La Alcaidesa – Życie jak w… Madrycie?

La Alcaidesa – Życie jak w… Madrycie?

zamieszczone w: Europa, Hiszpania | 0

La Alcaidesa leży w bliskim sąsiedztwie Gibraltaru, czy też jego hiszpańskiego odpowiednika, La Linea de Concepcion. Konstrukcja tego osiedla/miasteczka/wioski rozpoczęła się kilkanaście lat temu, podczas ‚lepszych czasów’, kiedy wydawało się, że ekskluzywny resort wypoczynkowy z basenami i pobliskim polem golfowym to dobry pomysł. Jak zwykle różowe marzenia wpadły na mieliznę czarnej rzeczywistości i teraz tkwią, niczym wrak, w szarej teraźniejszości.

Przy okazji tego wpisu dostaniecie małą lekcję ekonomii, która zburzy szeroko propagowane hasło ‚nie można stracić na nieruchomościach’. Można. Dużo. Mieszkania w La Alcaidesie w szczytowym okresie prosperity i zainteresowania wypoczynkiem na Costa del Sol (o ile Alcaidesa jeszcze zalicza się do Costa del Sol, to zagadka dla radzieckich uczonych) kosztowały w okolicach 400 000 € za 80m^2. 80 metrów to całkiem solidne lokum, ale nawet jeżeli dorzucimy do tego całoroczny dostęp do basenu, świetny widok, niezła pogodę, to cena jest po prostu nieadekwatna. I tu z pomocą przyszedł kryzys.

Tak, w tym momencie wyszedł ze mnie bezduszny kapitalista i wolnorynkowiec. Kryzys przyszedł i dał po kieszeni, ale nie dał po kieszeni ludziom, którzy mieli mieszkania i domy na własność, tylko ludziom, którzy pozaciągali kredyty nie do spłacenia. Czyli żyli ponad stan. Ten sam ból, który dzieje się w Polsce (i w większości świata) w skali makro, dotknął ludzi w skali mikro. Budowa na kredyt stadionów, aquaparków, drogich autostrad, na które nie stać społeczeństwa, niczym nie różni się od zakupu ekskluzywnego apartamentu za pożyczone pieniądze. Niczym.

Przyszedł kryzys, a do właścicieli mieszkań z La Alceidesy zapukali smutni panowie w garniturach i powiedzieli ‚sprawdzam’. Okazało się, że ani Jose, ani Ramon, ani Hector, ani Sebastian, ani Diego, ani Alejandro nie mają pesos na spłatę raty kredytowej. I wygląda na to, że w najbliższej przyszłości nie będą mieli. Większość lokali wróciła zatem pod opiekę banku. Minął rok, dwa, trzy, aż parlament hiszpański powiedział STOP. Wydana ustawa zobowiązała banki do częściowej wyprzedaży posiadanych nieruchomości. W zasadzie dla banków nie było to takie złe, bo podatki i koszty utrzymania pustostanów rosły, ale z braku zainteresowania i braku pieniędzy na rynku pojawił się ‚dołek’. Do tego stopnia, że w tej chwili ten sam apartament, który kilka lat temu kosztował 1,7 mln PLN, dziś można dostać za 500 tys. PLN. Koszty kredytowe to jakiś żart, na poziomie inflacji w Hiszpanii. Roczny podatek też niewielki (zależny od metrażu, chyba 600€/100m). Można? Można.

Gdybym nie zainwestował niedawno w mieszkanie we Wrocławiu, mając wolny zawód, rozważyłbym przeprowadzkę np. do Alceidesy. A kiedy w lecie jest za gorąco, bo dla mnie 35 stopni w sierpniu to jest za gorąco, można mieszkanie wynająć i wrócić, na przykład, do Polski. Na letnie terminy jest mnóstwo chętnych Brytyjczyków i Niemców, którzy płacą kwoty rzędu 1000 € miesięcznie, czyli ktoś nam opłaca wakacje w mniej upalnym kraju.

Wpis ten nie ma Was namawiać na siłę do zakupu. Nie jestem agentem nieruchomości i pewnie nigdy nie będę. Nie będę pośredniczył w zakupie. Nie załatwię za nikogo formalności. Chciałem po prostu pokazać alternatywę. Ja pewnego dnia na pewno opuszczę Polskę na dłużej. Bo życie jest za krótkie, by spędzić je w jednym miejscu.

Zostaw Komentarz