Malaga – W Hiszpanii też bywa nudno

Malaga – W Hiszpanii też bywa nudno

zamieszczone w: Europa, Hiszpania | 0

Znacie ten dowcip, jak wnuk pyta dziadka o różnicy w teorii i praktyce? Spoiler jest taki, że w teorii mamy 5 tysięcy, a w praktyce dwie ku*wy i pedała ;) I teraz pada pytanie co ma wspólnego ten żenujący i wulgarny żart z wpisem o Maladze? W teorii byłem w mieście narodzin Pablo Picasso trzykrotnie, w praktyce nie spędziłem tam chyba nawet doby. Naturalnie nie z własnego wyboru – po prostu tak wyszło, że chcąc w tydzień zwiedzić całą Andaluzję, nie do końca miałem czas na Malagę, tym bardziej że w spotkałem się tutaj z przyjaciółmi, więc zamiast zwiedzać, rozmawialiśmy przy sardynkach i ośmiorniczkach.

Pierwsze kroki skierowałem do górującego nad miastem Castillo de Gibralfaro. I klasyczny błąd – zamiast sprawdzić czy na miejsce dojeżdża komunikacja miejska, wykosztować się 2€ na autobus i poczekać chwilę na przystanku, wchodziłem pieszo w ponad 30-stopniowym upale, wyglądając co najmniej jak Hobbici przy Orodruinie. I tak sobie myślę – niczego nie żałuję – widoki w zupełności rekompensują przepoconą koszulkę oraz brak wody (tak, na miejsce wybrałem się bez wody, kto bogatemu zabroni). Wprawdzie 131 m n.p.m. to nie K2, ale przy upale potrafi dać w kość. A raczej w głowę. Dopiero na szczycie zobaczyłem przystanek autobusowy i, niczym jeden z „Sąsiadów”, klepnąłem się po głowie… Przecież schodząc będę miał dokładnie te same widoki…

Ok, nieważne. Sama nazwa Gibralfaro to połączenie dwóch słów – arabskiego yabal (góra) oraz greckiego faruk (latarnia morska), co ma świadczyć, że lokacja Malagi sięga jeszcze czasów legendarnych pierwszych żeglarzy – Fenicjan. Zamek powstał jako uzupełnienie poniższej Alcazaby, która stała się łatwym kąskiem po wynalezieniu prochu. Alcazaba to taka mini-Alhambra, ale i najlepiej zachowany obiekt tego typu w Hiszpanii. Wytłumaczenie nazwy wyjaśni czym jest – Alcazaba -> Al-Qasbah -> Kasbah. Fani Cywilizacji V już wszystko wiedzą – Kasbah to twierdza typowa dla dawnego państwa arabskiego, spotykany od Maroka po Pakistan – wszędzie gdzie sięgali w średniowieczu Arabowie. Od razu wyjaśnię – w środku Alcazaby nie byłem, bo już za dwa dni miałem w planie odwiedzić Grenadę, więc po co wchodzić do miniatury czegoś dużo bardziej imponującego. Ale bilet łączny na oba obiekty kupiłem… Story of my life.

Po wejściu do zamku pierwsze kroki skierowałem do cienia, a w budynku okazało się mieścić muzeum. Klimatyzacji nie było, ale sam cień dawał dostatecznie dużo wytchnienia. Muzeum jest poświęcone wojsku hiszpańskiemu, począwszy od tradycyjnych tercios z czasów rekonkwisty i pokazuje nie tylko umundurowanie, ale także uzbrojenie armii hiszpańskiej, aż po rok 1925, kiedy to miasto uzyskało znacznie większą niepodległość wobec władzy królewskiej, a Castillo de Girbalfaro przestał pełnić tylko i wyłącznie rolę militarną. Osoby zainteresowane filatelistyką znajdą tutaj serie znaczków hiszpańskiej poczty wojskowej, miłośnicy kartografii szereg map z różnych lat. Są także śliczne miniaturki wojsk. I tylko trochę szkoda, że nie sięgnięto przed 1487 rok, czyli do czasów Emiratu Granady. Bo, nie oszukujmy się, jest to przecież część historii regionu Andaluzji, a nad samym zamkiem powiewa nie tylko flaga hiszpańska, ale też miasta Malagi oraz Andaluzji. Zresztą trochę mnie dziwi, że tak mało się mówi o przywróceniu kalifatu arabskiego właśnie tutaj, biorąc pod uwagę jak silne są nastroje promuzułmańskie w Europie.

Poza prochownią, w której znajduje się muzeum, są jeszcze ruiny studni, głębokiej na 40 metrów i wykutej w litej skale, kilka cystern (jednak w czasach dawniejszych woda była tutaj znacznie cenniejsza niż obecnie), piekarnie, dawny meczet/kościół oraz najciekawsza – zamknięte dla turystów zejście do Alcazaby, zbudowane w sposób praktycznie uniemożliwiający zdobycie. Teoretycznie, bo w praktyce po rekonkwiście Hiszpania nigdy nie była związana konfliktem zbrojnym sięgającym tak głęboko na Półwysep Iberyjski. Wojny albo odbywały się poza Iberią (Francja, Niderlandy) albo na morzu, albo Hiszpanie przegrywali je ekonomicznie, co zresztą stało się przyczynkiem do upadku imperium mającego we władaniu większość Ameryki Południowej i Środkowej.

I na tym skończyło się zwiedzanie tego dnia. Dosłownie, bo kiedy spotkałem się z przyjaciółmi i zaczęło się typowo hiszpańskie ucztowanie i ploteczkowanie, to z wczesnego popołudnia zrobiła się nagle 22 i jak wariat biegłem z torbami do hotelu żeby zdążyć na check-in. Tutaj uwaga – przygotujcie się, że w tańszych hotelach Hiszpanii NIKT nie będzie znał angielskiego. Chyba że to obcokrajowiec z krajów dawnego bloku wschodniego (bez problemu poznacie po akcencie). W hotelach na recepcji siedzi zazwyczaj typowa Juanita czy inny typowy Jose, którzy ‚no habla ingles’ i trzeba operować słowami-kluczami, czyli ‚booking’, podać imię i nazwisko i modlić się by nie było żadnych problemów. Bo nie przetłumaczycie.

Po szybkim prysznicu miałem dwie opcje – spanie, żeby rano być świeższym lub udać się jeszcze do centrum. Nie, nie na tapas – tych miałem aż nadto. Ciekawość zwyciężyła, tym bardziej że hałas dochodzący zza okna do snu nie zachęcał. W swej naiwności wierzyłem, że koło pierwszej w nocy w środku tygodnia miasto się nieco uspokoi, a spacer mi dobrze zrobi. Ha! Odpowiedz sobie na pytanie – co robić jeżeli jesteś na zasiłku (nie wiem ile wynosi, pewnie jakieś 1000€), czyli nie masz nic do roboty jutro, a temperatura powietrza spada do normalnych poziomów dopiero nocą? Tak, idziesz do tawerny. Po zachodzie słońca miasto ożywa nie tylko dzięki tubylcom – to bardzo ważne miejsce dla turystyki. Turystyki o nieco innym wymiarze niż np. w Granadzie. Tutaj przybywają ludzie dużo bardziej nastawieni na zabawę. Jest mnóstwo szkół językowych, a co za tym idzie – młodzież przyjeżdżająca szlifować hiszpański. Jak dobrze wiemy, język najlepiej ćwiczyć późnym wieczorem w akompaniamencie wina. Tutaj akurat niepotrzebnie jestem sarkastyczny – alkohol jednak łamie bariery, które ma wiele osób stawiających pierwsze kroki z nowym językiem. A świadomość, że nauka nie idzie w las zwiększa chęć do kontynuowania nauki. In vino veritas :)

Centrum Malagi sprawia wrażenie typowego centrum miasta nadmorskiego nastawionego na turystykę. Mnóstwo ulicznych sprzedawców i artystów. Prawie na każdym kroku bary oraz bodegi, lodziarnie i jogurciarnie (to w ogóle jakaś obsesja w Hiszpanii), widziałem co najmniej dwie herbaciarnie, zaskakująco mało restauracji oraz sklepy z przedmiotami kompletnie nieprzydatnymi dla lokalnego mieszkańca Malagi. Podobno, to już opinia znajomych z Andaluzji, najlepsze jedzenie jest w porcie. I ma to sens, bo wszędzie w Maladze podstawą menu były ryby czy inne owoce morza, a mięso, jeżeli już było w ofercie, miało kosmiczne ceny. Ale porty, jak to porty, mają raczej nie najlepszą reputację – jeżeli tam idziesz, lepiej wychodź trzeźwy, bo możesz mieć rano smuteczek i kreskówkowy guz na głowie. A, dla odmiany, nie mieć portfela.

Za to z rana jest zupełnie inaczej. Tak mniej więcej do 10, kiedy Hiszpanie powoli udają się do pracy, jest zupełna cisza. Zresztą spójrzcie na zdjęcia, gdzie wrzuciłem ten sam deptak rano i wieczorem. Jest różnica? Ranek to najlepszy moment na zwiedzanie zabytków, jeżeli nie chcesz wchodzić do środka, tylko porobić zdjęcia bez mnóstwa turystów w kadrze.

Chociaż tak szczerze pisząc, to w Maladze zbyt dużo do zwiedzania nie ma. Tradycyjnie osobny wpis poświęciłem kościołom, poza nimi chyba najważniejszym punktem wydaje się być muzeum poświęcone Pablo Picasso, w którym znajduje się prawie trzysta eksponatów wybitnego artysty. Cóż, nie odwiedziłem nie tylko dlatego, że szkoda mi czasu. Kubizm to zupełnie nie moja bajka jeżeli chodzi o pojmowanie sztuki i może gdybym miał spędzić w Maladze dłuższy czas, to z nudów bym wszedł… Rzymski teatr, znajdujący się u stóp Alcazaby, przechodzi obecnie renowację i znacznie lepiej wygląda nocą. Z licznych pomników, najbardziej fotogeniczny i wielokulturowy jest chyba mosiężna rzeźba Hansa Christiana Andersena, który w swoim dzienniku podróżniczym ‚W Hiszpanii‚ o Maladze napisał „w żadnym innym mieście w Hiszpanii nie czułem się tak szczęśliwy i tak komfortowo”. Cóż – mi zawsze bliżej było do braci Grimm :)

Ani piłkarski stadion ‚la Rosaleda’ ani arena do walk z bykami ‚la Malagueta’ nie należą do największych czy najatrakcyjniejszych w Hiszpanii. Ten pierwszy może fascynować tylko zagorzałych fanów, zaś arena do walk z bykami, poza muzeum, oferuje także (podczas Wielkanocy) walki torreadorów przebranych w stroje inspirowane sztuką Pablo Picasso. Ciekawym miejscem może być też ‚angielski’ cmentarz, leżący w pobliżu areny do corridy. Miejsce spoczynku protestantów znajduje się na terenie dawnego ogrodu botanicznego i gotyckie grobowce interesująco kontrastuje z licznymi egzotycznymi roślinami.

Rzadko się zdarza bym zwiedzał typowo mieszkalne dzielnice miast. Tutaj musiałem, bo używanie komunikacji miejskiej w czasie strajku oczywiście mijało się z celem. Zakorkowane i poblokowane ulice wymusiły dłuższy spacer, w czasie którego zrobiłem kółeczko dookoła miasta nie do końca się spiesząc oraz nie posiadając żadnej mapy pod ręką. Ot, od czasu do czasu pytałem napotkanych ludzi o stacion central i wskazywano mi drogę. Trochę gorzej gdy natrafiło się na bardziej wylewnego Hiszpana, podczas gdy ja potrzebowałem prostego gestu ręką.

Miasto ma swoje plusy, ale, cytując klasyka, rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów. Niewątpliwym pozytywem jest mnóstwo zieleni. Zrobiłem drobną weryfikację w swoich zdjęciach, także tych niepublikowanych i na palcach jednej ręki drwala jestem w stanie policzyć fotki bez jakichkolwiek roślinek. Zawsze gdzieś się schowa chociażby jedno drzewko, jeden krzew, jakaś forma cienia. Niestety, podobnie jest z reklamami. Tutaj starałem się filtrować i oszczędzać miejsce na swojej karcie pamięci. Marketing wielkoformatowy jest przerażający i powoduje odruchy wymiotne zawsze i w każdym miejscu, może poza blokowiskami, które często bywają równie straszne.

Problem jest także już po dotarciu na dworzec. Nie wiem czy gdziekolwiek widziałem takie kolejki. Jasne, można bilet kupić online, ale jeżeli nie wiesz o której wyjedziesz – jedyną opcją pozostaje dworzec. Efekt tego był taki, że na dworzec trafiłem w samo południe, a Malagę opuszczałem o 14:00. Jakoś tak o 90 minut za długo. Jest to podobno autokarowa norma na Półwyspie Iberyskim na bardziej obleganych trasach. A paniom w kasie się ewidentnie nie spieszy.

Kiedy już miałem wracać do Polski, popełniłem zasadniczy błąd – nie przewidziałem, że check-in do hotelu może trwać tak długo, nie doczytałem że za check-in po godzinie 23:00 jest dodatkowa opłata oraz że autobus niemal z Gibraltaru może się aż tak bardzo spóźnić. W efekcie do Malagi dotarłem nieco przed północą, do hotelu odrobinę po, a w pokoju byłem przed 1:00, tylko po to by wstać znów o 4:15. Czyli za trzy godziny w hotelu zapłaciłem 30€. Smuteczek i nie polecam. W ogóle mam dwie rady dotyczące zamieszkania w większych miastach Hiszpanii. Jeżeli nie macie kamiennego snu – albo bierzcie hotele poza centrum albo zaopatrzcie się w stopery do uszu. Klimatyzacja, jeżeli istnieje, jest maksymalnie zagrzybiona, więc jedyną opcją jest otwarte okno. A w Hiszpanii życie kwitnie do rana.

Zostaw Komentarz