Liberec – Prawdopodobnie najlepszy ogród botaniczny…

Liberec – Prawdopodobnie najlepszy ogród botaniczny…

zamieszczone w: Czechy, Europa | 0

Ogrody botaniczne to taki rzadki przypadek obiektu turystycznego, który niekoniecznie im starszy tym lepszy. Oczywiście zakładając, że nie jesteśmy zainteresowani drzewami, a inną roślinnością. Bo o ile kwiaty czy krzewy można wykopać i przenieść, bez problemu stwarzając tematyczny ogród, to już drzewo na zawsze musi pozostać, a jeżeli ktoś nierozsądnie je planował, to nigdy nie uda się zrobić na przykład krajobrazu pustynnego, jeżeli to tu, to tam przebija się jakaś sosenka albo dąb. Właśnie dlatego ogród w Libercu mnie tak bardzo zachwycił.

Kilka razy już pisałem, że bardzo lubię ogrody botaniczne i rozmaite wariacje na temat. Ten w Libercu jest najstarszy w Czechach i ma ponad 120 lat, stąd byłem nastawiony dość sceptycznie. Na szczęście, chociaż brzmi to dość absurdalnie i cynicznie, kilkanaście lat temu stare pawilony, które były w stanie kompletnej ruiny, zostały rozebrane, a tysiące gatunków przeniesionych do nowego pomieszczenia, wielkiej hali wzorowanej na druzie. Czym jest druza, odsyłam do wiki, dla mnie takie hasło nie mieści się nawet do kategorii ‚wiedza ogólna’. Dzięki temu udało się utworzyć kilkanaście tematycznych ekspozycji, ale po kolei.

Ogród botaniczny jest zaraz obok zoo, więc o ile nie przyjedziecie komunikacją miejską, lepiej dotrzeć znacznie wcześniej. Miejsc parkingowych w Libercu nie ma zbyt wiele – wszystkie są płatne (ceny w centrum to w ogóle jakiś absurd) i gdy opuszczałem ogród około południa, wszystko było zastawione. W środę. Nie chcę sobie nawet wyobrażać co może się tam dziać w weekend. Bilet wstępu, jak na Czechy i jak na ogród botaniczny, jest dość drogi. 140 koron to w przybliżeniu 22 zł – za tę kwotę z powodzeniem dostaniesz w Czechach obiad plus piwko. I to nie w jakiejś obskurwiałej budzie na rogu. Zresztą przykładowe ceny z samego serca Liberca znajdziecie zresztą przy okazji innego wpisu.

Początek jest bardzo słaby i gdyby oceniać książkę po okładce, powinienem był wyjść już po dwóch pierwszych alejkach, gdzie nie zachęcają już przekwitłe krzewy oraz natywne dla Czech (a co za tym idzie i dla Polski) drzewa. Chwile potem róże, które też pozostawiają sporo do życzenia oraz rododendrony, z których pozostały tylko liście. Wiedziałem jednak, że główny cel mojej wizyty to wielki pawilon, a wszystko przed miało być swego rodzaju aperitifem, dopóki nie doszedłem do przyrody górskiej, dość gorzkim i niesmacznym. Jednak już flora Karkonoszy wywarła na mnie pozytywne wrażenie, a potem jest tylko lepiej. A wszystkiemu towarzyszą mapki z opisem, głośniczkami i informacją dotyczącą danego działu. Po angielsku, niemiecku, czesku i, czasem, polsku.

Zawsze miałem słabość do skalniaków i oczami wyobraźni widzę siebie w ogrodzie w wieku lat 60 przy dzwonkach, fiołkach, rozchodnikach i macierzankach. Zresztą kiedy dorwałem się do rojników, które były przykryte siatką i ich rabata miała długość kilkunastu metrów, byłem zachwycony. Chodziłem w tę i z powrotem, porównywałem gatunki, oglądałem kwiaty – jak małe dziecko. Rojniki mają niestety to do siebie, że szybko zawłaszczają cały skalniak i trzeba o niego bardzo dbać by nie zajęły miejsca ładniejszym i delikatniejszym roślinom.

Ale starczy tego dobrego, czas zasiadać do głównego dania, o którym tyle się naczytałem. Oczekiwania były wysokie, ale po dotychczasowych wrażeniach z Liberca, podświadomie znacznie obniżyłem poprzeczkę. I zostałem absolutnie urzeczony pięknem tego miejsca. Pierwsze kroki skierowałem do kaktusów, których nigdy specjalnie nie doceniałem. Miałem to szczęście, że trafiłem na porę podlewania, stąd część zdjęć mogłem wykonać bez szyby oddzielającej turystów od roślin. Niestety, żeby utrzymać mikroklimat specyficzny dla kaktusów, muszą być zamykane, aby zgadzała się wilgotność i temperatura. Z dwóch korytarzy z kaktusami oraz innymi sukulentami, czyli roślinami żyjącymi w ekstremalnych warunkach, wychodzi się wprost na drzwi do tarasu pawilonu pustynnego.

Tutaj właśnie zaczyna się największy fun. Każdy tematyczny pawilon, których jest kilkanaście to zupełnie inne doświadczenie, całkowicie inna roślinność i kompletnie inny klimat. Dosłownie! pomieszczenia są oddzielone automatycznie zamykanymi drzwiami i na przykład w dżungli równikowej jest takie gorąco i wilgotność, że aparat mi momentalnie zaparował, a na plecach pojawił się pot. Jasne – to tylko namiastka przez którą można przejść i z daleka podziwiać roślinność. Pawilony mają po 100-150 metrów kwadratowych, ale ścieżka to ledwie 1-2 metry szerokości oraz kilkanaście długości. Nie ma róży bez ognia, dużo większe sale wymagałyby większych nakładów finansowych, które zwłaszcza w zimie, gdy trzeba utrzymać temperatury rzędu 30 stopni w górskim miasteczku, byłyby kolosalne. Na takie atrakcje mogą sobie pozwolić pewnie Arabowie lub inny kraj, w którym są wyższe roczne temperatury i znacznie wyższe roczne wpływy do budżetu.

No dobrze, ale a końcu jakie są tematy tych pawilonów? Paleotropis czyli tropiki Starego Świata – dżungle Eurazji i Afryki oraz Neotropis – lasy deszczowe Ameryk. Pustynie podzielono w podobny sposób, chociaż brakuje tutaj przedstawicieli Azji – jest Afryka i Madagaskar oraz Ameryka, głównie prezentujące roślinność naskalną i kaktus, gdyż sama pustynia – z definicji – nie obfituje w formy życia. W pawilonie lasu pierwotnego można się poczuć niczym w Parku Jurajskim. Ta kombinacja roślin nie występuje nigdzie w przyrodzie i jest to tylko fantazja, oczywiście wsparta naukowymi przesłankami, na temat jak mogły wyglądać lasy na ziemi miliony lat temu. Bardzo ciekawe przeszklone pomieszczenie z roślinami mięsożernymi – jednymi z najrzadszych roślin całej flory kuli ziemskiej i najtrudniejszym do utrzymania w sztucznych warunkach. Swoją własną gablotę mają także orchidee, tak inne od popularnych storczyków, które są chyba w każdym polskim domu.

Ciężko to wszystko opisać. Ja mam to szczęście, że wiele sfer klimatycznych widziałem na własne oczy, ale prawda jest taka, że nawet wizytując kraje tropikalne, podczas wyprawy do dżungli czy lasu nie dostrzeżesz połowy roślin, które zobaczysz w ogrodzie botanicznymi. Zwłaszcza kwiatów. A właśnie! Kwiaty mają swój osobny pawilon, już nie podzielony na kontynenty. Są tam między innymi przykłady roślin ozdobnych sprzed setek lat, z czasów gdy na kwiaty stać było tylko księżniczki, a ogrzewać w komnacie trzeba było oszczędnie. Ponadto można zobaczyć liczne gabloty o charakterze informacyjnym. Głównie rozmaite formy skamielin, chociaż jest także pokaźna kolekcja muszli.

Bo przecież rośliny to także woda! Akwarium jest raczej skromne. Nie powiem że symboliczne, bo aż tak źle nie jest. Są wspaniałe przykłady morskiej rafy koralowej, wyb jaskiniowych i słodkowodnych. Chociaż trzeba przyznać, że to raczej dodatek do pozostałych atrakcji. Niestety, dodatek który skupia na sobie uwagę większości turystów. Bo w środku są rybki. I te rybki sobie pływają. I są takie kolorowe. Racja, jasne, zgadzam się, ale… O lepiej zaplanowany ogród botaniczny jest naprawdę ciężko, a o dobre akwaria jest zdumiewająco łatwo. Ba! Śmiem twierdzić, że można takie (albo i lepsze) napotkać w prywatnych domach, a najbliższa dżungla to jakieś tysiące kilometrów.

Wisienką na torcie, którą nieomal przegapiłem, gdyż znajduje się na tyłach ogrodu, za wyżej wymienioną halą, jest mniejsza hala z olbrzymim basenem. Basen ten emuluje ciepłe wody Amazonii i rosną w nim wiktorie. Wiktoria to roślina o olbrzymich, talerzowych liściach, które pływają na powierzchni wody. W niewoli osiągają do dwóch metrów średnicy, zaś w środowisku naturalnym potrafią być niemal dwa razy większe. Mają też specyficzną budowę, potrafiącą utrzymać kilkanaście kilogramów, ale jednocześnie, pod odpowiednim kątem, są bardzo kruche. Oraz posiadają przepiękne kwiaty.

Podsumowanie? Absolutnie największa atrakcja Liberca, o ile nie pojechałeś do tego czeskiego miasta by uprawiać sporty zimowe. Wspaniałe miejsce, w którym można spędzić kilka godzin i się nie nudzić – ja byłem dwie, które zleciały jak z bicza strzelił i gdybym mógł, spokojnie posiedziałbym w środku jeszcze drugie tyle. Cena, jak napisałem wcześniej, dość spora, ale ogród wart jest każdej korony. Wart jest także tego by wybrać się do niego na wycieczkę, jeżeli mieszka się na zDolnym Śląsku. A przy okazji można zwiedzić równie piękny Liberec.

Zostaw Komentarz