La Valletta – Forteca porządku

La Valletta – Forteca porządku

zamieszczone w: Europa, Malta | 0

Ach, jakże piękna jest Valletta o wschodzie i zachodzie słońca. Jak wspaniale wygląda skąpana pomarańczem zachodzących promieni, odbijających się w Morzu Śródziemnym. Jak dumnie prezentuje się widziana ze Sliemy czy od południa przez Wielką Przysań z Vittoriosy. I gdyby właśnie stolica Malty była jedyną atrakcją, a poza tym całą wyspę wypełniała by pustynia, to i tak warto by było tutaj przylecieć. By zobaczyć to arcydzieło, w którym mieszka niespełna siedem tysięcy Maltańczyków. Pierwsze zaplanowane od A do Z miasto w Europie. Ostatni bastion chrześcijaństwa przed zwrotnikiem, a także przyszłą Europejską Stolicę Kultury. Póki jeszcze to teoretycznie wielkie wydarzenie nie wpłynęło absurdalnie na ceny.

Wpis ten będzie okazją drobnego plotkarstwa na temat Malty i pewnych moich obserwacji na temat życia na skale i obyczajów ludności tubylczej. Zdaję sobie sprawę, że przez kilka miesięcy, tym bardziej z przerwami, trudno jest przesiąknąć daną kulturą, ale co nieco zauważyłem i nie omieszkam się podzielić. O samej stolicy będzie gdzieś tam dalej niżej, więc jak ktoś nie ma ochoty czytać o wrażeniach Polaka w kraju znacznie bardziej konserwatywnym niż jego ojczyzna.

Nie można powiedzieć, że Maltańczycy to jedna wielka rodzina, ale najbardziej popularne nazwiska na wyspie można policzyć na palcach obu rąk. Z pamięci – Abela, Borg, Galea, Azzopardi, Mifsud, Camilleri, Farrugia, Zammit… Jest tak scena w Zmiennikach nieodżałowanego Barei, kiedy Kasia z panią Lusią jadą do Skórca w poszukiwaniu zaginionego rękopisu „Krzyku Ciszy” Oborniaka. I okazuje się, że w Skórcu mieszkają same Kowalczyki i Oborniaki. I tak właśnie jest z ludźmi na Malcie. Są miejscowości, w których dane nazwisko potrafi stanowić nawet prawie 10% obywateli. Lata izolacjonizmu i bardzo konserwatywnego podejścia do instytucji małżeństwa i w ogóle związków, spowodowały że dziesięć najpopularniejszych nazwisk stanowi 25% społeczeństwa. A jeżeli przebywasz wśród tych ludzi przez jakiś czas, masz wrażenie że słyszałeś już wszystkie możliwe nazwiska i za każdym razem, gdy ktoś mi się przedstawiał, na mojej twarzy pojawiał się dziwny uśmieszek :) Nie mniej głupawy niż zwykle, chociaż w tym przypadku starałem się go ukryć.

No to jak jest z tym konserwatyzmem? Przyjeżdżałem z Polski, więc byłem przekonany że większego katotalibanu nie ma. Okazuje się, że jest. Przynajmniej mentalnie. I nazywa się Malta. Wyobrażasz sobie, że jeszcze w 2010 na Malcie nie można było wziąć rozwodu. Kiedy pierwszy raz usłyszałem, że na wyspie nie ma rozwodów, byłem przekonany, że ktoś robi sobie ze mnie jaja. I to w dość mało wyszukany sposób. Bo zdaję sobie sprawę, że mamy XXI wiek i chociaż sam jestem gorącym przeciwnikiem rozwodów (bo uważam, że z braniem ślubu – jak w każdej innej dziedzinie – trzeba najpierw myśleć, a potem robić), to wydawało mi się, że każdy kraj w Europie już w jakiś sposób prawnie usankcjonował rozejście się dwóch osób, które wobec boga lub urzędnika cywilnego ślubowały sobie, że się nie opuszczą aż do śmierci.

Tradycyjna i typowa maltańska uroda podpada pod definicję ‚żydowska księżniczka’ i z pewnością mieści w top3 typów kobiecej urody. Jak najbardziej południowo-europejska, podpadająca nawet pod bliskowschodnią ciemna karnacja, ale nadal <rasistowski przymiotnik> biała </rasizm> rasa, opalone od śródziemnomorskiego słońca na jasnobrązowy kolor. Najlepszy dar, który daje światło słoneczne, czyli piegi. Obowiązkowo gęste, kruczoczarne i błyszczące włosy przywodzące na myśl księżniczkę z „Alladyna”. Coś, co lubi każdy normalny facet, czyli wielkie oczy, czarne jak noc. I, tak charakterystyczne na południu, wielkie pupy, którym mówimy stanowcze TAK. I jeżeli miałbym się doszukiwać jakiś wad, to często można spotkać coś, czego fachowej nazwy nie znam, ale kompletnie amatorsko określiłbym jako hmmm… zajęcze jedynki. Tylko jeżeli myślisz, że pójdziesz do karczmy i napotkasz taką księżniczkę, która jeszcze tej samej nocy, w innych okolicznościach przyrody, zabierze Cię do krainy szczęścia… NOT GONNA BE ABLE TO DO IT! Dopóki nie porozmawiasz przez dwie godziny z jej babcią po obiedzie i nie poznasz historii rodziny do 1650 roku, nie dostaniesz nawet całusa. I naprawdę delikatnie podkoloryzowałem tutaj rzeczywistość.

Zatem każdy facet, który na Maltę udaje się w celu poznania osoby płci przeciwnej by wymienić się doświadczeniami na temat sytuacji ekonomicznej w dorzeczu Orinoko, musi nauczyć się odróżniać kobietę tubylczą od turystki. Co, wziąwszy pod uwagę charakterystyczną urodę, nie powinno być szczególnie trudne. A przecież pół nastoletniej Europy przyjeżdża na Maltę na kursy językowe i język jest rzeczywiście dość często używany. Odnoszę takie wrażenie, że Malta to taka mała Ibiza i jeżeli kogoś nie stać na wyjazd na tę legendarną hiszpańską wyspę lub bojąc się jej renomy chce czegoś teoretycznie spokojniejszego, wybiera się na Maltę. Latem wśród Brytyjek i Niemek można przebierać jak w ulęgałkach, oczywiście jeżeli ktoś gustuje w celtycko-germańskim typie urody i zachowania.

A już ze starszymi osobami… Przypominam, że pierwszy raz na Malcie byłem w 2007, czyli dwa lata po śmierci Jana Pawła II. I każda rozmowa, w której doszło do wyjawienia mojej narodowości, prowadziła do pochwały papieża Polaka. Trudno. A ja musiałem grzecznie przytakiwać i robić dobrą minę do złej gry. Łatwo więc można się domyśleć, że przy takim społeczeństwie, poparcie dla żądań typu aborcja czy małżeństwa pederastów jest raczej na niskim poziomie. Oczywiście wraz z rosnącą propagandą antykonserwatywną się to zmieniło i obecnie Malta jest wyborem numer jeden wśród środowisk homo. Na szczęście tylko w teorii, bo w praktyce na ulicach przedstawicieli grzechu sodomskiego publicznie okazujących sobie uczucia zupełnie nie widać.

Przenosimy się zatem już do Valletty i najpierw kilka słów o historii, bo ma znaczący wpływy na obecne ukształtowanie miasta. Zresztą, kiedy kładziono kamień węgielny pod budowę fortecy, zebrani wkoło prominenci maltańscy mówili, że pewnego dnia każdy kawałek ziemi na półwyspie będzie warty w złocie tyle, ile waży. Jeszcze nie osiągnęliśmy tego poziomu, ale chyba nikt w XVI w. nie przypuszczał, że cena złota tak bardzo wzrośnie :) Nota bene, tym pierwszym budynkiem jest niepozorny kościół Matki Boskiej od Zwycięstw, mieszczący się zaraz obok siedziby Banku Malty, na początku Triq Il-Mercanti (czyli ulicy handlowej). I zdecydowanie warto tam zajrzeć, nawet jeżeli z zewnątrz kościół jest bardzo niepozorny.

Pierwsze zapiski o budowie miasta pochodzą z 1524 roku. W 1552 malutka warownia Zakonu Maltańskiego (szerzej o Suwerennym Rycerskim Zakonie Szpitalników Świętego Jana, z Jerozolimy, z Rodos i z Malty można poczytać na wiki) poświęcona św. Elmo została przebudowana na fort, który trzynaście lat później został nieomal zdobyty przez Imperium Osmańskie. Z pomocą w walce z niewiernymi przybyły wojska hiszpańskie i bez problemu obroniły fort, a Filip II przełamał dominację tureckiej floty, ówczesnego hegemona Morza Śródziemnego. Zdając sobie sprawę z roli Malty jako portu i ostoi przed Arabami, Hiszpania przysłała pokaźne fundusze, zaś Papiestwo skierowało swojego najlepszego architekta wojskowego, dawnego pomocnika samego Michała Anioła, Francesco Laparelliego.

Miasto/forteca zostało nazwane po ówczesnym mistrzu zakonu Szpitalników, Francuzowi Janowi de La Vallette i, w świadomości mieszkańców Malty – nie wiem czy słusznie, jest pierwszym miastem w Europie w całości zaprojektowanym przez architektów. Właśnie dlatego umieściłem w tytule wpisu ‚forteca porządku’,  Główna ulica Malty, obecnie nazywana ulicą Republiki stanowi oś miasta i biegnie od samego wjazdu przez monumentalną bramę, jedyny wyłom wśród cyklopowych murów obronnych, aż po resztki fortu świętego Elma, a raczej jego zmodernizowanej wersji. W zasadzie przejście tą ulicą do fortu, a następnie powrót południową trasą wzdłuż Wielkiej Przystani, pozwala poznać dobrą namiastkę Valletty i Malty, szczególnie dla osób przypływających na jeden dzień.

Ogrody i mury obronne to dwa miejsca z najbardziej widowiskowymi panoramami w całej Valletcie i chyba na całej Malcie. Najpiękniejsze oczywiście o wschodzie czy zachodzie słońca, ale również zachwycające w ciągu dnia. Pamiętajcie jednak, że część ogrodów jest zamykana na noc, stąd jeżeli chcecie się rozkoszować widokiem na Sliemę podczas zachodu słońca, warto udać się tam wcześniej. Hastings Garden to także wspaniałe miejsce na piknik, bo można tutaj wejść na bardzo szeroki fragment muru obronnego, z którego rozchodzi się bajkowy widok na marinę okolicznych miast. Część z powyższych zdjęć zrobiona jest na tym niezdobytym obwarowaniu. Z alkoholem podczas pikniku trzeba jednak nieco uważać, bo chociaż policja, jak to w kraju turystycznym, przymyka oko na spożywanie publiczne, to już podczas siedzenia na murze obronnym, z którego dość łatwo można się, excuse my French, spierdolić, i spożywanie lokalnych przysmaków wyskokowych, może Puliziji nie przypaść do gustu.

Gdzie jeszcze warto się zapuścić w, jak brzmi oficjalny przydomek, Pokornym Mieście? Poza wspomnianym wyżej ogrodem Hastings, naturalnym wyborem są oba ogrody Barakki – dolny i górny. Oczywiście kilkanaście kościołów, bo wydaje się że jest tutaj więcej kościołów przypadających na mieszkańca, niż w samym Watykanie. Przy okazji – na maltańskich kościołach często zobaczycie dwa zegary, wskazujące zupełnie inne czasy. Czasem ten drugi zegar jest tylko i wyłącznie malowidłem. Stary przesąd, który miał zmylić diabła. O kościołach kiedyś popełnię osobny wpis, ale na pewno nie można przegapić przepięknego barokowego kościoła św. Pawła Rozbitka przy ul. św. Pawła, zaraz obok kafejki podającej przepyszne piadiny. Główna katedra w mieście, poświęcona św. Janowi, jest wyborem tak oczywistym, że nawet nie będę o niej wspominał. Rozmaite płatne atrakcje, jak choćby The Knights Hospitallers, służą raczej wyciąganiu pieniędzy i opinie na tripadvisorze wydają się brać raczej z braku alternatywy niż rzeczywistej, obiektywnej oceny. Valletta należy do tych niewielu miejsc, gdzie ulice i widoki przyciągają znacznie bardziej niż atrakcje turystyczne.

Pod koniec jeszcze jedna rada, bo ludzie którzy są pierwszy raz na Malcie, a czasem nawet po raz wtóry, nie wiedzą o pewnej oczywistej sztuczce. Do Valletty dojeżdża prawie każdy autobus oficjalnego przewoźnika. Owszem. Ale jest duża szansa, że zakwaterowani będziecie w Sliemie, San Julian lub Gzirze. Malta jest straszliwie zakorkowana, szczególnie w godzinach szczytu i aby zaoszczędzić trochę czasu, do Valletty można dostać się łodzią z nabrzeża w Sliemie. Cena to jakieś 1-2 Euro, w tej chwili dokładnie nie pamiętam i chociaż walory zapachowe są tragiczne (ze względu na stare łodzie produkujące spaliny, nie na morze), to widoki trochę tę niedogodność rekompensują.

Tak jak napisałem na początku – Valletta jest fenomenalnym miejscem, totalnie wartym spędzenia tutaj jednego lub dwóch dni. Dłużej po prostu nie ma potrzeby, bo ile można chodzić po mieście wielkości średniej dzielnicy w dużej miejscowości? Jasne, w stolicy Malty jest pełno rozmaitych zakamarków, pomników i legend. Ale nadal już trzeciego dnia każdy kąt będziesz znał jak własną kieszeń i zechcesz ruszyć się dalej. A, niestety, z Valletty, prawie wszędzie jest stosunkowo daleko, więc jako punkt wypadowy także się nie sprawdzi.

Zostaw Komentarz