Georgetown – Pałac Peranakanów

Georgetown – Pałac Peranakanów

zamieszczone w: Azja, Malezja | 0

Wybór tego miejsca, zamiast szerzej opisywanego, dużo droższego i zakazującego wykonywania fotografii domu klanowego Khoo Kongsi okazał się strzałem w dziewiątkę. Nie w dziesiątkę, bo dopiero w hotelu przeczytałem, że opuściłem sekretne przejście do bocznej świątyni. Podobnych obiektów jest w Georgetown naprawdę sporo. Niemal co chwilę natykamy się na wspaniale zachowany/odrestaurowany dom, w którym pokazano jak kiedyś żyli ludzie.

Dom, który odwiedziłem, zamieszkiwał Chung Keng Quee. Zainteresowanych odsyłam oczywiście do wikipedii. Sam całego wpisu nie przeczytałem, ale już po samej długości (na polskiej wiki chyba nawet Piłsudski czy Kazik Wielki nie mają takich wpisów) można przypuszczać, że odegrał wążną rolę w historii Georgetown. W skrócie – pełnił rolę Kapitan China, czyli chińskiego przedstawiciela portugalskiej władzy w koloniach. Nie mógł się zatem nie dorobić, potrzebował reprezentatywnego miejsca jako biura, więc zakupił dwie przylegające parcele w centrum miasta.

Obecnie jeden z tych budynków pełni rolę pałacu Perankanów, a drugi świątyni. Perankanowie (-nie? -ni?) to Chińczycy, którzy przybyli do Malezji (wówczas chyba Imperium Malajskiego, moja znajomość historii dalekiego wschodu opiera się na Europie Universalis :)), adoptując część tamtejszej kultury, ale zachowując również sporo swojej. W ten sposób stworzyli bardzo ciekawą mieszankę z unikatową kuchnią czy językiem. Na Malaje przybywali z Chin kontynentalnych zazwyczaj wykształceni kupcy, więc w Georgetown (czy innych miastach np. Malace i krajach – Indonezja) pełnili rolę klasy wyższej. Stąd ich domy były zazwyczaj bardzo bogate. Łatwo sobie wyobrazić jak musiała wyglądać siedziba najważniejszego przedstawiciela grupy społecznej, która mi – fanowi Star Treka – nieodłącznie kojarzy się z rasą Ferengi.

Wejście kosztowało 20 Ringgit i nie było problemu z robieniem zdjęć. Obecnie, jak czytam na stronie www obiektu, jest to zabronione. Trochę lipa, bo widzieć tyle arcydzieł (i mówię to z pełną świadomością mocy takiego określenia) i nie mieć możliwości pstryknięcia fotki powoduje wewnętrzny smuteczek. Tym bardziej, że poza przedmiotami domowymi – tak codziennego użytku, jak i dekoracyjnymi – mieści się w domu także muzeum biżuterii. Będąc bogatszą częścią społeczeństwa, Perankanowie nie mieli co robić z pieniędzmi, a biżuteria to dobra lokata kapitału, którą łatwo ewakuować w razie ‚W’. Zresztą teraz przewożą w ten sposób większe kwoty terroryści i rozmaite mafie (być może także loże i służby :P). Rubiny, szafiry, jadeit i nefryt, perły, srebro. Feria kolorów, odblasków i bogactwa.

Mnie oczywiście urzekły piękne drzewka bonsai. Nie było ich jakoś strasznie wiele, ale te które były, reprezentowały najwyższy poziom tej sztuki. Poza tym zobaczymy wszystko, co można znaleźć w przeciętnym domu. Kuchnię, wyglądającą bardziej jak oldschoolowa apteka. Pokój gier, jadalnie z przykładami klasycznej chińskiej porcelany, która rozsławiła Niebiańskie Imperium w czasach kolonialnych. Kilka galerii ze strojami panien młodych, bo trzeba pamiętać że na początku XX w. na Malajach nadal ‚handlowano’ pannami młodymi, zawierając strategiczne małżeństwa między Chinami kontynentalnymi, a Perankanami. Stąd ślub był znacznie ważniejszym wydarzeniem socjalnym niż w obecnych czasach.

Ktoś zapyta – no wszystko fajnie, ale czym się taki dom różni od naszych muzeów etnograficznych. Spieszę z odpowiedzią. Po pierwsze, na tej stronie staramy się nie używać germanizmów, więc precz ze słowem ‚fajnie’ ;). Po drugie – egzotyka. Jednak nie jest to nieco inny krąg kulturowy, a zupełnie inny. Nawet jeżeli spora część towarów była importowana z Europy (bo były drogie i w dobrym guście było mieć coś z Imperium Brytyjskiego, świadczyło to o westernizacji), to biżuteria, niektóre rzeźby czy meble, a także sama kompozycja pałacu jest zdecydowanie dalekowschodnia i warta uwagi. Bardzo gorąco polecam.

Zostaw Komentarz