Kutaisi i okolice – szukając Złotego Runa

Kutaisi i okolice – szukając Złotego Runa

zamieszczone w: Azja, Gruzja | 0

Na lotnisku w Kutaisi lądujemy jako ostatni samolot tego dnia, w okolicach 22:00. Zmęczenie jest ogromne, bo skończyłem pracę o godzinie 4:30, a Wrocław opuściliśmy o siódmej rano. 5-6 godzin jazdy do Warszawy polskim busem pozwoliło złapać dosłownie kilkadziesiąt minut snu, bo w żadnym środku lokomocji spać nie potrafię, chociaż zawsze jestem bardzo senny. W Warszawie zostaliśmy klasycznie wydymani przez taksówkarza na jakieś 30 zł. Nigdy w żadnym innym mieście Polski czy świata nie zdarzyło mi się tyle takich przypadków oszustw, co w naszej stolicy i staram się tego skupiska drobnych cwaniaczków unikać kiedy tylko mogę. Ale nie zawsze się da… Na lotnisku w Warszawie kolejne rozczarowanie, bo samolot, którym mamy lecieć do Gruzji jeszcze nie dotarł z Wielkiej Brytanii. No więc czekamy. Całe szczęście, że tylko godzinę.

Lot nie jest długi, ale trzeba pamiętać, że Gruzja leży w jednej z najmniejszych stref czasowych na ziemi, i jest o trzy godziny wyprzedzona w stosunku do czasu polskiego. Wracając więc do pierwszego zdania wpisu, jest mniej więcej 22:00 i lądujemy w Kutaisi. Od razu po wyjściu z samolotu uderza fala gorąca. Sierpień w strefie klimatu podzwrotnikowego robi swoje. Bo oprócz temperatury w okolicach 30 stopni, jest bardzo duszno. A to już późny wieczór! Upał da nam jeszcze w kość. Kontrola paszportowa jest symboliczna. Celnik szybko przerzuca kartki mojego paszportu, rzucając pobieżnie oczami na wbite pieczątki, po czym zostawia swój ślad na ostatniej stronie. Pewnie z lenistwa, jak to w krajach byłego ZSRR.

Bankomatu na lotnisku nie ma. To znaczy jest, ale wygląda tak, że dajesz swoją kartę panu w okienku, a on wypłaca ci pieniądze z konta… Umm… Nie, dziękuję. Nie dam swojej karty kredytowej losowemu ziomkowi na lotnisku. Jeżeli macie podobne obawy, weźcie ze sobą chociaż kilka dolarów, za które bez problemu dojedziecie marszrutką wszędzie. W ogóle marszrutki są zorganizowane zaskakująco dobrze, bo jest nawet oficjalna kasa biletowa. Przypuszczam, że potem z kierowcą można by się taniej dogadać indywidualnie, ale pierwszej nocy nie będziemy się kłócić o dwa złote za osobę. Gdybym wiedział jak będzie wyglądać jazda vanem nocą po gruzińskich drogach, za starym morskim dowcipem, ubrałbym brązowe spodnie. Ulice nie są prawie w ogóle oświetlone, pełne dziur, pobocze nie istnieje, innych kierowców oślepia się długimi światłami, by zasygnalizować swoją obecność, bo Gruzini, co pewnie pisałem nieraz, nawet w nocy nie widzą przeciwwskazań by wyprzedzać na trzeciego na zakręcie.

W końcu jesteśmy w mieście. Kierowcy pokazuję adres, do którego chcemy dojechać, a on coś do mnie krzyczy po rusku. Ok… Nie wiem czy wysiadać, czy nie, bo w Kutaisi marszrutka ma kilka przystanków, a w ramach biletu, kierowca miał nas dowieźć pod drzwi hostelu. W końcu, po próbie spokojniejszej rozmowy, okazuje się, że nasz hostel jest sto metrów od miejsca, w którym teraz stoimy. Wysiadka! Kierowca marszrutki to chyba najmniej sympatyczny Gruzin spotkany podczas całej wycieczki. W Gruzji jest popularne przysłowie (UWAGA! dozwolone od lat 18!), że lepiej mieć córkę kurwę niż syna taksówkarza. Nie jest to prawda, nie spotkaliśmy żadnego taksiarza kombinatora, za to marszrutkowcy zawsze cwaniakowali, prawie nigdy nie byli na czas i odnosili się do nas z wyższością.

Naszej ulicy nie ma za sto metrów. Nie ma też za dwieście metrów. Jest za to grupka Gruzinów racząca się winem (pewnie nie tylko ;)) na rogu. Trochę się wahamy czy warto podejść. Biorąc pod uwagę że nie znamy języka i nie widać nikogo w promieniu kilkunastu metrów, nie wydaje się to najlepszym pomysłem. Ale podobno Gruzini to bardzo gościnny naród. I tak jest! Mimo chwili strachu, bo panowie zaczęli kłócić się między sobą, po angielsku wytłumaczono nam jak mamy iść. ‚Do momentu, w którym droga będzie spadała, a potem trzecia ulica w lewo’…. Hmmm, miało być sto metrów.  Podróż zatem trwa. I trwa. I trwa. Aż dochodzimy, po minięciu wielu przecznic, do jakiejś większej ulicy. Jest smuteczek milion, bo nie mamy zielonego pojęcia co dalej, ale na szczęście z pobliskiego sklepu wychodzi dwóch policjantów.

I teraz moje doświadczenie, jako turysty, z policją wszędzie na świecie – policjant ZAWSZE pomoże. Zatem te wszystkie JP i inne głupoty należy zostawić w domu. Na każdym wyjeździe jak masz problem, od razu idziesz do policjanta. Albo do studenciaka. W szczególności, jako mężczyzna, do – uwaga, będzie seksistowsko – brzydkiej dziewczyny. Policjanci, co zaskakuje, mówią dość dobrze po angielsku, ale nie mają pojęcia, gdzie znajduje się ulica, przy której mieszkamy. Czyli szału nie ma. I wtedy zaczyna się uruchamianie machiny pomocy turystom. Jeden dzwoni do kolegi, inny wchodzi na googlemaps. Wow! I już szybko nas odprowadzają pod sam hostel, który mieści się jakieś dwieście metrów dalej ;)

Hostel to stwierdzenie bardzo na wyrost. Piętro willi z trzema pokojami wypełnionymi łóżkami oraz dwie łazienki. Bywało gorzej, ale nie da ukryć się, że bywało i lepiej. Naszymi gospodarzami byli Żenia i Koko. Żenia to Ukrainiec, który po wydarzeniach na Majdanie, gdzie pracował jako dziennikarz, przyjechał na Kaukaz. Opowiadał różne przykre historie, wliczając śmierć koleżanki w jego ramionach, ale wiarygodność, ze względu na ilość spożytego alkoholu, może być poddana w wątpliwość. Na początku jednak strasznie ułatwił nam komunikację, gdyż rozumiał po polsku. A Koko to postać jak z kreskówki, ale raczej tragicznego anime niż disneyowskiej słodkości. Koko to ksywka – po gruzińsku znaczy malutki (kontynuując lekcje gruzińskiego – didi znaczy duży). Jak zatem wyglądał Koko? A pamiętacie komiks Janusza Christy ‚Kajtek i Koko‚ o  dwóch marynarzach, bardzo analogiczny do Kajka i Kokosza? To Koko wyglądał jak swój komiksowy odpowiednik, tyle że miał brodę. Ponad 200cm, jakieś 140kg wagi… Historia jest o tyle tragiczna, że Koko brał udział w konflikcie zbrojnym w Abchazji i od tego czasu mu się coś w głowie przestawiło. Jest co najmniej niedyskretnie wnikać głębiej, więc na tym zostawiliśmy naszą znajomość z sympatycznym Gruzinem, na którego sami mówiliśmy niedźwiedź.

Zostawiliśmy mandżur i od razu ruszyliśmy w miasto. I tu pierwszy paradoks. Piątek, nie ma jeszcze północy, centrum drugiego co do wielkości miasto Gruzji i… pustka. Kutaisi jakby umarło. Z trudem znaleźliśmy jedną czynną knajpę w pobliżu, która zresztą serwowała parszywe żarcie. Trochę nie rozumiem dlaczego tak jest – w końcu dopiero późnym wieczorem w upalnej, sierpniowej Gruzji można żyć, a samo Kutaisi wypełnione betonem to niemal patelnia. Miasto poznałem od zupełnie innej strony niż zazwyczaj. Chyba trzy razy wyruszaliśmy by obejrzeć teoretycznie najważniejsze miejsca, w tym katedrę Bagrati. Ani razu nie dotarliśmy na miejsce. Cóż – jest powód by zawitać ponownie, w znacznie bardziej sprzyjających warunkach klimatycznych.

Kutaisi to dawna stolica Gruzji (tak, tak, zgodnie z powtarzającym się wzorem, prawie każde miasto było kiedyś stolicą Gruzji). Stąd pochodziła piękna czarodziejka Medea z mitu o Argonautach i właśnie tutaj Jazon szukał złotego runa, które teoretycznie istniało naprawdę. Podczas prania owczego runa w rzece Rioni, drobinki złota zatrzymywały się między włosiem i tak powstała legenda. W gruncie rzeczy jednak jest najmniej urokliwym miastem, które odwiedziłem podczas wojaży po Kaukazie. Fontanna przy głównym rondzie wygląda bosko nocą. Podświetlana robi wrażenie z daleka i z bliska. Za dnia jest po prostu nudna. Poza tym brudne, krzywe i wysokie chodniki, zasrane przez psy. Zasprayowane ściany. Poniszczone domy z wybitymi szybami w oknach lub niedokończone budynki ze schodami donikąd, bądź bez tynku czy nawet same opuszczone fundamenty. Smród zionący w pobliżu rzeki Rioni.

Wizyta w hali targowej to świetny pomysł. Wiele razy wspominałem na łamach bloga, że rozmaite targi, to jeden z najlepszych sposobów na poznanie kuchni i zwyczajów danego kraju. Nie inaczej było w Kutaisi. Jest bardzo oldschoolowo. Piękne, olbrzymie pomidory i ogórki, które sam pamiętam z dzieciństwa i o które już coraz ciężej w zdominowanej przez Eurosojuz Polsce. Papryki we wszystkich odcieniach czerwieni i zieleni. Tak popularne w całym kraju bakłażany. Mnóstwo ziół – zarówno świeżych, jak i suszonych. Mięso, przechowywane w prawie 40-stopniowym upale z pominięciem jakichkolwiek norm. Wszystkie możliwe owoce, które rosną w strefie śródziemnomorskiej, oczywiście w absurdalnie wielkich rozmiarach (melony!!!). Oczywiście znajdziesz też tradycyjne czurczchele.

Tak naprawdę prawdziwym bogactwem Kutaisi są wszystkie atrakcje turystyczne w zasięgu kilkunastu kilometrów od miasta. Przy gruzińskich cenach gazu wycieczka za miasto taksówką to niewielki wydatek. O bajecznie położonych monastyrach wspominałem przy okazji innego wpisu. Jedno z ciekawszych miejsc – kolumnę Katskhi zmuszeni byliśmy opuścić – 70 km w jedną stronę to czasochłonna podróż, a żaden z nas nie był w stu procentach przekonany o swojej chęci do wejścia na 40-metrową pionową skałę po wątpliwej jakości drabinie. Ale jeżeli potraktujesz Kutaisi jako miejsce wypadowe do jednej z poniższych lokacji, nie będziesz rozczarowany.

Taksówkarz, którego zatrudniliśmy na cały dzień objazdówki po okolicach Kutaisi nie miał pojęcia jak tutaj dotrzeć. Może dlatego, że ciągle podawałem mu zła nazwę – kanionu Martvili. Dopiero później przy okazji szukania szczegółów dotyczących tego miejsca okazało się, że anglojęzyczny internet przyjmuje nazwę Kanionu Gachedili od nazwy pobliskiej wioski. Nie ukrywam, że wyjazd tam był moją inicjatywą i wszystkie joby spadły na mnie. Dlaczego – bo kanion w niczym nie przypominał pięknej samotne rzeki pomiędzy skałami znanej z fotek. Owszem – woda piękna turkusowa – kolor niemal idealny do fotografii, co zresztą widać na zdjęciach, ale… wszędzie dookoła Gruzin na Gruzinie. Miało to zaletę – zobaczyłem Gruzinki w nieco innym świetle niż dotychczas, ale miało i wadę – sami nie byliśmy nastawieni na kąpiele, więc szybko się znudziliśmy. Gdyby się bardziej przygotować lub znać rosyjski na tyle aby popytać ludzi, dowiedzielibyśmy się, że idąc brzegiem urwiska dochodzi się do imponującego 7-metrowego wodospadu.

Leżący nieopodal Kutaisi rezerwat Sataplia to kolejne miejsce, którego opis jest znacznie lepszy niż rzeczywiste wrażenia. Dlaczego? Trzeba być bowiem biologiem/botanikiem tudzież speleologiem lub paleontologiem żeby naprawdę docenić wszystkie atrakcje serwowane przez Sataplię. Bo tak – najpierw wchodzimy do pawilonu, w którym możemy zobaczyć zachowane odciski łap dinozaurów. I po raz kolejny – to lepiej brzmi niż wygląda. Wiecie, spodziewałem się jakiegoś Parku Jurajskiego. Wielkich dziur w ziemi pozostałych po kolosalnych brontozaurach. Tymczasem zobaczyłem coś, co równie dobrze mogła zostawić przerośnięta kura.  I troszkę mało mi zaimponowało, gdy okazało się, że to jedyne miejsce na świecie, gdzie zachowały się odciski dinozaurów mięso- i roślinożernych. Jeszcze więcej powietrza z napompowanego balonika zeszło, kiedy po wyjściu z pawilonu wzdłuż ścieżki zaczęły pojawiać się plastikowe stegozaury czy raptory… Uffff…. słabo. Jasne – jeżeli ktoś jest z dziećmi, to jest to spora frajda dla ludzi poniżej… hmmm… 10 roku życia? Zresztą czy ja wiem? W świecie konsol do gier dających obraz w 4k, wszechobecnego CGI, internetu w którym dostępne jest WSZYSTKO. Czy takie plastikowe dinozaury zrobią na kimkolwiek wrażenie?

Już po chwili dochodzimy do jaskini, jednej z pięciu w rezerwacie, ale jedynej dostępnej dla zwiedzających. Oczywiście w środku wita nas przyjemny chłodek. Cały myk polega na tym, że wcześniej widziałem już Jaskinię Prometeusza (o której poniżej), a teraz pokazano mi coś kilka razy mniejszego i krótszego. Mam się zachwycić? Znam się na tyle, że wiem, że gdyby kolejność była odwrotna, to rozpływałbym się w komplementach. Przynajmniej na początku. Są malutkie stalaktyty i malutkie stalagmity. Podświetlenie LEDami (o których potem). Nie ma żadnego jeziorka Wszystkie nietoperze też wypędzono przy okazji tworzenia atrakcji turystycznej.

Wychodzę z powrotem do pierwotnego lasu kolchidzkiego. No właśnie – kolejny unikat w skali świata. Oczywiście znów nie wiedziałbym o tym, gdyby nie informacja w przewodnikach czy na necie, bo normalny człowiek nie jest w stanie rozpoznać czy krzaczek obok to bukszpan kolchidzki czy zwykły. Ba, większość ludzi nie jest w stanie odróżnić bukszpanu od każdego innego habazia. No bo idź do pierwszego lepszego parku i rozpoznaj okoliczne rośliny. Z drzewami jeszcze spoko – dąb, topola, kasztan, od biedy jakiś klon i iglaki. Ale rozpoznaj krzewy. Mi by się udało co nieco po owocach, pewnie forsycję po kwiatach… A tutaj ktoś pokazuje ostrokrzew kolchidzki… No hmm… yeah, ok… tak, jasne. Naprawdę – jeżeli nie jesteś olbrzymim miłośnikiem flory – NUDA. Ale warto przejść odrobinę tych terenów zielonych z endemicznymi okazami by dotrzeć do punktów widokowych.

Widoki są po prostu… z braku lepszego słowa breathtaking. Widoki zapierają dech w piersiach. Oczywiście dobra pogoda jest wymagana. Widok na południową Gruzję jest niemal po Mały Kaukaz. Na moich fotkach tego nie widać (tych tutaj), ale można złapać nawet monastyry Mostameta i Gelati, chociaż do tego trzeba lepszego obiektywu. Ja ze swoim 70-200 ledwo złapałem te kilkanaście kilometrów, ale gdyby wziąć coś mocniejszego i statyw – kto wie. W ogóle punkt widokowy to taka szklana podkowa wysunięta na jakieś dziesięć metrów w powietrze i przed wejściem (oczywiście darmowym) bywały osoby, które po prostu bały się wchodzić. Dla samego krajobrazu warto tutaj się znaleźć i pokonać sznur mniej atrakcyjnych propozycji Rezerwatu Sataplia.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwą perełkę. Miejsce, które spowodowało u mnie poważne rozmyślania nad wpływem turystyki na naturę. Jaskinia jest cudem, z pieszą trasą ponad 1.4 km i możliwością wyprawy łodzią na podziemnej rzece. Oczywiście wszystko w symbolicznych, dla zachodniego turysty, cenach, bo tak można chyba określić te 6 Lari (10 złotych). Miejsce zostało odkryte dopiero niedawno (1987), co pokazuje jak wiele tajemnic kryje jeszcze przed sobą Kaukaz.

Cały problem w tym, ze Gruzini podświetlili jaskinię używając LEDów o zakresie barw RGB. To daje prawdziwą ferię barw i niepowtarzalną grę świateł pośród nacieków skalnych. Fiolety, błękity, burgundy, pomarańcze, limonkowe zielenie. Zgodnie stwierdziliśmy, że klimat niczym z dobrej gry first person perspective z grafiką rodem z XXII w. Pamiętacie Quake’a II albo Unreala z czasów kiedy wyobraźnia, najpotężniejszy procesor graficzny wszech czasów, nadrabiały braki programistów? Właśnie w Jaskini Prometeusza możecie poczuć się jak podczas walk w samotnych opuszczonych kopalniach, gdy światło dochodzi z radioaktywnych izotopów rzadkiego minerału mieszczącego się w ścianach. Oczywiście, jak zwykle, polecam odłączenie się od grupy – tracisz opowieści przewodnika, za to zyskujesz bezcenną w takich okolicznościach samotność. Zaś osobom wrażliwym termicznie zdecydowanie polecam odzienie wierzchnie, szczególnie latem. Gdy na zewnątrz mamy lekką ręką 35 stopni, a w środku 14 z pokaźną wilgotnością – swoisty szok termiczny gwarantowany.

Prawdziwy majstersztyk i jedno z najwspanialszych miejsc, w których byłem w czasie moich podróży.