Penang – W krainie motyli

Penang – W krainie motyli

zamieszczone w: Azja, Malezja | 0

Decyzja by udać się do motylarni nie była specjalnie trudna. Jadąc na jednodniową wycieczkę dookoła wyspy Penang, miałem w planie trzy lokalizacje – Tropical Spice Garden, Tropical Fruit Garden oraz właśnie Butterfly Farm. Już w hotelu dowiedziałem się, że wizyta w sadzie owoców tropikalnych nie ma na przełomie maja i czerwca większego sensu, gdyż dla większości owoców jest teraz poza sezonem. Normalnie story of my life. Jestem w tropikach, występują tutaj pewnie dwa okresy wegetacyjne rocznie, a ja akurat musiałem trafić na nieurodzaj. Załamka. Ale walczymy, nie poddajemy się – do przodu.

Tutaj muszę pochwalić swój hotel, mieszczący się na jakimś wypizdowie Georgetown z pokojami o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych (wliczając w to łazienkę) i bez okien – chociaż jakiegoś wyjątkowego widoku nie traciłem. Jednak konsjerżowie swoją wiedzą, zachowaniem i uśmiechem spowodowali, że zapomniałem o wszystkich niedogodnościach. Raz, że zawsze gdy o coś pytałem, wiedzieli dokładnie jak dojść, czym dojechać, nawet sprawdzali o której będzie autobus na przystanku, a to nie jest standard, szczególnie w mniejszych i tańszych południowo-europejskich hotelach, gdzie jesteś wrogiem i nudziarzem. A dwa – mieli łazienkę dla gości. To ciekawa historia – hotel był na licencji japońskiej i wg japońskich standardów (stąd takie a nie inne pomieszczenia) i tam to chyba norma. A wiecie – po checkoucie i całym dniu podróżowania w klimacie równikowym, człowiek nie pachnie ;) Nawet jeżeli zaraz po wyjściu z klimatyzowanego pomieszczenia, nieprzyzwyczajony Europejczyk znów cały oblewa się potem, to jednak jakoś przyjemniej lepić się potem świeżym niż całodniowym… Tak, to kolejna z moich mongolskich teorii, czasem sam nie wierzę w to, co piszę.

Godzina z plecakiem w przeładowanym malezyjskim autobusie, przy 40 stopniach w słońcu na zewnątrz dłuży się niemiłosiernie i sprawia wrażenie kilku godzin. Na szczęście motylarnia oznaczona jest na tyle dobrze, że nie ma opcji aby pomylić przystanek. Zresztą, jak się okazuje przy wysiadaniu, nie jestem jedynym turystą w busie. Wejściówka kosztuje 25 złotych, co jest kolejnym dowodem utwierdzającym mnie w przekonaniu, że Malezja, choć w Azji Południowo-Wschodniej, nie jest tania. A może po prostu rozpieściła mnie Tajlandia? Odwrotu nie ma i, koniec końców, nie żałowałem, zostawiając tam znacznie więcej kasy. Kupiłem bilet, dostałem oprócz niego także małą książeczkę w kształcie motyla, raczej przeznaczoną dla dzieci. No nic, wchodzę przez szczelne, szklane drzwi oraz dwie pary firanek z łańcuchów…

I trafiam do krainy z bajek. Od razu uderza mnie wilgotność powietrza, znacznie wyższa niż na zewnątrz (a wydawało mi się, że na zewnątrz jest najwyższa, ale odruchowo obracam się, by sprawdzić czy za mną ą nadal drzwi, czy przypadkiem nie trafiłem jednak przez jakąś szafę do tropikalnej Narnii. Może stwierdzenie, że natknąłem się na ścianę motyli, byłoby przesadzone, ale naprawdę pierwszy raz widziałem taki ogrom tych owadów skupionych w jednym miejscu. I taką różnorodność.

W tej chwili (maj 2015) motylarnia jest zamknięta i przebudowywana, jednak wcześniej była domem dla ponad siedmiu tysięcy malezyjskich motyli, wyhodowanych w niewoli. Kwestią sporną pozostaje czy w przypadku tak prostych organizmów jak motyle można w ogóle mówić o niewoli. Ale to tak na marginesie. Było tutaj także ponad 300 różnych roślin tropikalnych, stanowiących dość często w jakiejś formie pokarm dla owadów. Poza naturalnym pokarmem, motyle zobaczymy najczęściej przy swego rodzaju poidełkach. Gdzieś czytałem, że znajduje się w nich po prostu woda z cukrem, ale mam tutaj pewne wątpliwości.

Poza oczywistymi walorami wizualnymi, takie miejsce ma także walory edukacyjne – można zobaczyć motyle w każdym stadium rozwoju – gąsienice, poczwarki, jeżeli dobrze poszukamy i się przyjrzymy, to pewnie także jajeczka. Można podejść naprawdę blisko, można nieruchomo stanąć, by już po chwili usiadła na ramieniu jakaś rusałka. Naprawdę cudowne uczucie, takiej lekkości (a ja z lekkością mam tyle wspólnego co Janusz Korwin-Mikke z lewakami :)), otoczony wszystkimi kolorami świata, lekką wilgotną mgiełką z nawilżaczy powietrza i słodkimi zapachami.

Poza owadami natrafiłem na inne malezyjskie motyle. Sztuk dwie. Nie wiem czy były to lokalne modelki, celebytki czy inne piosenkarki, ale ubrane były, jak na warunki państwa muzułmańskiego, dość swobodnie. Chociaż trzeba tutaj zauważyć, że Malezja nie jest w tej gestii specjalnie restrykcyjna. Dziewczęta miały ze sobą ekipę fotograficzną, były w pełnym makijażu i trzeba oddać, że wyglądały naprawdę ślicznie. A w porównaniu do Tajek, Malajki zdecydowanie odstają. Oczywiście jest to kwestia gustu i nie będę tutaj uzewnętrzniał swojej opinii dlaczego, tym bardziej że opiera się głównie na irracjonalnych przesłankach typu ‚Tajkom lepiej z oczu patrzy’. Niestety, bariera językowa uniemożliwiła jakikolwiek kontakt ;)

Nie potrafię nazwać napotkanych roślin. Na pewno były tam dzbaneczniki, czyli rośliny owadożerne występujące tylko w Azji Południowo-Wschodniej. Gdzieś na górze powinna być fotka. To nie są te owadożerne łapki spotykane czasem w supermarketach, tylko pojemniki wielkości pięści dorosłego mężczyzny wypełnione płynami trawiennymi i pokryte słodką powierzchnią wabiącą owady. Zobaczyć fragment dżungli bez rzeczywistego wejścia do niej, to całkiem słuszna koncepcja. Nie naraża się człowiek na pierdylion zagrożeń, a zobaczyć można prawdziwą Egzotykę przez duże ‚E’. Jak się okazało, jeżeli chodzi o poznawanie flory tropikalnej, było to dla mnie tego dnia tylko preludium.

Czyli tak – jest pawilon z  odzwierciedlonym środowiskiem tropikalnym, a co jest nierozerwalnie związane z dżunglą i dużą wilgotnością? Jakieś, mniej lub bardziej symboliczne, zbiorniki wodne. I tutaj jest też pseudojeziorko z rybami bliżej nieokreślonego dla mnie gatunku. Od czasu do czasu przemknie, zupełnie nie przejmując się przechodzącymi w pobliżu ludźmi, jakaś jaszczurka. Są także zamknięte, częściowo przeszklone pomieszczenia z gatunkami raczej niezwiązanymi ze światem owadów. Obrzydliwe wije (proszę się nie obrażać, wiem że są osoby hodujące takie stwory, ale dla mnie są równie odrażające co pająki, choć w diametralnie inny sposób) należą chociaż do stawonogów. Obecność kaczek japońskich, zwanych też mandarynkami, czy iguany jest raczej ukłonem w stronę różnorodności typów zwierząt, bo innego uzasadnienia nie widzę. Azjatycka żaba rogata czy zupełna rzadkość w postaci żółwia sępiego, potrafiącego swoją paszczą odgryźć palec człowieka.

A po chwili opuszczam pawilon i przechodzę już do prawdziwego hardkoru. Na początek jest sala kinowa, którą pominąłem oraz galeria ze zdjęciami makro owadów. Naprawdę niezłymi. Oraz podświetlone okazy laboratoryjne owadów w różnych stadiach rozwoju. Jasne – do takich widoków trzeba mieć smykałkę. Nie każdego kręcą, nie każdemu się podobają, są ludzie, którzy pewnie nie potrafią nawet znieść takiego widoku. Ja specjalnie się nie przyglądałem, wielkim fanem insektów nie jestem. Po chwili przechodzę do owadów, które ze względu na charakterystykę muszą być trzymane w zamknięciu. Głównie dlatego, że są jadowite, drapieżne i/lub odrażające. Mnóstwo pajęczaków – głównie tarantule i inne pająki, ale także skorpiony, nad którymi przechodzimy przez pomost oświetlony ultrafioletem. Daje to ciekawy efekt, bo te zwierzęta są fluorescencyjne i pod wpływem światła UV ‚świecą’. Kilka rozmaitych modliszek, wliczając natywną dla Malezji różową Orchid Mantis, nie posiadającej polskiej nazwy. Pluskwiaki, w tym tak ciekawe jak man-faced bug, którego pancerzyk rzeczywiście wygląda jak maska afrykańska. Olbrzymia liczba różnokolorowych przepięknych chrząszczy, mnóstwo gekonowatych i jaszczurek, a nawet parę węży.

Na koniec pawilonu trafiamy do wysuszonych okazów motyli i innych insektów, głównie z rejonów Azji Płd-Wsch oraz do ciekawie zaopatrzonego sklepu. Poza wysuszonymi motylami z licencją i zezwolenie na wywóz (kupiłem, nikt tego zezwolenia nie sprawdzał), jest także biżuteria z motylich skrzydeł (też kupiłem, siostrze się spodobało, ale nie nosi, a zajebista sprawa, bo błyszczą w świetle bardziej niż diamenty) oraz maski i inne rzemiosło (nie kupiłem). Ceny owadów – takie sobie, ale na pewno lepsze niż allegro. Ceny masek – dużo wyższe niż w halach targowych w Kuala Lumpur.

Ogólnie – świetne miejsce, koniecznie trzeba je odwiedzić podczas pobytu na Penang.

Zostaw Komentarz