Liberec – Miasto pod Jeszczedem

Liberec – Miasto pod Jeszczedem

zamieszczone w: Czechy, Europa | 0

Jako że w Libercu odwiedziłem nie tylko wspaniały ogród botaniczny, ale też, a może przede wszystkim, poznałem najpiękniejszą Czeszkę na świecie, moja ocena tego miasta może być znacznie bardziej entuzjastyczna niż zazwyczaj i Twoje odczucia mogą być diametralnie inne. Ale dwa dni spędzone w tym mieście pozwoliły mi poznać je dość dokładnie. Zgodnie bowiem z moją teorią, którą przedstawiłem gdzieś indziej na tym blogu, skoro miasto ma około 100000 tys. ludzi, nie powinno się mu poświęcić więcej niż kilkunaście godzin i byłby to błąd. Oczywiście wliczając rozmaite atrakcje leżące w bezpośrednim pobliżu Liberca – dajmy na to nie dalej niż kilkanaście minut samochodem. Zaraz zobaczycie dlaczego…

Niestety, w mieście jest też całkiem sporo Cyganów. Skoro przy okazji Teplic napisałem parę słów o Arabach, teraz czas na prawdziwą mniejszość narodową w Czechach, stanowiącą nawet kilka procent. Bodajże w Lonely Planet czy innym Rough Guide przeczytałem, że Liberec ma poważny problem ze skinheadami. Przewodniki te były raczej wiekowe i, z tego co zauważyłem, czescy narodowcy tę walkę przegrali. Cyganie w Libercu są po prostu wszędzie, ale w nieco innej formie niż w Polsce. Od razu wyjaśnię, żeby nie było nieporozumień – nie lubię Cyganów. Nie mam żadnych dobrych doświadczeń z nimi związanych, za to bardzo wiele złych, na szczęście bez rękoczynów. Wśród swoich znajomych osoby(ę), które mówią o nich pozytywnie mógłbym zaliczyć do błędu statystycznego, a co najgorsze – są oni uprzywilejowani w Polsce jako mniejszość narodowa.

Jestem zwolennikiem delegalizacji i penalizacji żebractwa, zakazu gry na akordeonie w komunikacji miejskiej, plucia do jedzenia oraz drastycznych kar (także cielesnych) za kradzieże i oszustwa, nie tylko wśród tej mniejszości. Tak, w obecnych czasach poprawności politycznej, prawdopodobnie mieściłbym się w kategorii faszysta, gdyby nie moje liberalne poglądy gospodarcze. Czarę goryczy przepełnia, że w Polsce Cyganie się nie asymilują, na co mają pełne przyzwolenie władz i mainstreamowych mediów. Tym właśnie byłem zaskoczony w Czechach, chociaż Czesi (a przynajmniej ci, których o to pytałem) tego w ten sposób nie odbierają i nadal traktują ich jako intruzów.

Zacznijmy od spojrzenia na miasto z góry. Chociaż Jeszczed ma zaledwie 1012 m n.p.m., jest niekwestionowanym symbolem Liberca, do tego stopnia, że często mówi się o nim ‚miasto pod Jeszczedem’. Górę, wraz z jej symbolem – wieżą telewizyjną widać z prawie każdego punktu miasta oraz okolicy i działa to w dwie strony. Przy dobrej widoczności, a taką miałem, z Jeszczedu bez problemu widać naszą rodzimą Bogatynię. Podobno w zasięgu wzroku znajduje się także około 30% terytorium Republiki Czeskiej.  Na szczyt można wjechać samochodem, po zaskakująco dobrej jakościowo drodze, ale wtedy traci się bardzo, bardzo dużo. Nawet kolejka linowa (najdłużej działająca kolejka w Czechach), w której kilkadziesiąt ludzi siedzi zamknięte niczym sardynki w puszce, nie da tego co piesze wejście. Przede wszystkim widoki – wprawdzie bezpośrednie wejście nie oferuje nic poza spalonymi kaloriami, ale już szlaki turystyczne zahaczają o schroniska czy punkty widokowe. Najdłuższy szlak to połączenie niebieskiego i zielonego na łączną długość około ośmiu kilometrów i obejmuje dwa inne szczyty – Skalkę (896 m) oraz Cerny vrch (944 m).

A co gdy już wdrapiemy się na szczyt? Wreszcie możemy w pełni docenić 94-metrową wieżę radiowo-telewizyjną, w której znajduje się także hotel o zaskakująco przystępnych cenach, zupełnie zbędny latem taras widokowy, restauracja oraz bufet, urządzenia łączności czy maszynownia. Obecny kształt budynku, w formie swego rodzaju iglicy, pochodzi z lat 1966-73 i powstał w miejsce hotelu, który spłonął w roku 1963. Dzięki swojemu wyglądowi i strukturze, wieża bardzo wysmukla i wizualnie podnosi gorę, jednak narażona jest na podmuchy wiatru, co zauważono jeszcze przed otwarciem. Remedium było dodanie 600-kilogramowego obciążnika oraz tłumików drgań. Miejscowi zakochali się w nowym budynku do tego stopnia, że otrzymał on tytuł budowli stulecia oraz kilka nagród międzynarodowych. Podjęto też bezskuteczne próby wpisania tego młodego tworu na listę międzynarodowego dziedzictwa UNESCO, co byłoby już chyba przegięciem. Jako dowód tej miłości, w 2001 roku zebrano kwotę 750 tysięcy koron (przy obecnym kursie około 300 tys. Euro) wśród obywateli i instytucji, dzięki czemu Jeszted świeci w nocy, wyglądając jak startująca w kosmos rakieta.

U stóp hotelu jest mnóstwo miejsca, dzięki czemu możemy podziwiać prawdziwą panoramę okolicy. Niestety, tak naprawdę najgorzej widać Liberec – praktycznie nie ma możliwości nacieszenia się pełną panoramą miasta, gdyż nadajniki radiowo-telewizyjne zasłaniają sporą część widoku i trzeba się nagimnastykować by mieć widok na cały Liberec. Wymagany jest jednak mieć sokoli wzrok by dostrzec jakiekolwiek charakterystyczne punkty; ja dopiero w domu przeglądając fotki zrobione obiektywem 200mm znalazłem ratusz, tylko dzięki charakterystycznej bibliotece w pobliżu. Gdzieś na skałach przy ławeczkach napotkałem też małego Marsjanina. To rzeźba, która ma symbolizować… No właśnie nie wiem co. Może nic. Może po prostu tam jest? Czas wracać! Ale jak to – tak piechotką? To by było zbyt proste! Wynajęcie dużej hulajnogi, która na reklamie nazywana jest indiańskim skuterem, to dwa Euro, zjazd ma siedem kilometrów i trwa około dziesięciu minut. Ilości funu nie da się przeliczyć na pieniądze – nie pamiętam kiedy tak dobrze wydałem tak niską kwotę :)

Skoro mowa o szczytach w pobliżu Liberca – ostatnie kroki przed wyjazdem skierowaliśmy na Liberecką Vysinę. Chyba nazwy nie trzeba tłumaczyć. Liberec, o czym wcześniej nie wspomniałem, a powinienem, leży w kotlinie, zatem udaliśmy się na przeciwległą do Jeszczedu stronę by spojrzeć na miasto. Och, jakaż to była droga przez mękę dla mojego batmobilu! W pewnym momencie myślałem, że koło jest urwane… Droga z mnóstwem zakrętów, bardzo stroma, po nawierzchni błotno-kostkowo-piaskowej. I tylko sobie powtarzałem: ‚oby było warto, oby było warto!’. Nie było. O samej restauracji się nie wypowiem, bo nic nie jadłem, jedynym plusem było piwo Žatec 13 ciemne – chyba najlepsze po Bernardzie 12 z czeskich lagerów, które próbowałem. Wejście na wieżę zamkową (z tym zamkiem to trochę mnie ponosi, bo budynek został wybudowany na początku XX wieku, dzięki Heinrichowi Liebiegowi, ale jest mocno stylizowany na średniowiecze) kosztuje 30 koron (1€), za które dostajesz też kartkę pocztową z pieczątkami lokalnymi. Ok, pieczątki fajny motyw, szczególnie jeżeli ktoś zbiera. Po wejściu na górę oczom mym ukazał się las… krzyży. Spoglądam przez jedno okno – las i góry. Drugie – góry i las. Trzecie – las i las. W końcu czwarte okno daje widok na Liberec. Taki sobie – bardzo ładnie widać zaporę na Harcowie.

Ostatnio bowiem tak mam, że gdzie się nie pojawię, przede wszystkim szukam punktów obserwacyjnych i wejścia na nie. W Libercu były trzy kandydatury, ale gdy wieża ratuszowa okazała się łatwo dostępna, wszystko inne poszło w odstawkę. Tutaj właśnie poznałem najpiękniejszą Czeszkę na świecie. Gdy zobaczyłem ceny biletów, troszkę się zdenerwowałem – sala ceremonialna 30 CZK, wieża 30 CZK, oba obiekty… 70 CZK. WTF! Jak dwie rzeczy w pakiecie mogą być droższe niż osobno? Gdzie logika?! Nic to, jak zwykł mawiać Michał Wołodyjowski. Jako że jestem zadekowany w hotelu Praha i do ratusza mam dosłownie 50 metrów (tutaj mała dygresja – ten hotel to świetne miejsce, w samym sercu miasta; i w tym przypadku w samym sercu nie oznacza 10 minut pieszo, tylko minutę), łapię się na pierwszą wycieczkę tego dnia. Już mam wychodzić i cieszę się z prywatnego przewodnika, podczas gdy wchodzi para emerytów z, jak się później okazało, Danii. ‚You can go now’ mówi do nich kobieta w punkcie informacyjnym, a ja mam najgorsze myśli. Na szczęście Duńczycy w połowie wycieczki sobie poszli. Tyle wygrać! Nie, nie opiszę tutaj historii miłosnej, która się tego dnia wydarzyła – kto ma wiedzieć, ten wie. Z młodszą ode mnie o dziesięć lat panią przewodnik-praktykantką spotkaliśmy się jeszcze tego samego wieczora i następnego dnia. A na wieży ratuszowej połączyła nas niechęć do Cyganów oraz humor angielski. Mam nadzieję pewność, że jeszcze się zobaczymy ;)

Czyli będzie nuda o ratuszu? Nie taka znów nuda, ratusz w Libercu jest piękny, szczególnie z zewnątrz. Wspaniała neorenesansowa fasada przywodzi na myśl bardziej katedrę niż budynek administracyjny z końca XIX w. Wysoka na 65 metrów wieża i jej dwie mniejsze siostry z miedzianymi szpicami to drugi, po Jesztedzie, symbol miasta. Wzorem dla architekta był ratusz wiedeński i trzeba przyznać, że podobieństwo jest widoczne na pierwszy rzut oka. Rzućmy zatem okiem po raz drugi lub trzeci. Z każdej strony zachwycają wykończenia: płaskorzeźby z mottami odwołujące się do patronów miasta, wspaniałe witraże, nie naruszone od czasów otwarcia ratusza, nawet w trakcie II Wojny Światowej. Bogato zdobione malutkie wieżyczki dookoła większych wież, wszystkie strzeliste, przypominające rakiety gotowe do wystrzału. A widoki z wieży? Tu już nie jest tak różowo, bo Liberec nie ma tak wielu znaczących punktów, by można je podziwiać z tarasu widokowego. Rynek, z fontanną w miejscu dawnego ratusza, wygląda ślicznie, inne strony już nieco gorzej :)

No to trzeba zejść do środka. Tutaj zaczynają się problemy. Dla mnie. Z brakami w słownictwie i wiedzy. Bardzo lubię architekturę zewnętrzną, trochę już budynków widziałem, ale nie twierdzę że jestem ekspertem. Tym niemniej potrafię ocenić walory artystyczne dość sprawiedliwie. Z wnętrzami mam zawsze kłopoty, bo są sprawami bardziej indywidualnymi – tutaj w szczególności podobały mi się witraże. Bo w zasadzie to one były głównym celem wycieczki wraz z drewnianą halą ceremonialną. To w niej, pod ważącym pięćset kilogramów żyrandolem, wita się nowo narodzonych mieszkańców Liberca oraz udziela ślubów czy rozdaje dyplomy i świadectwa maturalne. Zaskoczył mnie głównie ten pierwszy zwyczaj, chociaż ma logiczne uzasadnienie. Uwaga! Mongolska teoria: osoby niewierzące potrzebują jakiegoś rytuału wprowadzenia do społeczeństwa, którym dla chrześcijan jest chrzest. Może być nim właśnie uroczyste przyjęcie w poczet mieszkańców w hali ceremonialnej. W witrażach, jak przystało na świeckie społeczeństwo, zamiast świętych, mamy ich odpowiedniki – personifikacje cech miasta (handel – Merkury, nauka, medycyna, przemysł – Hefajstos czy sztuka). Jeden zabobon zastępuje inny :)

Ach, zaraz przed wejściem znajduje się rzeźba Davida Cernego przedstawiająca… Nie do końca wiem co – człowieka zamieniającego się w krzesło? David Cerny to podobno taki właśnie artysta, który słynie głównie z kontrowersji. No to tutaj zrobił coś symbolizującego władzę przedmiotów nad człowiekiem. Przynajmniej tak mi to wyjaśniono… Druga statua jest już bardziej tradycyjna i przedstawia Neptuna. Fontanna upamiętnia dawny sposób pozyskiwania wody przez miasto, ostatni przed wybudowaniem sieci wodociągowej.

Najstarsze budynki mieszkalne w mieście pochodzą z lat 1678-81 i dość trudno byłoby je znaleźć bez mapki pomocniczej. Zresztą – na fotkach prezentują się znacznie lepiej niż w rzeczywistości i niech pozostanie tajemnicą do sprawdzenia na własne oczy dlaczego tak jest. Angielska nazwa to Wallenstein’s Houses, ale już czeska – Valdštejnské domky. Nie rozumiem skąd taka rozbieżność.

Główny rozkwit miasta przypada na drugą połowę XIX w., stąd starsze budownictwo to w większości kamienice eklektyczne oraz secesyjne. Najlepszym przykładem, jak dowiedziałem się na informacji turystycznej, miała być ulica Masarykova. Ale, niczym Adaś Miauczyński, pomyślałem sobie ‚a co mi będzie pierdolić ta żółta pacynka’. I, klasycznie, się pomyliłem. Szeroka aleja jest przepełniona jest przepięknymi willami, w różnym stopniu zachowania, z olbrzymimi zielonymi ogrodami. Widać klasyczną niemiecką rękę, którą tak często zachwycam się w starszych częściach Wrocławia. I która jest tak intensywnie tępiona na rzecz wszechobecnego betonu, który przecież nie wymaga utrzymania. Wisienki na torcie są dwie, ważnych punktów zainteresowania – trzy.

Zacznijmy od najmniej ciekawego architektonicznie. To nie zabrzmi zbyt męsko, ale mnie motoryzacja interesuje dość średnio. Nie wiem jaki mam silnik ani ile koni pod maską, nie wiem czym się różni praca silnika na oleju napędowym i benzynie i nie mam pojęcia, jakie powinienem mieć ciśnienie powietrza w oponach. Za to, jako samozwańczy esteta, polakierowałem sobie auto na czarny mat :). Bo są sprawy ważne i ważniejsze. Zatem dochodząc do muzeum motoryzacji w Libercu, mojej uwagi nie przykuła ani lokomotywa pociągu, ani spychacz do śniegu (jakkolwiek się fachowo nazywa), tylko maluch cabrio w kolorze limonkowym. Zresztą pomysł kabrioletu w barwie odblaskowej jasnej zieleni (która ma swoją nazwę, ale zapomniałem, starość nie radość) chodzi mi po głowie od dłuższego czasu. Ok, maluch strasznie mi się spodobał, ale do środka nie wszedłem, bo brak czasu na takie atrakcje. Dużo chętniej wszedłbym do automuzeum w miejscu urodzenia Ferdynanda Porsche (tak, pochodził z Liberca), ale jest czynne tylko w niedzielę przez kilka godzin. Cóż, ich strata.

Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej, w budynku dawnych łaźni, mieści się galeria sztuki, piąta co do wielkości na terenie Czeskiej Republiki. Galeria jak to galeria, pewnie w środku są jakieś obrazki i posążki… Ale z zewnątrz. Wybudowany by uczcić 50-lecie panowania Franciszka Józefa I, ostatniego wielkiego Habsburga, ciągnie się wzdłuż Masarykovej przez jakieś kilkadziesiąt metrów. Zaskakująco, nad wejściem data wskazuje rok 1900, chociaż napis nieco dalej wyraźnie wskazuje w/w okoliczność, która miała miejsce w 1898 roku… Dwa lata spóźnienia? W kraju pod niemieckim nadzorem? Średnio mi się chce w to wierzyć :) Po przeciwległej stronie skrzyżowania wzniesiono muzeum północno-czeskie, które hojnie wsparł jeden z najznamienitszych rodów Liberca – Liebiegowie, a wieża jest wierną kopią wieży dawnego ratusza miejskiego, zburzonego w 1892 roku.

To oczywiście tylko fragment bogatego budownictwa Liberca, powstałego w czasach napływu rzemieślników do miasta. Część domów jest oczywiście w stanie ruiny, mniejszej lubi większej – jak to się skończy można łatwo przewidzieć… Oczywiście kilka dzielnic swoim wielkim ostrzem nieociosanych kamiennych brył zniszczyła wielka maczuga komunizmu, a gdzie się dało, działa destrukcji dopełnił karabin maszynowy modernistycznych galerii i wszędobylskich banerów reklamowych.

A co tam jeżeli chodzi o kościoły? To samo, co wszędzie :) Tutaj spotkał mnie największy zawód całej wycieczki – parkujemy przy rynku przed zameldowaniem się w hotelu (30 minut za 40 koron! nie parkuj w Czechach w pobliżu centrum!) i widzę wielki kościół z otwartymi drzwiami. Myślę sobie: ‚tak jest! większe miasto, to i cywilizacja i turystyka sakralna dotarła’. Niestety, klasycznie powitała mnie krata przed wejściem. Czyli tak – XVI-wieczny kościół św. Antoniego, pierwszy murowany budynek w mieście jest teoretycznie czynny, ale i tak zamknięty dla zwiedzających. Leżący nieopodal barokowy kościół św. Krzyża ma już doszczętnie zniszczone schody i starte tablice pamiątkowe. Na informacji powiedziano mi, że msze nadal się w nim odbywają i wnętrze pozostało nietknięte od XVIII w., kiedy otwarto tutaj także pierwszą bibliotekę w mieście. Słowami komentatorów radiowych: ‚szkoda, że państwo tego nie widzą’. W ogrodzie przy kościele znajdują się stacje drogi krzyżowej oraz kolumna morowa. Ogród jest oczywiście zamknięty na cztery spusty i otoczony drutem kolczastym… Brak słów.

Miejskie zoo, leżące przy ogrodzie botanicznym, jest najstarszym w Republice Czeskiej i szczyci się m.in. białym tygrysem, na cześć którego nazwano zresztą lokalną drużynę hokejową. Dla dzieci jest też DinoPark, mieszcząca się na trzech piętrach centrum handlowego Plaza, tematyczna ekspozycja poświęcona olbrzymim, wymarłym gadom. Ze względu na brak czasu nie odwiedziłem IQlandii, chociaż polecała mi ją każda osoba, którą pytałem o miejsca warte zwiedzenia. I jeżeli kiedyś wrócę do Liberca, to właśnie do otwartego w 2014 centrum nauk ścisłych. Planetarium 3D, zabawy z ciekłym azotem, iluzjami optycznymi, wysokim napięciem i łącznie kilkaset eksponatów? Za 5€?!?! Oj, wydaje mi się, że któregoś wrześniowego dnia zobaczycie wpis z iQlandii ;)

Polecę Ci jeszcze tylko dwa miejsca. Pierwsze to, moim zdaniem, obowiązkowy punkt wycieczki po Libercu, nie tylko ze względu na tematykę. Mówi się, że dla Polaków podobne obiekty powinny mieć szczególne znaczenie, ale to typowa martyrologia, bo pod butem komunizmu cierpieliśmy nie tylko między Odrą, a Bugiem. A pomnik ku czci ofiar komunizmu jest po prostu ciekawy wizualnie. Z wyglądu przypomina nieco monolit z filmu ‚2001: Odyseja kosmiczna’ – jest wielkim czarnym blokiem, wysokim na jakieś siedem metrów i szerokim na co najmniej trzy. Z obu stron przyklejone są lustra, ważące 800 kg każde, a na ziemi odwrócony napis, by widoczny był poprawnie tylko w lustrze „sám v sobe hledej, zda svobodu bráníš, ctíš nebo omezuješ”, znaczący mniej więcej „spójrz w siebie i oceń czy bronisz wolności, szacunku czy opresji”.

Drugą ciekawostką artystyczną jest przystanek autobusowy na przeciwko biblioteki miejskiej. W całości wykonany z brązu przez Davida Cernego ma wiele wymiarów symboliki. Wspominana tu wielokrotnie Czeszka, artystę oceniła słowami ‚he is just crazy’. przystanek ma przedstawiać historię Liberca jako stół, stąd znajdziemy na nim żydowską menorę, niemiecki kufel, mięsożerne rośliny (nawiązanie do ogrodu botanicznego) oraz zagadkowa głowa na talerzu… Cygański element został prawdopodobnie skradziony. Biorąc pod uwagę jego rzeźbę na rynku, o której pisałem wcześniej – może rzeczywiście gość ma nie po kolei po sufitem?

I teraz wchodzi wujek dobra rada – na wschodniej ścianie ratusza jest zejście do piwnicy, w której znajduje się restauracja. To najlepsza kombinacja stosunku cena/jakość, jaką spotkałem w Czechach oraz największy wybór piwa, wliczając także weizena (za picie którego dostałem od Czeszki ochrzan, bo to nie jest tradycyjnie czeskie piwo i jak ja mogę w ogóle w Czechach pić piwo niemieckie). Radniční sklípek to relatywnie nowe miejsce, otwarte ponownie po kilkunastu latach wakatu w podziemiach ratusza, stąd nie ma zbyt wielu recenzji na tripadvisorze. I można ją łatwo ominąć. Dużą michę dostaniemy też w polecanej na TA restauracji Balada (ul. Moskevska), chociaż trafiła mi się chyba najgorsza kelnerka w historii moich podróży.

Liberec mi się bardzo spodobał, co zresztą widać z tego opisu. Jest tutaj co robić i to świetny punkt wypadowy w Karkonosze. Kiedy rejestrowałem się w hotelu, słysząc moje narzekania na Teplice, dziewczyna na recepcji powiedziała, że mieszka tutaj od urodzenia i to z wyboru, nie z przymusu. I wcale jej się nie dziwię, bo miasto rzeczywiście ma swój klimat. Pal licho tych Cyganów ;), tutaj jest naprawdę fajnie i klimatycznie. Idealnie wyważone proporcje między dużym miastem, a miasteczkiem z kilkunastoma tysiącami ludzi. Mające podobną populację Opole, Grudziądz czy Chorzów odpadają w przedbiegach. Jeśli mieszkasz na południowym-zachodzie Polski i jeszcze tutaj nie byłeś – nie zastanawiaj się ani chwili.

Zostaw Komentarz