Marsaxlokk – emocje jak na rybach

Marsaxlokk – emocje jak na rybach

zamieszczone w: Europa, Malta | 0

Od kiedy wyjechałem na Maltę pierwszy raz w roku 2007, w ramach programu ‚pierwsza praca’, byłem na tej uroczej wyspie na Morzu Śródziemnym chyba prawie dziesięć razy. Czasem na dłużej, czasem krócej, ale zawsze staram się odwiedzić Marsaxlokk. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego włożenia i nie będzie to nieodpowiedni i swawolny żart. Od pierwszego włożenia owoców morza do ust można zakochać się w tej nadmorskiej osadzie, w której czas zdaje się zatrzymać. Nie jest to do końca prawda i zaraz wyłożę Wam dlaczego.

O ile nie mamy samochodu, wyprawa do Marsaxlokk może zająć naprawdę długo. Ale wynajem samochodu to całkiem dobry pomysł i świetna przygoda, nawet na jeden dzień. Przede wszystkim ułatwia to poruszanie się po wyspie, bo chociaż Malta ma świetną komunikację miejską, to jednak zaoszczędzimy sporo czasu. No i jest to niepowtarzalna okazja by prowadzić samochód z kierownicą po prawej stronie w stosunkowo spokojnym ruchu lewostronnym. Może i kierowcy mają mieszankę krwi włosko-arabską, ale zazwyczaj się kończy na trąbieniu i krzyczeniu :). A poza głównymi drogami, inne pojazdy spotyka się raczej incydentalnie. Jest jeszcze jeden wielki plus – można spędzić na przykład wieczór na klifach Dingli (dokąd nic po zmroku nie jedzie), podziwiając zachód słońca, a już po kilku godzinach być w Sliemie czy Valletcie i zachwycać się wschodem.

Ale jeżeli zdecydujesz się na komunikację autobusową, są dwa wyjścia. Pierwsze, bardziej ekonomiczne, to oczywiście komunikacja publiczna. Tygodniowy bilet na wszystkie linie to kwestia chyba kilku €, a więc groszowe sprawy chociażby w porównaniu do wielu polskich miast. By dojechać do Marsaxlokk (wymawiamy marsaszlok, wymowę niektórych maltańskich liter popełnię w innym wpisie) trzeba skorzystać z węzła przesiadkowego przed wejściem do stolicy Malty – Valletty, bo nie wyobrażam sobie, żebyście przypadkiem znaleźli się w Paoli czy Tarxien, zwyczajnie dlatego że nic tam nie ma. Wsiadamy w autobus (bodajże 81, ale warto się upewnić na informacji bądź wśród ludzi wyglądających na turystów – Maltańczycy są bardzo pomocni i świetnie mówią po angielsku) i jedziemy na pętlę. Podróż nie należy do najkrótszych, a maltańskie autobusy nie należą do najlepiej klimatyzowanych, stąd w środku lata w busach jest co najmniej mało komfortowo.

Drugie rozwiązanie to piętrowe busy w stylu angielskim z odkrytym dachem, wprost idealne do podróży na wiosnę czy jesienią, kiedy w dzień temperatura oscyluje w okolicach 25 stopni. Busy wyjeżdżają ze Sliemy, niedaleko przystani, co jakiś czas i potem krążą po całej wyspie, zatrzymując się w kluczowych miejscach. Tutaj drobna rada – nie kupujcie biletów przez net lub w oficjalnych budkach. Jak już będziecie na wyspie, wystarczy przejść się po promenadzie w Sliemie/San Julian by zaczepił was jakiś naganiacz – macie wówczas możliwość negocjacji cen. Poza sezonem, przy dostatecznie dużej grupie, można zbić ze 30% z wyjściowych 17€. Plusem takiego rozwiązania jest przewodnik – w postaci słuchawek i ścieżek audio (także po polsku), wygrzewanie się na słoneczku i znacznie lepsza widoczność. Niewątpliwym minusem – wiatr w uszach.

Zawsze jak popełniam nowy wpis, przypomina mi się matura. Na początku pełny chęci, rozbudowany wstęp, nawet mało lania wody, konkrety fakty, koncepcja, ciekawostki. Im dalej w las, tym więcej drzew. Pewnie już zauważyliście, że czasem pojawia się wodolejstwo pod koniec. Cóż, jak mawiał sparodiowany przez jeden z kabaretów Jacek Krzynówek ‚do przodu, staramy się’. Najczęściej problemy pojawiają się, gdy trzeba mówić o architekturze czy sztuce, bo tutaj często muszę robić risercz i podpierać się internetem, gdyż  moja wiedza z tych dziedzin jest dość nikła.

Nie na darmo miasteczko nazywa się przede wszystkim osadą rybacką. Już pierwsza część samej nazwy – marsa – oznacza po maltańsku port. Do niedawna większość z ponad trzech tysięcy mieszkańców stanowili rybacy lub ich rodziny. Teraz automatyzacja i limity poszły do przodu, w związku z czym nie potrzeba już tylu rybaków. To jedna ze zmian, której nie widziałem na własne oczy, a o której opowiadał mi przyjaciel z Malty. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po przyjeździe do Marsaxlokk są luzzus. Luzzus to małe, kolorowe łódeczki z oczami na dziobie, które stały się jednym z symboli Malty, spotykane często jako pamiątki w śnieżnych kulach czy jako magnesy. Obecnie znaczna część jest używana sporadycznie. Podobno dzięki znacznemu wzrostowi turystyki na wyspie, ceny zostały tak wywindowane w górę, doświadczony rybak potrafi wypłynąć na morze ledwie kilka razy na miesiąc, by zarobić tyle ile zarabiał drzewiej przez cały miesiąc. Bo teraz trzeba przede wszystkim wiedzieć, gdzie się łowi.

W ciągu moich wielu wizyt w Marsaxlokk, nigdy nie wszedłem do kościoła pod wezwaniem NMP Różańcowej. Albo nie udało mi się znaleźć bocznego wejścia, a trzeba przyznać, że wyjątkowo nie szukałem, albo ktoś przed moim nosem zawsze zamykał tę świątynię. Czy straciłem dużo? Chyba nie – kościołów na Malcie jest MNÓSTWO, większość kwalifikuje się jako zabytkowe (ten jest na przykład z końca XIX w.), ale poza Vallettą i Mdiną są raczej mało atrakcyjne.

Ponadto miasteczko zachowało typowy maltański charakter. Większość domów jest budowana w starym stylu i, jak mają w zwyczaju małe miejscowości w każdych zamkniętych społeczeństwach, do których wdziera się turystyka, zachowują jeszcze ducha ‚starej’ Malty. Spójrzcie zresztą na fotki – jest to klasyka architektury śródziemnomorskiej, głównie wpływów włoskich. Do tego liczne rzeźby czy sztukaterie. I wędrując od razu jesteśmy w stanie rozpoznać, które domy pochodzą z czasów minionych. Można spotkać inne ciekawe elementy – typową brytyjską budkę telefoniczną (wpływ okupacji brytyjskiej?) czy dystrybutor paliwa w bardzo starym stylu, przypominający nasze CPNy.

Ludzie też wydają się żyć wolniej. Chyba każdy, kto był na południu lub zna mieszkańca europejskich krajów śródziemnomorskich, odniesie wrażenie, że jest są to leniwi ludzie. I tak jest – zazwyczaj nigdy nigdzie im się nie spieszy – poza momentami, gdy prowadzą samochód ;). Marsaxlokk wydaje się być kulminacją jeżeli chodzi o takie zachowanie południowców. Siedzimy, nic się nie dzieje. Gadamy. Na ulicy spotykasz kolegę i obaj blokujecie ruch, rozmawiając przez okna w samochodach. Norma. Jest powoli.

Nie spodziewajcie się, że kelnera ujrzycie od razu, szczególnie jeżeli pójdziecie do bocznych, mniejszych i bardziej rodzinnych knajpek. I na jedzenie sobie poczekacie. Ja miałem taką sytuację, że czekałem na danie przy nabrzeżu (stoliki umieszczone są dosłownie kilka metrów od morza) i stwierdziłem, że pójdę odcedzić kartofelki umyć ręce. Wchodząc do knajpy, widziałem że kelner stał z moim talerzem owoców morza. Już się cieszyłem, że zaraz będę się rozkoszował krewetkami. Tymczasem… Zdążyłem wrócić z WC i jeszcze troszkę zgłodnieć, zanim doniesiono mi danie. Jeden Pan spokojnie maluje łódkę, podczas gdy trzech pomocników rozmawia, ktoś inny siedzi przed domem, kilka osób w oknach patrzy na, zazwyczaj puste, uliczki. Nic się nie dzieje.

Nawet samochody zdają się potwierdzać, że czas się zatrzymał. To nie Sliema czy Valletta. Nie traficie tu na Mercedesy, Aston Martiny czy Porszaki. Ok, traficie. Ale będzie to Porsche z lat 70. ubiegłego wieku w zasmucającym stanie. Za to często możemy spotkać wiejski tuning w wykonaniu śródziemnomorskim. Oj tak, przygotujcie się na to na Malcie. Nie tylko w Marsaxlokk będziecie napotykać rozmaite przykłady ulepszania samochodów w wykonaniu domorosłych tunerów. LEDy na podwoziu, doczepiane rury wydechowe, badziewne napisy, muzyka na full z punciaka… Klasyka gatunku.

Na początku napisałem, że miasteczko się bardzo zmieniło przez osiem lat, od kiedy byłem tam po raz pierwszy. I to prawda, a najlepiej widać to po niedzielnym targu rybnym – jeszcze kilka lat temu targ naprawdę skupiał się przede wszystkim na owocach morza, co było czuć już z daleka. Teraz połowa stoisk to tania chińszczyzna lub nibylokalne produkty pochodzące także z Azji. Albo ręcznie malowane obrazki z drukarki ;). Ale miłośnicy ryb czy śródziemnomorskich przystawek na pewno nadal znajdą tutaj coś dla siebie. Kalmary, ośmiornice i krewetki w czosnku, sery w ziołach, mnóstwo oliwek serwowanych na kilka sposobów, , miód, alkohol… Ale gdybyście chcieli kupować tutaj na pamiątkę likiery, wybijcie sobie to z głowy. Ceny są dużo wyższe niż w marketach w Sliemie czy San Julian.

A dla fanów seafoodu – nie wierzcie temu, co piszą w przewodnikach, że ceny w każdej knajpie są takie same i najtańsze na wyspie. Zobaczycie podobne liczby w menu wszędzie indziej. I nigdy nie wiadomo gdzie pójść – rotacja knajp jest dość spora. Wiadomo, te w centrum miasteczka (koło kościoła) są stałe, ale trzeba się przygotować, że będą też najdroższe. Np. Ta’Victor poza owocami morza serwuje także klasyczną maltańską kuchnię, ale primo – lepszą maltańską kuchnię znajdziemy gdzie indzie, secundo – 25€ za danie – no thanks. Tak naprawdę najlepiej poczytać najbardziej aktualne recenzje z tripadvisora lub po prostu mieć szczęście. Z doświadczenia odradzam Cafe Paris, które zaserwowało mi nieświeże małże, co skończyło się małym omdleniem.

Nad miasteczkiem górują kominy elektrowni Delimara, zaraz obok której znajduje się urocze St. Peters Pool. Cudowne miejsce do pływania, skoków do wody czy snorkelingu. Przejrzysta woda z różnymi – ale zazwyczaj dość sporymi – poziomami głębokości, skały na których można się opalać, znacznie mniej ludzi niż w wielu innych miejscach Malty, ale trzeba pogodzić się z pewnymi minusami. Najbliższy sklep – Marsaxlokk. Najbliższa woda słodka – Marsaxlokk. Najbliższa komunikacja publiczna – zgadliście :). To wprawdzie jest tylko jakiś 1-1,5 km, ale niektórym może przeszkadzać. Zwłaszcza powrót do Sliemy, czy, co gorsza, Bugibby. Co jeszcze – pobliska Birżebbuga to nieco większe Marsaxlokk. Na wschodzie znajduje się śliczny, ale malutki park narodowy Xrobb l-Ghagin oraz zupełnie nieciekawe i niewarte zainteresowania stanowisko archeologiczne Tas Sling.

Zostaw Komentarz