zamknąć bo zamek nie działa, to taki urok stolicy Gruzji. Rano nie było lepiej, bo jedna łazienka na cały hotel ludzi to mało śmieszny żart, a śniadanie w postaci jajka, chleba, pomidorów i ogórka to nie gruziński standard. Ach i konfitur, które specjalnie dla tego hotelu tworzone są na południu Gruzji, a które widzieliśmy w każdym sklepie :)

Oczywiście właściciel uniósł się honorem, co zapowiedział już poprzedniego wieczora, że zapłacimy mu tyle, ile uznamy za stosowne, cały czas dodając irytujące ‚no problem, my friend, is not about monies’. Aż chciało się odburknąć klasycznym ‚you are not my friend, bro!’, choć bałem się kontry w postaci ‚you are not my bro, dude!. Całe szczęście, że zaraz pojawił się nasz kierowca, z którym związaliśmy bliską przyszłość. W tym miejscu mały product placement, ale w pełni zasłużony i dobrowolny z mojej strony – polecam wynajęcie auta w BPRC. Prosiliśmy o kierowcę anglojęzycznego, którym miał być Kaha, właściciel całego przedsięwzięcia. Okazało się jednak, że Kaha, którego angielski był rzeczywiście wyśmienity, nie może z nami jechać i pojedzie z nami jego brat, David, który angielski zna słabiej. Jak się okazało, ‚słabiej’ oznacza ‚Yes, No, Thank you’. I było to błogosławieństwiem, bo pozwoliło się dużo lepiej wczuć w gruziński klimat. Tak jak po Karon Beach najlepiej mi się chodziło z Nidsy, a po Tbilisi z Gio. Bo nejtiw to nejtiw i co się przepłaci za przewodnictwo wraca we wrażeniach i negocjacji cen.

Tak oto wsiedliśmy w Hondę z japońską nawigacją i kierownicą po prawej stronie i ruszyliśmy w świat. A zanim dobrze się rozgościliśmy, byliśmy już na miejscu, czyli w klasztorze Jvari. Jak zwykle umieszczony w fantastycznej lokacji – Gruzini wybierali prawdziwe perły, jeżeli chodzi o budowanie swoich świątyń – na szczycie wzgórza górującego nad Mcchetą, monastyr Jvari (tak w wolnym tłumaczeniu monastyr Krzyża), powstały pod koniec VI w. jest protoplastą wszystkich podobnych budowli na terenie Gruzji. Oczywiście tuż przy wejściu można kupić wszystkie typowo gruzińskie suweniry, co jest pomysłem chybionym – na temat pamiątek nagram filmik jeżeli kiedyś zbiorę się w sobie, a z dykcji wyeliminuję ciągłe ‚nooo’,’yyyy’ i ‚kulwa’ ;) Trzeba się też opędzić od żebraków – to akurat ma miejsce prawie wszędzie na świecie.

Legenda za lokację klasztoru to żadna magia. W przeciwieństwie do bohaterskich lwów, wielkich orłów czy objawień. Ot, święta Nino chodziła sobie po Kaukazie i na wzgórzu pomodliła się, a na pamiątkę kazała wznieść krzyż w miejsce dawnej pogańskiej świątyni. Oczywiście pogańska z punktu widzenia obecnych chrześcijan, bo do końca nie rozumiem dlaczego religię rzymską czy grecką odróżnia się od staropolskiej wiary w Trygława czy dajmy na to bóstw hetyckich. A obecnie politeistyczny hinduizm także traktujemy jako religię. w 545 r.n.e. wzniesiony pierwszy kościół – tzw. mały kościół Jvari, obecnie zniszczony, a kilkadziesiąt lat później rozpoczęto budowę obecnego budynku, ukończoną w 605 r. Monastyr przetrwał w zaskakująco dobrym stanie wszystkie najazdy oraz okupację rosyjską.

Czego nie zrobił człowiek, dokonała sama natura. Brak odpowiedniej opieki i prac konserwatorskich, erozja, wahania temperatur i zmiany klimatu oraz kwaśne deszcze spowodowały nieodwracalne zmiany w konstrukcji, przez co Jvari umieszczono na liście 100 zabytków, które mogą w najbliższym czasie ulec zniszczeniu. Oczywiście nie będę tutaj nikogo straszył, że stanie się to jutro, za miesiąc czy za rok. Ale za kilkanaście lat – kto wie. Gruzja nie należy do najbogatszych krajów, a opieka nad zabytkami kosztuje niemało.

Tutaj legenda dotycząca powstania katedry w Mccechie jest już nieco dłuższa i ciekawsza. Otóż świadkiem ukrzyżowania Jezusa w Jerozolimie był gruziński żyd – Eliasz. Jako człowiek bogobojny i uczestnik wydarzeń na Golgocie, Eliasz odkupił od rzymskiego legionisty szatę Jezusa i wrócił z nią do Mcchety, ówczesnej stolicy Królestwa Iberii czyli dawnej Gruzji (upraszczam tutaj historię). Kiedy pokazał szatę swojej siostrze – Sidonii, która wyszła na powitanie, ta padła niczym gromem rażona od nadmiaru ekscytacji. Chrystusowe odzienie zaś trzymała tak mocno, że trzeba było Sidonię pochować z szatą w dłoniach. Na jej grobie wyrosło olbrzymie drzewo cedrowe. W IV w., kiedy król Mirian zdecydował się wybudować pierwszy chrześcijański kościół w Gruzji, nieprzypadkowo wybrał właśnie grób Sidonii, jako miejsce najbardziej związane z wiarą. Cedr ścięto i podzielono na siedem kolumn. Jedna z nich jednak w cudowny sposób nadal rosła i dopiero modły św. Nino z Kapadocji (tego samego z historii powyżej) powstrzymał ten proces. Ponadto kolumna ociekała magicznym płynem leczącym chorych. Stąd wzięła się gruzińska nazwa katedry Sveti(kolumna)-tskhoveli(życiodajna).

Dlatego w katedrze byliśmy dwa razy – po pierwszym obejściu, przy wyjściu spotkaliśmy Davida (dla czytających nieuważnie – naszego kierowcę), który koniecznie chciał nas zaciągnąć do środka. Ok, nie ma sprawy – pokazał nam jedną z ikon i zaczął po rosyjsku tłumaczyć powyższą legendę. Oczywiście nie zrozumieliśmy ani słowa, ale grzecznie kiwaliśmy głowami. Przede wszystkim z grzeczności. David dobrze wiedział, że nie mamy pojęcia co się dzieje i od tego czasu zaczął mówić wolniej i dużo prostszym, opartym bardziej o bezokoliczniki. I ułatwiło to naszą komunikację na następne cztery dni, do tego stopnia że poznaliśmy wiele szczegółów z życia Davida. Może to kolejny cud św. Nino? ;)

Więcej legend? Budowniczy katedry, Aruksidze, był uczniem królewskiego ministra. Ten był tak zazdrosny o arcydzieło, że obciął swojemu uczniowi prawą rękę, czego dowodami są inskrypcje na murach dokoła katedry.

To bardzo ważne miejsce dla Gruzinów, którego znaczenia nie jestem w stanie pojąć. Jest tutaj pochowanych kilku królów Gruzji, jest to najbardziej popularne miejsce na śluby, przyjeżdżają tu wycieczki z całego kraju, często stawiając jako priorytet nad Tbilisi.

Stare miasto dookoła jest bardzo urokliwe. Powiedziałbym, że w skali gruzińskiej nawet niepowtarzalne, bo zachowane w dużej mierze w starym stylu. A wszędzie indziej już napotkamy na typowe wynalazki biednych ludzi XXI w. – blachę ocynkowaną, zardzewiałe klimatyzatory i ogólne wysypiska śmieci na ogrodach. Tutaj, przynajmniej w centrum, tego nie ma – może ze względu na szacunek do historii? Nieco dalej od katedry znajduje się kompleks kilku klasztorów, którego nie odwiedziliśmy (czas, czas, CZAS), bardzo podobnych architektonicznie do wszystkich innych starych budowli Kaukazu. Koniecznym miejscem do zaliczenia, jeżeli Mccheta jest pierwszą lokalizacją po opuszczeniu Tbilisi, a często tak jest, jest informacja turystyczna. Dostępne mapy poszczególnych regionów są wyśmienite, jedne z lepszych jakie widziałem w swojej karierze turysty, niestety trudno je dostać poza danym regionem, a nie wiem czy pod Kazbegi także znajdziemy punkt turystyczny.

Zatem od razu uprzedzę – jeżeli macie w planach Kazbek oraz Mcchetę, najlepiej zaliczyć to podczas jednego wyjazdu na Gruzińską Drogę Wojenną. Dawna stolica znajduje się dosłownie rzut beretem (5 km) od autostrady na Kaukaz, a pominięcia tego miejsca nie wybaczyłby żaden Gruzin. Oczywiście w XXI w. człowiekowi, który widział Stolicę Piotrową, il Duomo, Hagia Sophię czy Angkor Wat, relatywnie mała katedra nie zaimponuje. Trzeba mieć wyobraźnię by przenieść się 1000 lat wstecz i znać całą legendę, a mała wioska bardzo tą sentymentalną podróż w myślach ułatwia.

Zostaw Komentarz